Z-boczona historia
Slavoj Žižek - nie udawać mądrali, tylko pomyśleć.

  

Zacznijmy od początku, czyli od w pełni świadomej dezinformacji: "Z-boczona historia kina" to wcale nie to samo, co "The Pervert's Guide to Cinema". A właściwie - coś zupełnie innego. Pervert to bowiem nie tylko ‘zboczeniec', ale także ‘renegat' czy wręcz ‘apostata'; guide zaś - to przewodnik, a nie żadna historia kina. Film pod tym tytułem z filozofem Slavojem Žižkiem jako special guest star nie opowiada bowiem o dziejach kina, lecz o jego istocie, esencji, metafizycznym i epistemologicznym rdzeniu. I tylko być może jest to spojrzenie zboczeńca, ale renegata - to na pewno.

Po drugie - Žižek nigdy nie był (oraz nigdy nie udawał, że jest) filozofem samodzielnym. To już nie te czasy, żeby jakiś człowiek sam z siebie wymyślił jakiś nowy i świeży system filozoficzny. Nie pozostaje zatem nic innego, jak na nowo interpretować czy deinterpretować istniejące już systemy filozoficzne, aby te nie zostały zapomniane, nie zastygły czy nie spetryfikowały się na amen. Także w filozofii musi być ciągły ruch w interesie. Słoweński filozof upatrzył sobie akurat systemy tzw. lewicowe i nurza się w pismach Marksa i Lenina. I bardzo dobrze, bo jest jednym z nielicznych, którzy obecnie ich pisma czytają i je publicznie interpretują.

Po trzecie - na samym początku swego filmu bohater przedstawiony jest ex cathedra nie tylko jako filozof, lecz także jako psychoanalityk. Określenie to jest nieco mylące - Žižek nie jest praktykującym klinicystą czy psychoanalitykiem-prywaciarzem. Jest reinterpretatorem myśli psychoanalitycznej - ściślej: kolejnym, nowym i w miarę świeżym na rynku reinterpretacji reinterpretatorem. A jeszcze ściślej - na nowo interpretuje i aplikuje myśl Jacquesa Lacana, który swego czasu reinterpretował i aplikował myśl Freuda.

Tutaj pojawia się pewna trudność dla ludzi, którzy zamierzają zachwycać się/wyśmiać myśl naszego myśliciela. Problem bowiem w tym, że autonomicznie myśl takowa nie istnieje, zatem nie ma się czym zachwycać, ani z czego śmiać. Trzeba zatem pierwej dobrze orientować się w myśli Marksa i Lenina czy Freuda i Lacana, a nie znam osobiście nikogo, kto by na Marksie czy Lacanie znał się lepiej niż jako-tako i więcej o nich niźli parę ogólnikowych prawd oczywisto-banalnych. Zatem ostrożnie z oceną Žižka.

Oczywistości oczywiste i nie tylko

"Ad rem. Z-boczona historia kina" jest w zasadzie sfilmowanym, złożonym z epizodów monologiem osamotnionego badacza i rodzajem udramatyzowanego wykładu. Filozof wysuwa założenia i tezy, udowadnia, dowodzi, interpretuje i analizuje: tezy swoje potwierdza wybranymi (dodajmy: bardzo arbitralnie wybranymi) fragmentami filmów, w które czasami jest trickowo wprowadzony, co ma ‘ubarwić' wywody gadającej głowy. Wszystko się analitykowi Žižkowi zgadza, co było do udowodnienia. Bynajmniej nie ironizuję, bo bohater wcale nie ułatwia sobie sprawy. Dość oczywiste jest, że główną pożywką dla niego będą filmy Alfreda Hitchcocka - no i mamy na tapecie "Zawrót głowy", "Psychozę" czy "Ptaki": łatwo bowiem interpretować psychoanalitycznie filmy, które zostały zrealizowane w kluczu psychoanalitycznym. A nawet - nic prostszego.

Žižek jednak sięga także po przykłady równie oczywiste (filmy Lyncha, który jest mistrzem nie tylko kina freudowskiej niesamowitości, lecz także najlepszym w historii kina twórcą filmowych opowieści o tym co niemożliwe, lecz jak najbardziej realne), ale także takie zupełnie z innej parafii - psychoanalitycznie analizuje filmy sentymentalnego Chaplina czy feeryczne komedie braci Marx. Wtedy dopiero rzecz cała zaczyna się robić ciekawa, choć i tak pozostaje w sferze czystej humanistyki, gdzie można założyć niemal wszystko i dzięki temu unika się uciążliwych procedur falsyfikacji czy weryfikacji, które zostawia pozbawionym wyobraźni i dopalaczy umysłom ścisłym. Jeśli dodamy do tego, że psychoanaliza zajmuje się czynnościami nieuświadomionymi przez samego ich wykonawcę - toć przecież każdy film nadaje się do wyszukiwania w nim takich aktów, których nieświadomi byli sami ich twórcy. I tutaj - czyli wszędzie - wkroczyć powinien Žižek ze swoimi tezami. I to robi.

Znowu bynajmniej nie ironizuję - raczej cieszę się, bawię, czasem wraz z autorem pogłówkuję. Analizie filmów - mniej czy bardziej fachowej, mniej czy bardziej trafiającej do przekonania - zawsze brakowało pop-gwiazdora, który będzie zachęcał widzów nie tylko do oglądania filmów czy ich przeżywania, lecz także wnikliwego czytania. Žižek spełnił tę rolę w imponującym stylu, spełnia bowiem ku temu wszelkie warunki: jest sławny, jest inteligentny, jest błyskotliwy, wygląda także na pasjonata kina. Posiada jednak jeszcze pewien wrodzony dar, dar bezcenny - jest spostrzegawczy jak mało kto i dostrzega w filmie rzeczy, które łatwo mogą nam umknąć (pomijając kwestię, że być może dostrzega w filmach także takie rzeczy, których wcale w nich nie ma). Lecz taka jest licentia poetica tego typu humanistyki - i albo ją kupujemy, albo nie.

Jest w nim coś sokratejskiego

"Z-boczona historia kina" jest filmem par excellence do użytku domowego - można przerwać projekcję czy ją zatrzymać, powtórzyć sobie to, co Žižek ma do powiedzenia, jeszcze raz spojrzeć na analizowaną przezeń sekwencję i dzięki jego komentarzowi spojrzeć nań po raz kolejny, ale już przez pryzmat jego spojrzenia. Jako człowiek zajmujący się kinem, czyli sztuką popularną - sam chce być popularny, bo wie, że popularny być musi, aby uwiarygodnić swoje tezy. Okazuje się wytrawnym medialnym graczem, choć nie wygląda zbyt okazale - stylizuje się raczej na abnegata i campusowego niechluja. I tym wygrywa.

Pozostaje ostatnia kwestia - czy Žižek wielkim filozofem jest, czy też jest po prostu kolejnym mistrzem współczesnego marketingu, który - tak jak obecnie wszędzie - rządzi także w przestrzeni nauk humanistycznych? Nie mnie to rozstrzygać. Jest w nim jednak coś bezcennie sokratejskiego, dzięki czemu filozofia ma szansę trafić pod strzechy i zmienić naszego pozornie raz na zawsze ustalone poglądy: na świat, na kino, na nas samych (oby tylko nam nie skończył w beczce, jak Diogenes).

Oglądając i słuchając karkołomnych analiz Žižka - które kilka razy autentycznie mnie zaskoczyły i zmusiły do przemyślenia na nowo kwestii, które uważałem za raz na zawsze rozwiązane i oczywiste - przypomniałem sobie słowa Kowboja, jednego z bohaterów genialnego "Mulholland Drive" Lyncha, który w posępnym korralu na peryferiach Los Angeles mówi do reżysera Adama Keshera: ‘Jeśli chcecie wiedzieć o co chodzi, to zatrzymajcie się i pomyślcie. Pomyślcie, a nie udawajcie tylko mądrali, którym zdaje się, że wiedzą'.

Jakbym Žižka słuchał. 

 

"Z-boczona historia kina/The Pervert's Guide to Cinema"; reżyseria: Sophie Fiennes; zdjęcia: Remko Schnorr; muzyka: Brian Eno; produkcja międzynarodowa, 2006

  

WIĘCEJ:

  • Rewolucja u bram - Ze Slavojem Żiżkiem, słoweńskim psychoanalitykiem i filozofem podbijającym świat, jawnie odwołującym się do Lenina, rozmawia Jacek Żakowski

    

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj