szukaj
Bach od kuchni
Rozmowa z Tonem Koopmanem, jednym z najwybitniejszych współczesnych interpretatorów Bacha.

Ton Koopman. Urodzony w 1944 roku dyrygent, organista i klawesynista, od niedawna również wydawca płytowy. Założyciel Amsterdam Baroque Orchestra and Choir. Aktywnie zaangażowany w ruch „historycznego autentyku" - odtwarzania muzyki dawnej ściśle według oryginalnego zapisu, na nowoczesnych instrumentach, ale na tyle wiernie w stosunku do tego, jak ich odpowiedniki mogły brzmieć w epoce, na ile jest to możliwe. Fot. ullstein bild - Wöstmann, BE&W





Niedawno w warszawskiej Filharmonii Narodowej gościliśmy Tona Koopmana oraz jego Amsterdam Baroque Orchestra and Choir. Jeden z najwybitniejszych współczesnych interpretatorów Bacha przedstawił polskiej publiczności słynną Mszę h-moll. Skorzystałem z tej okazji, by porozmawiać z nim o kulcie lipskiego kantora oraz kulisach wykonawstwa muzyki dawnej.



Holandia to, obok Wielkiej Brytanii, główna kolebka wykonawstwa muzyki dawnej. Dlaczego?


Wydaje mi się, że to w dużej mierze przypadek. Po prostu pół wieku temu spotkało się tu kilku utalentowanych artystów o podobnych zainteresowaniach. Muzyką dawną zajmowali się wówczas intensywnie muzykolodzy z Uniwersytetu w Utrechcie, jednak o wiele ważniejszym ośrodkiem z naszego punktu widzenie była szwajcarska Schola Cantorum w Bazylei - uczelnia poświęcona wyłącznie muzyce dawnej, na której studiował chociażby Gustav Leonhardt (uznany holenderski pianista, dyrygent, muzykolog i nauczyciel - red.). Zainteresowanie wykonawstwem utworów barokowych oraz renesansowych na autentycznych instrumentach rozwijało się już od dobrych kilkudziesięciu lat, ale dotyczyło bardzo wąskiego kręgu pasjonatów i nie miało żadnego przełożenia na przemysł koncertowy oraz nagraniowy. I to chyba niewielkie firmy fonograficzne zadecydowały o przełomie, który się wówczas dokonał. W przeciwieństwie do gigantów, jak Deutsche Gramophon czy Columbia, nie mogły sobie one pozwolić na zatrudnienie wielkich, renomowanych orkiestr. Postanowiły więc zainwestować w niewielkie barokowe składy. Jedną z pierwszych był Teldec. Ja sam przez lata miałem podpisany kontrakt z francuskim Erato. Szybko okazaliśmy się także ogromną atrakcją koncertową kontrastującą z filharmonicznymi molochami. Wielkim zainteresowaniem cieszyło się zwłaszcza trio Brüggen - Bylsma - Leonhardt. Frans, bodaj jako pierwszy na świecie, grał na barokowym flecie prostym, a poza tym był wtedy strasznie przystojnym, młodym chłopakiem...

Dyrektorami zespołów barokowych są najczęściej klawesyniści, czy szerszej - instrumentaliści grający na instrumentach klawiszowych. W Pana wypadku jest podobnie. Czy to odwołanie do praktyki wykonawczej XVII i XVIII wieku?

Tylko po części. Przecież wielu barokowych koncertmistrzów było skrzypkami, chociażby Corelli i Vivaldi. Faktycznie technika gry klawesynisty oraz jego usytuowanie w zespole ułatwia mu prowadzenie pozostałych muzyków. Ale także dziś mamy liczne przykłady na to, iż nie jest to sztywna reguła: Nicolas Harnoncourt dyrygował kiedyś, grając jednocześnie na wiolonczeli; dziś czyni podobnie skrzypek Andrew Manze. Widziałem nawet śpiewaków prowadzących zespół podczas wykonania.

A czy po pół wieku artystom z kręgów wykonawstwa muzyki dawnej udało się zrewolucjonizować główny nurt filharmoniczny? To był chyba jeden z Waszych celów?

Trudno mówić o rewolucji, jedna faktem jest, że w systemie edukacyjnym coraz istotniejszą rolę odgrywa wykonawstwo zgodne z kanonami minionych epok i coraz więcej młodych ludzi poświęca się tej sztuce. Nie bez znaczenia jest też współpraca dyrygentów z naszego światka z czołowymi współczesnymi orkiestrami. Jako pierwszy podjął to wyzwanie Harnoncourt w latach siedemdziesiątych; dziś jego śladami podążam ja i wielu innych. Pomagamy zbliżyć się filharmonicznym muzykom do ideału „historycznego autentyku" na tyle, na ile jest to możliwe na nowoczesnych instrumentach. Inna sprawa, że wielu z nich odkrywa dzięki temu ograniczenia współczesnej orkiestry i często sięga potem po instrumenty barokowe.
 
Wykonawstwo muzyki dawnej rozpoczęło się od utworów barokowych oraz renesansowych. Dziś mamy z jednej strony zespoły instrumentów dawnych wykonujące Verdiego, z drugiej zaś - twórców dosyć swobodnie eksperymentujących z repertuarem średniowiecznym. Mam na myśli powszechne teraz rewizje utartych kanonów wykonawczych, zainteresowanie improwizacją, wreszcie próby kompozytorskie. Pan zdaje się być w tym kontekście konserwatystą?

Powiedziałem kiedyś, że za chronologiczną granicę mojej własnej dziedziny uznaje muzykę Mozarta. Dziś mogę ją określić precyzyjniej: nie wyjdę poza Symfonie Londyńskie Haydna. Zdarzało mi się oczywiście sporadycznie grywać muzykę XIX-wieczną, na przykład Schumana czy Menndelssohna, ale wyłącznie ze współczesnymi orkiestrami. Zaznaczam, że nie wynika to z jakiejś ideologii, lecz z prostego przekonania, iż nie powinienem sięgać po kompozycje nie należące do „mojej tradycji". W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych krytykowaliśmy dyrygentów, takich jak Herbert von Karajan czy Eugene Jochum, za wykonawstwo dzieł Bacha i Mozarta bez ich uprzedniego zrozumienia, a więc bez faktycznego pomysłu interpretacyjnego. Byłoby dobrze, gdybyśmy sami potrafili wyciągnąć wnioski z tej lekcji...

Jeśli chodzi o muzykę dawniejszą niż barok, od lat podziwiam nowatorskie poszukiwania mojego przyjaciela, Jordiego Savalla (patrz: wywiad wideo). Takie swobodne podejście, choć całkowicie mi obce, wynika w sposób naturalny z jego osobowości oraz temperamentu. Poza tym w przypadku repertuaru średniowiecznego, przekazy są w porównaniu do XVII i XVIII wieku bardzo niedokładne, nieraz wręcz szczątkowe. Siłą rzeczy wykonawca w pewnym sensie „wymyśla tę muzykę od nowa". Być może dalsze badania pokażą, na ile dzisiejsze „hipotezy interpretacyjne" są trafne.

Inna sprawa, że Savall ma dziś wielu, często nie tak utalentowanych naśladowców, którzy spłaszczają jego poszukiwania. To na szczęście tylko moda, która minie, jak wszystkie inne.

Pana specjalizacja sięga jednak o wiele dalej. Ponad połowę czasu i energii poświęca Pan muzyce Jana Sebastiana Bacha, mając już w dorobku nagrania wszystkich kantat oraz dzieł organowych. Czy warto się aż tak ograniczać?
 
Trudno nazwać to ograniczeniem, zwłaszcza, że ostatnio mnóstwo uwagi poświęcam również klawiszowej oraz wokalno-instrumentalnej muzyce Dietricha Buxtehudego. Ale faktycznie Bach był największym geniuszem w historii muzyki i poznawaniu jego dzieła można poświęcić całe życie. Owo niezwykłe połączenie architektonicznej złożoności i wyrafinowania z głęboką emocjonalnością to rzecz bez precedensu w historii muzyki. Raz na jakiś czas pojawiają się ludzie wyprzedzający swoją epokę o dobrych kilkaset lat: Szekspir, Leonardo da Vinci czy Bach właśnie.

Ale przecież w swoich czasach Bach nie był uważany za geniusza, lecz za znakomitego, acz konserwatywnego kompozytora?

Cóż mogę powiedzieć: taka jest naturalna kolej rzeczy. Także dziś żyją znakomici muzycy, których dorobek znany jest garstce wtajemniczonych, oraz całkiem przeciętne sławy. Jestem jednak przekonany, że historia zawsze zwraca honor takim „przeoczonym" artystom. Jeśli chodzi o Bacha, to wspiął się on niemal na sam szczyt kariery. Funkcja kantora w Lipsku należała do bardzo prestiżowych. Nie udało mu się jednak zrobić ostatniego kroku, który prowadziłby do Drezna albo Berlina - stolic ówczesnego muzycznego świata. Tam spotkałby najlepsze zespoły, teatry operowe, zamożnych mecenasów, wreszcie znawców muzyki z całej Europy. Dlaczego do tego nie doszło? Być może zadecydował o tym trudny charakter Bacha, a może zwykły przypadek.... Jedno jest pewne: „straciliśmy" znakomitego kompozytora operowego, mistrza dramaturgii, który nigdy nie dostał okazji, by pisać dla teatru.

Obchodzimy właśnie setną rocznicę urodzin Glenna Goulda, uważanego przez wielu za wybitnego znawcę muzyki Bacha. Pan chyba nie zgodzi się z tą opinią?

Nie ukrywam, że do wielbicieli tego utalentowanego pianisty nie należę. Moim zdaniem w jego interpretacjach za mało było Bacha, a za dużo Goulda. Poza tym, choć nie zabraniam nikomu wykonywać muzyki barokowej na współczesnych instrumentach, to jednak trzeba jednak pamiętać, że nijak ma się to do brzmienia historycznego autentyku, a więc także do idei kompozytorskiej. Jestem w stanie zaakceptować wykonania Bacha na oryginalnym XVIII-wiecznym fortepianie, z którym sam kompozytor miał być może okazję się zapoznać, ale nie na współczesnym Steinwayu. To już po prostu nie jest Bach.


Rozmawiał Michał Mendyk

O muzyce, również tej dawnej, czytaj na blogach Polityki:

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj