Cicha rocznica głośnego wynalazku
Muzyka na zawołanie zmieniła kulturę XX wieku. A zaczęło się od fonografu.

  

130 lat temu na wpół głuchy wynalazca Thomas Alva Edison zademonstrował światu fonograf - pierwsze w pełni funkcjonalne urządzenie do zapisu dźwięku. Nikt nie miał wtedy pojęcia, jak bardzo ten wynalazek odmieni kulturę. Zresztą sam Edison stawiał przed swoim urządzeniem znacznie skromniejsze cele.

Pokaz odbył się dokładnie 29 listopada 1877 roku. Edison, jak przystało na człowieka, który swoją karierę zaczynał od pracy telegrafisty, sądził, że podstawowym zastosowaniem nowej maszyny będzie komunikacja - wyobrażał sobie, że biznesmeni będą wysyłać do siebie dźwiękowe listy, co usprawni korespondencję i wyeliminuje pośrednictwo stenotypis k.

W swojej publikacji na temat zastosowań fonografu Edison odtwarzanie muzyki wymieniał dopiero na czwartym miejscu - oprócz korespondencji służbowej wynalazek miał też umożliwić niewidomym dostęp do książek i wspierać... naukę dykcji.

W pierwszych latach produkcji wydawało się, że tak wykorzystywany fonograf stanie się jednym z wyznaczników przynależności do dochodzącej właśnie do głosu nowej klasy średniej, otwartej na techniczne innowacje. Jednak działania konkurencji - w tym firmy Volta, założonej przez kojarzonego głównie z telefonem Aleksandra Grahama Bella - pokazały, że prawdziwy potencjał nowego urządzenia tkwi gdzie indziej.

Ludziom najbardziej podobały się nagrania piosenek. Dlatego w ostatniej dekadzie XIX wieku na stacjach kolejowych, w hotelach czy pasażach zaczęto ustawiać fonografy, z których po wrzuceniu monety można było posłuchać muzyki. Wcześniej „muzyka na zawołanie„ była dostępna tym nielicznym, którzy mogli sobie pozwolić na wyprawy do sali koncertowej. Uboższym pozostawało samodzielne muzykowanie. Za sprawą fonografu oczywista z dzisiejszej perspektywy czynność słuchania muzyki stała się częścią codziennego życia społeczeństwa epoki przemysłowej. W erę przemysłową szybkim krokiem wkraczała też kultura.

Pierwszy fonograf zapisywał dźwięk na woskowych cylindrach, które po kilkunastu latach zostały zastąpione przez przypominające współczesne płyty winylowe dyski wykonane z pozyskiwanego z małych owadów szelaku (to rodzaj żywicy). Tak narodził się gramofon. Nieustannie pracowano nad poprawą jakości dźwięku, a prawdziwą obsesją producentów był „autentyzm„ - organizowano pokazy, podczas których za kurtyną ustawiano gramofon, a obok niego profesjonalną śpiewaczkę. Publiczność miała zgadywać, którego z prezentowanych utworów wysłuchali z płyty. Paradoksalnie jednak gramofon sproblematyzował kwestię autentyzmu jak chyba żadne wcześniejsze urządzenie.

Niemiecki krytyk kultury Walter Benjamin w swoim słynnym eseju "Dzieło sztuki w dobie reprodukcji technicznej" z roku 1936 stwierdził, że mechaniczna reprodukcja sztuki wiąże się z utratą właściwej oryginałom aury - muzyka nie jest już związana z czasem i miejscem wykonania, lecz staje się czymś, czego można słuchać wielokrotnie, na samodzielnie określonych warunkach. W odróżnieniu od swoich współczesnych, którzy w większości pogardzali egalitarną, ale i zunifikowaną kulturą masową (której płyta gramofonowa była jednym z symboli), Benjamin widział w tych zmianach potencjał pozytywny, kolejny krok w kierunku demokratyzacji sztuki. Nawet mniej zamożni ludzie zyskali dostęp do biblioteki niedostępnych im wcześniej dźwięków.

Jak w trzydzieści lat po Benjaminie Marshall McLuhan napisał, że „wiek XVI stał się tak bliski jak wiek XIX, a chińska piosenka ludowa tak dostępna, jak węgierska„. Bez wątpienia był to ogromny wstrząs dla tradycji - społeczne praktyki związane z muzyką już nigdy nie miały być takie same. Można wręcz zaryzykować stwierdzenie, że płyta gramofonowa wywarła kapitalny wpływ na sposób, w jaki doświadczamy kultury dzisiaj.

Przed upowszechnieniem nośników dźwięku dla większej części społeczeństwa muzyka była nie tylko elementem konsumpcji - ludzie sami ją wytwarzali. Koncerty były dostępne dla elit, jednak prości ludzie często sami muzykowali w domach. Za sprawą wynalazku Edisona sprzedaż instrumentów muzycznych drastycznie spadła, a muzyka przeniosła się ze sfery prywatnej w publiczną.

Jeden z ojców współczesnego kulturoznawstwa, Richard Hoggart, w opublikowanej w roku 1957 książce "Spojrzenie na kulturę robotniczą w Anglii" narzekał, że młodzi robotnicy zamiast spędzać czas w domu lub sąsiedztwie, co wieczór wychodzą do barów mlecznych (sportretowanych np. w "Mechanicznej pomarańczy" Burgessa) i wszystkie swoje oszczędności wrzucają do szaf grających, słuchając najczęściej amerykańskich piosenek. Te nagrania były dla Hoggarta nie tylko symbolem zrywania więzów ze społecznością lokalną, lecz także symbolem wypierania tradycyjnej kultury robotniczej przez wytwory amerykańskiego przemysłu kulturowego.

Muzyka z czegoś, co było dobrem wspólnym, przemieniła się w produkt. Tworzoną w lokalnej wspólnocie muzykę zastąpiły komercyjne nagrania. Jednak płyta z nagranymi dźwiękami miała też wkrótce pozwolić dojść do głosu tym, których główny nurt muzyczny ignorował. Bo gramofon, który zadał potężny cios producentom instrumentów, sam stał się instrumentem.

Na początku lat 70. XX wieku w nowojorskich klubach dla czarnych i homoseksualistów dyskryminowane mniejszości odzyskiwały kulturę rękami DJ-ów, którzy miksowali nagrania z płyt w zupełnie nową jakość. Tworzyli własną muzykę dokonując twórczego recyklingu głównego nurtu kultury, a kluczem do tych praktyk był gramofon, teraz już pełnoprawny instrument. Kupiona w sklepie płyta była zaledwie materiałem źródłowym dla autorskiej kreacji DJ-a.

Równocześnie na Jamajce producenci tacy jak King Tubby czy Lee „Scratch„ Perry eksperymentowali z możliwościami studia nagraniowego, eksponując znaczenie, jakie dla współczesnej muzyki mają narzędzia służące do jej utrwalania. Swoją cegiełkę dołożył też Miles Davis, który nagrania swych improwizacji powierzał producentowi Teo Macero, składającemu je w nową całość. Nagrywanie i odtwarzanie muzyki przestało być aktem reprodukcji, stało się aktem twórczym.

Dziś remiks jest jedną z najbardziej nośnych metafor współczesnej kultury, którą obecnie przenika przeświadczenie, że żadne nagranie nie jest wersją ostateczną, bo może być w nieskończoność przetwarzane - czy przez DJ-a w klubie, czy internautę-amatora, który własny remiks umieści w którymś z sieciowych serwisów. W pewnym sensie wynalazek Edisona otworzył więc drogę do nowych modeli autorstwa. I choć dziś komputer przejął na siebie rolę podstawowego narzędzia tworzenia, słuchania i dystrybucji muzyki, to płyta winylowa - w kształcie nie tak bardzo odległym od jej XIX-wiecznej babci - wciąż ma się nieźle. Do tego stopnia, że w odpowiedzi na rosnącą sprzedaż czarnych krążków, sklep internetowy Amazon.com uruchomił osobny dział „Vinyl Records„. Moda na winyl to zapewne efekt nostalgii za czasami, gdy muzyka była czymś, co można potrzymać w ręku, a nie plikiem MP3.

Nostalgia nie przesłania jednak faktu, że tradycyjny przemysł muzyczny, od czasów patefonu funkcjonujący na stosunkowo podobnych zasadach, trzęsie się dziś w posadach. Sprzedaż materialnych nośników drastycznie spada, kwitnie piractwo. To zresztą kolejna domena nagrań muzycznych - są dziś chyba najlepszym chyba barometrem przemian związanych ze statusem własności intelektualnej. Nawet branża filmowa nie ma bowiem takich kłopotów z piratami, jak wytwórnie płytowe, które chcąc zachować dotychczasowy poziom przychodów, wkrótce chyba będą musiały pomyśleć o nowych modelach sprzedaży. I tu znów wracamy do Edisona.

Edison - jeśli uważnie prześledzić jego karierę i podejście do własności intelektualnej - jawi się jako postać co najmniej dwuznaczna. Był bowiem nie tylko wynalazcą, ale też jako jeden z pierwszych stworzył firmę, która zarabiała na patentach. Nie tylko prowadził badania, ale też zatrudniał sztab innych wynalazców (szefem zespołu, który stworzył fonograf był Szwajcar, John Kruesi), a także pokaźną liczbę prawników i speców od marketingu.Brzmi znajomo, prawda?

W iście amerykańskim duchu Edison potrafił też zadbać o swoje interesy bez pomocy pośredników: gdy zawodziły sądy, nasyłał na konkurencję uzbrojonych oprychów. Równocześnie sam bez skrępowania kopiował np. filmy realizowane w innych studiach. Twarde egzekwowanie przez Edisona własnych praw patentowych (przy równoczesnym lekceważeniu praw innych) przyczyniło się zresztą do powstania Hollywood. Filmowcy, którzy chcieli kręcić filmy, musieli bowiem wykupić u Edisona licencję na korzystanie z technologii pozwalającej na odtwarzanie ruchomych obrazów. Studia filmowe zaczęły się więc przenosić z Nowego Jorku do Kalifornii, gdzie nie sięgały macki Edisona.

Ale to już historia związana z zupełnie innym wynalazkiem.
 

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj