Idioci z przyszłości
Czy ktoś jeszcze w ogóle poważnie myśli o przyszłości? Gdzie szukać spadkobierców Aldousa Huxleya i George’a Orwella, Isaaca Asimova, Philipa K. Dicka czy Stanisława Lema i Kurta Vonneguta? Polecamy serial „Futurama”.

 

"Futurama”, animowany serial Matta Groeninga i Davida X. Cohena wyprodukowany (na skutek nieuważnej lektury scenariusza) przez 20th Century Fox Television, jest pierwszym od lat inteligentnym, dowcipnym i zaskakująco spójnym obrazem czwartego tysiąclecia. To także śmiała propozycja, której chyba żaden z mistrzów literatury nie brał poważnie pod uwagę. Nikt nie sądził bowiem, mawia Groening, że przyszłość będzie banalnie prozaiczna i że minie tysiąc lat, a świat wciąż zamieszkiwać będą istoty, dla których zwycięstwo nad poranną chandrą bywa czynem heroicznym.
 

ZOBACZ TRAILER FILMU:


 

„Wszechświat nigdy nie miał sensu, podejrzewam więc, że był to projekt rządowy” – mawiał amerykański twórca literatury SF Robert A. Heinlein. Autorzy „Futuramy” przekonują, że choć w 3000 r. zasięg naszego poznania rzeczywistości znacznie się powiększy, nie wpłynie to zanadto na codzienne życie. Aby rozpętać wojnę wystarczą, podobnie jak dziś, uzasadnione podejrzenia. Jak mówi jeden z bohaterów serialu admirał Zapp Brannigan podczas odprawy przed inwazją na planetę latających mózgów: „nic nie wiemy o ich języku, ich historii, o tym, jak wyglądają, ale możemy śmiało założyć, że opowiadają się za wszystkim tym, za czym my się nie opowiadamy. Poza tym powiedzieli mi, że wy, chłopaki, wyglądacie jak idioci”.

Klon na prezydenta

Szczęśliwie jednak mała i wielka polityka pozostaje poza sferą zainteresowań większości obywateli (tylko szczególnie zacięte debaty kandydujących na stanowisko prezydenta klonów podnoszą frekwencję wyborczą do niespotykanego poziomu 6 proc.), których wszelkie potrzeby zaspokajane są przez globalne przedsiębiorstwa rozrywkowe i którzy potwierdzają tezę Arthura C. Clarke’a, że poziom inteligencji nie decyduje o przetrwaniu gatunku.

W 3000 r. globalne ocieplenie również przestanie być problemem. Na skutek nuklearnej zimy temperatura spadnie, a jej niewielki wzrost powodowany przez spaliny wszechobecnych robotów równoważy się wrzucając do oceanu wielkie kostki lodu (że też nikt wcześniej na to nie wpadł). Owszem, podziały w społeczeństwie przyszłości muszą się pogłębić, ponieważ obok linii oddzielającej ładnych od brzydkich (jak to dobrze, że siłownie dla tych drugich nie mają okien), bogatych od biednych (zarezerwowanie stolika w popularnej restauracji wymaga stworzenia wszechświata równoległego z wolnym miejscem, a to kosztuje), pobiegną linie wyznaczone przez obecność pozaziemskich ras oraz robotów.

Większość duchowych rozterek ukoi jednak oparty na tradycji voodoo Pierwszy Kościół Połączony, który pośredniczy w kontaktach z osiadłym gdzieś w odległej galaktyce Absolutem. Ten co prawda zdaje się nie wiedzieć o istnieniu Błękitnej Planety, ale kogo by to obchodziło, podobnie zresztą jak drugie nadejście Chrystusa, które miało miejsce w 2443 r. i nie wywarło, jak się wydaje, większego wpływu na duchowy kształt ludzkości czwartego tysiąclecia.

Styl podziemnej bohemy

Głównym pomysłodawcą tego kompletnego (bogatszego niż powyższy opis) uniwersum jest urodzony w 1954 r. Matt Groening, amerykański rysownik, miłośnik twórczości Asimova i Dicka oraz Franka Zappy, który wyrabiał swój anarchizujący styl pracując dla podziemnej bohemy Los Angeles. Jego charakterystyczna kreska stała się szerzej znana dzięki serialowi „The Simpsons”, którego sukces zagwarantował mu na tyle dużą swobodę twórczą, iż mógł podjąć się realizacji komedii swego życia, czyli „Futuramy”.

Ponieważ jednak, jak mówił „New York Timesowi”, robienie filmów animowanych to zajęcie dla osób, które nie do końca potrafią rysować i nie do końca potrafią pisać, pracuje w duecie z urodzonym w 1966 r. Davidem X. Cohenem, scenarzystą, którego sarkastyczne poczucie humoru dorównuje poziomowi jego wykształcenia (licencjat z fizyki na Harvardzie i magisterium z informatyki na Berkeley). Ten wierny czytelnik Lema i Vonneguta oraz fan „Star Treka” skrzyknął sobie podobnych jajogłowych (wśród których nie brakuje doktorów chemii i filozofii), by wspólnie stworzyć wyjątkowy w głównym nurcie popkultury, kompletny, animowany świat, pełen nawiązań do kina i literatury.

Ich czuły hołd dla dorobku mistrzów fantastyki naukowej stał się także obiektem kultu wśród miłośników nauk ścisłych, których bawią umieszczane tu i ówdzie na drugim planie wypełnione piwem butelki Kleina, wycieczki na taras widokowy zawieszony ponad krawędzią kosmosu, szalone gonitwy przez wszechświaty równoległe, paradoksy rodzinnych podróży w czasie, kwantowe kłopoty z wyznaczeniem zwycięzcy wyścigów konnych oraz niezliczone wręcz perełki żartów rodem ze świata robotów i programistów (tylko naprawdę źli ludzie mówią, że to jedno i to samo). „Ten jeden procent widzów jest wierny aż po grób” – mówi Cohen dla „Wired”. A czego można chcieć więcej we współczesnym krajobrazie mediów niż grupa zagorzałych fanów, pyta amerykański miesięcznik.

Niegrzeczny święty Mikołaj

Niestety po czterech latach nadawania, w 2004 r., telewizja Fox z bliżej nieznanych powodów wstrzymała emisję serialu (jego początkowe odcinki przemknęły także przez antenę polskiej TV4, wzbudzając szczerą niechęć Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji). Czyżby stróżom moralności nie przypadł do gustu mechaniczny święty Mikołaj z Plutona, który na skutek błędu oprogramowania uznaje wszystkie dzieci za niedostatecznie grzeczne i co roku, w Wigilię Bożego Narodzenia, wypycha ich główki prezentami?

A może producentom chodziło o głównych bohaterów „Futuramy”, których trudno uznać za wzór dla młodzieży ustawionej w blokach na ścieżce szybkiej kariery? Grupie tej przewodzi 165-letni profesor Hubert J. Farnsworth, który – choć przekroczył już wiek, kiedy to starych ludzi przenosi się na odległą planetę, gdzie podłączeni do wielkiego symulatora gry w bingo zmierzają ku nieśmiertelności – dzięki zatajeniu daty urodzenia wciąż pozostaje czynny zawodowo. Szybkie samochody, modne kluby nocne, piękne kobiety, Maszyna, Która Robi Dwa Rady Bim (dalekie echo montypythonowskiej Maszyny, Która Robi Ping) – wszystko to przynależy Farnsworthowi i tylko na karb zawistnych kolegów złożyć należy fakt, iż skroni tego wybitnego uczonego nie zdobi jeszcze noblowski laur.

Fatum nie ginie w niskiej temperaturze

Ponury cień przeznaczenia padł także na Philipa J. Frya, odległego (w czasie) krewnego profesora, niespełnionego uczuciowo i zawodowo dostawcę pizzy, który po przypadkowym zamrożeniu w 2000 r. odmrożony tysiąc lat później stwierdza, że fatum to coś, co nie ginie w niskiej temperaturze. Co prawda okaże się on zbawicielem Wszechświata, ale tylko mimowolnie – a to się przecież nie liczy.

Obiekt jego nieodwzajemnionej adoracji, Turanga Leela, to w przeciwieństwie do nieszkodliwie niedojrzałego Philipa kobieta asertywna, rzutka, a wręcz bitna, ale i ona z trudem odnajduje się w nowym wspaniałym świecie, a to dlatego, że cyklopom nawet w czwartym tysiącleciu bywa nielekko. Nikomu jednak niepewność istnienia nie doskwiera intensywniej niż podobnemu do homara doktorowi Johnowi A. Zoidbergowi, osobliwemu przybyszowi z planety Decapod 10, który zmaga się z dramatycznym rozdźwiękiem między własną wiedzą medyczną a warunkami ludzkiej anatomii.

W tej galerii nieudaczników wyjątkiem nie jest także Bender Bending Rodriguez, zbudowany w meksykańskiej Tijuanie i zasilany alkoholem robot przemysłowy, który z równą łatwością zgina (matura ze zginania) stalowe pręty, jak normy obyczajowe (zgodnie z hasłem Isaaca Asimova postulującym, byśmy nigdy nie pozwalali naszemu zmysłowi moralnemu przeszkodzić nam w robieniu tego, co należy). Ten chętnie użalający się nad sobą („My, roboty, nie mamy uczuć i dlatego jestem taki smutny”) bon vivant, nieuleczalny łgarz i kleptoman, poszukując uznania i przyjaźni, siłuje się ze swoim przeznaczeniem jak mało kto, bowiem, jak każdy robot, teoretycznie powinien robić tylko to, do czego został zaprogramowany. Absurdalne wysiłki Bendera zmierzające do zyskania sławy w roli kucharza mimo braku kubków smakowych są kwintesencją losu większości bohaterów serialu.

„Moją odpowiedzią na pytanie, czy możemy ponownie wynaleźć samego siebie, czy na skutek jakiegoś odgórnego planu jesteśmy skazani na niepowodzenie, brzmi – jesteśmy skazani” – mówił Groening dla „New York Timesa”. Czyli – jak pisał Mrożek w „Uwagach osobistych” – karma twoja mać!

Wypijmy za przyszłość

Pocieszeniem w tego typu sytuacjach bywa zwykle gorące uczucie. Niestety w 3000 r. mnogość zamieszkujących Ziemię naturalnych, sztucznych i zwykle niekompatybilnych form życia sprawia, że osiągnięcie miłosnego porozumienia, a potem spełnienia, jest wyzwaniem tyleż emocjonalnym, co konceptualnym. Każdy więc sukces, choćby ten, gdy zapłodniony dotykiem ukochanej porucznik Kif Kroker wypuszcza swe nowo narodzone kijanki do macierzystego bagna na planecie Amphibios 9, witany jest z radością. W istocie okazuje się, że w 3000 r. jedno co warto – to upić się warto, czym też Bender i Fry zwykle się zajmują. Ot, i cała przyszłość, która jakby mniej ma z Lema niż z Charlesa Bukowskiego.

Ku radości miłośników „Futuramy” smutni panowie z 20th Century Fox Television, zaskoczeni jej rosnącą popularnością w Internecie, w 2007 r. zlecili Groeningowi i Cohenowi zrealizowanie piątej serii odcinków (wydanej niedawno na płytach) oraz czterech pełnometrażowych filmów, z których pierwszy, „Bender’s Big Score”, już można kupić na DVD. Kolejne pojawią się jeszcze w tym roku.

Warto zatem wybrać się na zakupy, albowiem „Futurama”, ta znakomita ilustracja słów Alberta Einsteina, że rozróżnienie między przeszłością, teraźniejszością i przyszłością to tylko trwająca uparcie iluzja, jest jednym z najlepszych dostępnych na rynku lekarstw na lęk przed absurdem Wszechświata. „Komedia to martwy gatunek”, mawia robot Bender. „Tragedia – to dopiero zabawne!”. A śmiech to zdrowie.



Kup film w Merlin.pl
 


Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj