Rozmowa z Gustawem Holoubkiem
Jak wywołałem tamtą wojnę
Wywiad z odtwórcą roli Konrada-Gustawa w 'Dziadach', których zdjęcie ze sceny zapoczątkowało wydarzenia Marca 1968 r.

 

 

Katarzyna Janowska: – Maciej Prus, który był asystentem reżysera Kazimierza Dejmka, wspomina, że wszedł pan na scenę, rozejrzał się i zaczął mówić Improwizację tak, że wszystkim ciarki przeszły po plecach. Legenda czy prawda?

Gustaw Holoubek: – On ma taką legendę. Jeśli mogę się zwierzyć w tej sprawie, chciałbym powiedzieć, że byłem przygotowany dosyć solidnie do zagrania roli Konrada-Gustawa. Już kiedy zdawałem do szkoły teatralnej, miałem własne opracowanie tego tekstu. W każdym razie to, co się stało, przerosło wszelkie nasze oczekiwania. Na premierze kurtyna poszła w górę przy wypełnionej po brzegi publiczności, a Kazimierz Opaliński, który grał rolę Guślarza i kogoś w rodzaju spiritus movens całego spektaklu, rozpoczął od mickiewiczowskiej dedykacji poświęconej naszym patriotom skazanym na Sybir i rozpłakał się. Autentycznie się rozpłakał, nie mógł dokończyć tekstu. W tej atmosferze zaczęliśmy grać. Nerwy skoczyły o sto stopni w górę. Potem natknęliśmy się na zdumiewającą reakcję widowni. Właściwie każda kwestia, każde zdanie było kwitowane bardzo czytelną, nie noszącą żadnych znamion tajemnicy odpowiedzią ze strony publiczności. To był patriotyczny hołd nie tylko dla Mickiewicza, ale dla całej literatury polskiej.

W swojej książce wspomina pan, że wygłaszając Wielką Improwizację chyba jedyny raz w życiu miał pan wrażenie, że tekst niesie pana jak na skrzydłach, że dotknął pana anioł, że zatarła się granica między panem a widownią.

To prawda. Nigdy przedtem ani potem nie spotkało mnie coś takiego. Byliśmy niesieni siłą energii płynącej z widowni. Czuliśmy, że mamy przyzwolenie od widzów na wolną improwizację. Płynęliśmy po wierzchu tej fali, która nas niosła przez całą premierę i następne spektakle. Muszę powiedzieć, że Improwizacja – która w jakiś sposób do mnie przylgnęła, bo podobno, wedle recenzentów, stworzyłem wzorzec interpretacji wcześniej nieodkryty – była dla mnie szalenie prosta od początku do końca. Do dziś nie widzę niczego trudnego w wygłaszaniu tego tekstu. Nie ma w nim żadnych szczególnych komplikacji. Należało tylko zmobilizować skupienie, które było jak nabój, i użyć tego naboju z opóźnieniem, to znaczy oszczędzać siły fizyczne na możliwość wykonania całego tekstu. Mówiłem go bowiem 22 minuty, czyli w całości.

Może Mickiewicz dla pana napisał ten tekst? Kto wie? Tadeusz Konwicki uznał, że warto uwiecznić Wielką Improwizację w pana wykonaniu, i nakręcił w 1989 r. film „Lawa”.

Mój przyjaciel Tadeusz Konwicki był na premierze „Dziadów”. I powiem ciekawostkę z naszych prywatnych spraw. Przyjaźniliśmy się we trójkę ze Stanisławem Dygatem. Dygat miał grypę i nie mógł być na premierze. Polecił Konwickiemu zrelacjonowanie tego, co się tam będzie działo. Po premierze Dygat zadzwonił do Konwickiego i spytał: Jak było? A Tadeusz odpowiedział: Chyba nie bardzo. Zasnąłem już na początku i obudziłem się, kiedy Gucio strasznie krzyczał. Dygatowi bardzo się ta recenzja spodobała. Zaprosił Konwickiego z tej okazji na kolację.

Po latach recenzenci zaczęli pisać, że spektakl Dejmka był przeciętny, wybijała się jedynie pańska Improwizacja – zgadza się pan z tym?

Taka opinia pojawia się od czasu do czasu. Nie sądzę, aby to była prawda. Przedstawienie, moim zdaniem, było doskonałe. Niesłychanie wyważone, skromne, ascetyczne.

Czyli takie, jak pan lubi?

Tak. Skupione wyłącznie na interpretacji dramatu. Żadne uboczne chwyty teatralne nie miały miejsca. Wszystko było podporządkowane tekstowi.

Czy gdyby Zenon Kliszko nie znalazł się na widowni, spektakl mógłby być dalej grany?

W tym czasie kręciłem film telewizyjny „Przygody profesora Tutki” Szaniawskiego. Mieliśmy nocne zdjęcia wokół Pałacu Kultury i nagle z ciemności z krzaków wychylił się Kliszko z jakąś dziewczyną. Okazało się, że był z córką na spacerze. Zapytał mnie: Co słychać? Powiedziałem, że zbliża się premiera „Dziadów”. A on, że wie i że się na to wybiera. Powiedziałem: To może pan zajrzy potem do nas i powie coś na temat swoich wrażeń. A on: No tak, żeby potem Wolna Europa mówiła, że ja kieruję kulturą. I na tym się skończyła rozmowa.

Rozumiem, że po spektaklu nie przyszedł już podzielić się wrażeniami?

Nie, nie przyszedł. Tylko echo jego obecności docierało do nas. Wiedzieliśmy, że był. Groźba zdjęcia „Dziadów” przez władzę zawisła od razu po premierze. Ale zagraliśmy jeszcze dziesięć przedstawień. Wewnątrz władz politycznych trwały jakieś dywagacje na ten temat.

Przypomnijmy, że ostatnie przedstawienie odbyło się 30 stycznia 1968 r.

Po zdjęciu spektaklu zagraliśmy go jeszcze dwa albo trzy razy. Widownia złożona z działaczy partyjnych miała się wypowiedzieć na temat przedstawienia. Podobno wynik tej ankiety był taki, że wszyscy chwalili jakość spektaklu i głosowali za zdjęciem.

A jak się grało dla publiczności złożonej z niechętnie nastawionych politruków i ubeków?

Aktorzy o tym nie myślą. Nie odpowiadaliśmy na nastroje polityków. Nas to w ogóle nie obchodziło.

Ale wspominał pan, że publiczność niosła aktorów w tym spektaklu. Widownia z partyjnego klucza musiała być wrogo nastawiona. Czuło się opór w powietrzu?

Tak, szczególnie w trzeciej części spektaklu, w scenie z Senatorem, publiczność kwitowała aplauzem niemal każde zdanie. Tu była cisza albo jakieś celowe chrząknięcia, kasłanie, szuranie nogami, czyli zachowania, które mają zdekoncentrować aktorów. Ale nie dawaliśmy się.

Jaka była atmosfera w zespole, kiedy dowiedzieliście się o zdjęciu spektaklu?

Bezspornie tragiczna dla nas wszystkich. Zlikwidowanie za jednym zamachem tak wielkiej pracy było z naszego punktu widzenia zabójcze.

Dejmek mówił po latach, że nieważne, kto by zagrał Wielką Improwizację i jak by zagrał, „Dziady” i tak zostałyby zdjęte. Czuliście się zmanipulowani, wrzuceni w polityczną zawieruchę?

Niewątpliwie coś w tym było. Ale równocześnie Dejmek mówił, że ja jestem temu winien.

Za dobrze pan zagrał?

Na dzień przed premierą Dejmek nie wiedział, jak skończyć spektakl, i poprosił mnie, żebym powiedział na koniec „Do przyjaciół Moskali”. Ja to powiedziałem, a on: Co pan chce, żeby mnie na Sybir wywieźli? Likwiduję to natychmiast. Bał się przekazu, który byłby zbyt sugestywny.

W stanie wojennym Dejmek zatrudnił pana w teatrze, ale jednocześnie nie podobało mu się pańskie zaangażowanie w politykę. Mawiał dosadnie, że aktor jest od grania jak dupa od srania.

Był w nim głęboko zakotwiczony lęk przed Rosją. Może to kwestia pokoleniowa, ale on nie wierzył, że uda nam się kiedykolwiek wyrwać spod wpływów Związku Sowieckiego.

W końcu usunął pana z teatru. I z tego, co wiem, już nigdy więcej nie rozmawialiście panowie ze sobą. Ale wróćmy do „Dziadów”. Jak pan sądzi, to była pana największa kreacja? Może były większe, które zostały przykryte przez Konrada-Gustawa?

Na pewno są role, które sobie chwaliłem, nie miały jednak już tej legendy co rola Konrada-Gustawa. Ale nie mogę powiedzieć, żeby stanowiła ona przełom w mojej karierze.

Myśli pan, że gdyby nie było tej roli, pana życie zawodowe potoczyłoby się tak samo?

Niewątpliwie trochę inaczej. Zdjęty byłby ze mnie ten patriotyczny obowiązek.

Ale ów patriotyczny obowiązek był panu chyba bliski? Wychował się pan na Trylogii Sienkiewicza. Z chwilą wybuchu II wojny światowej jako 16-latek zaciągnął się pan do wojska.

Należę do pokolenia, które było kształcone straszliwie niebezpiecznie. Podstawą naszej mentalnej edukacji były książki Sienkiewicza. Żaden Gombrowicz, Witkacy nie pojawiali się jeszcze na horyzoncie. To była podstawa myślenia o tym kraju, przynależności do tego społeczeństwa.

Czy dziś teatr może mieć taką siłę, jak miał wtedy?

Nie sądzę. Nie ma takiej okoliczności politycznej, która domagałaby się odpowiedzi ze strony teatru. Wprost przeciwnie. Po zakończeniu naszego stanu podległości w 1989 r. nastąpił kryzys teatru. Przez dwa, trzy lata obserwowaliśmy odchodzenie widowni. Cała ideologia polityki repertuarowej przed 1989 r. polegała na nieustannym sporze z ideologią oficjalnie panującą i raptem nagle straciliśmy przeciwnika. Ale przerobiliśmy to i w końcu porzuciliśmy w teatrze odnoszenie się do kondycji naszego narodu. Pojawiło się zainteresowanie ludzkim indywiduum, jego prywatnością, penetracją jego tajemnicy. Być może to jest powodem powrotu widzów do teatru. Bo niewątpliwie widzowie wracają.

Pan jednak woli się pochylać nad człowiekiem poprzez repertuar klasyczny. Wrócił pan na przykład do „Króla Edypa” Sofoklesa.

Odrzucam wszystko to, czym często karmi się współczesny teatr, czyli już nawet nie psychologię, ale fizjologię. Wiadomo, że Hamlet powinien od czasu do czasu chodzić do toalety, ale w moim przekonaniu to nie jest konieczne, bo o czym innym jest ta sztuka. Nie ma potrzeby, aby w „Ślubach panieńskich” Fredry następowała zbiorowa kopulacja na scenie, jak to się zdarzało.

Może dziś, żeby trafić do widowni, trzeba o człowieku opowiadać inaczej niż kilkadziesiąt lat temu. Nie bolą pana zarzuty, że teatr Ateneum, w którym jest pan dyrektorem artystycznym, to muzeum? Uśmiecha się pan?

Tak, bo to się zupełnie nie odnosi do tego, co robimy. To jest wymysł naszych przeciwników. Robimy swoje, a publiczność licznie nas odwiedza.

Czym zatem jest teatr według pana?

To jest po prostu bajka o spełnieniu albo niespełnieniu marzeń ludzkich. Jest to miejsce do odkrywania prawd o kondycji człowieka, które odbywa się od dwóch i pół tysiąca lat. W tym duchu robiłem „Króla Edypa”.

Pana marzenia o bajce, jaką jest teatr, spełniły się?

Tak. Niewątpliwe. Zadawałem sobie i ja to pytanie: Gdybym nie był aktorem, to co by było? No, nic by nie było. Nie byłbym aktorem. Ale jednocześnie nie mogłem wybrać innego zawodu.

Rozmawiała Katarzyna Janowska

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj