Polak - portret hipokryty
To ja, a to mój image, mówił bohater jednego ze śmieszniejszych rysunków Andrzeja Mleczki. Podobnie jest z tradycyjnymi wyobrażeniami Polaków na swój temat: zachwycają, lecz coraz bardziej nie przystają do obrazu malowanego z natury.

 

Od święta Polak pielęgnuje przejęty z przeszłych epok wizerunek własny, w którym przegląda się z uczuciem niekłamanej dumy: widzi bowiem osobnika pod wieloma względami zupełnie wyjątkowego. Wyjątkowo zakorzenionego w wyjątkowej historii, przykładnie religijnego, miłującego swą piękną ojczyznę, wreszcie nadzwyczaj kulturalnego. Z bycia kulturalnym rodak zawsze był szczególnie dumny, czemu towarzyszył lekceważący stosunek do innych, zwłaszcza do sąsiadów, a już w szczególności tych ze Wschodu. Dowcip o Iwanie Groźnym, nie potrafiącym pić herbaty ekspresowej, poprawiał nam samopoczucie w najgorszych latach PRL. Ale i wobec narodów pozostających w podobnym do nas położeniu demonstrowaliśmy zwykle poczucie wyższości.

Na co dzień jednak ów image staje się coraz mniej podobny do portretu malowanego z natury. Kiedy na przykład Polacy masowo wyjeżdżają szukać szczęścia za granicą, już raczej nie wypada mówić, że jesteśmy przywiązani do ojczyzny na dobre i na złe jak żadna inna nacja na świecie. Nie ma w tym zresztą nic złego. Po prostu korzystamy z przywileju bycia pełnoprawnym członkiem Unii Europejskiej. Tu zaszła ważna zmiana w świadomości zwłaszcza młodego Polaka, zaś politycy, próbujący powstrzymać owe procesy integracyjne, narażają się jedynie na śmieszność.

Przekonanie o wyjątkowej religijności pozostało, choć przecież po śmierci papieża Polaka wiele się zmieniło. Czy mówi się jeszcze o pokoleniu JPII? Jednocześnie, jak wynika z badań socjologicznych, nasz stosunek do globalnych przemian obyczajowych niewiele różni się od średniej europejskiej, a dotyczy to i rozwodów, i kwestii aborcji. Rośnie liczba wierzących niepraktykujących oraz wierzących selektywnie, co w istocie oznacza swobodne podejście do kwestii wiary. Jak pamiętamy z licznych wyborów, religijność nie pomagała żadnemu z pretendentów (chyba że następowała mobilizacja wyznawców Radia Maryja, co jednak też dawało zaledwie parę procent). Niedawno w jednym z wywiadów Aleksander Kwaśniewski chwalił się, nie bez powodu, że był prezydentem ateistą w kraju katolików.

Nadeszła też pora, aby pomyśleć o naszym myśleniu historycznym, które ponoć zawsze wyróżniało nas spośród innych narodów. Na tym przekonaniu bazowała niedawno tzw. polityka historyczna. Jej szczytowym osiągnięciem były huczne obchody rocznicy Powstania Warszawskiego, które starano się przedstawić jako zwycięskie, co się chyba jednak do końca nie udało. Z drugiej jednak strony nie odbyła się żadna ważna debata o historii Polski, nie powstały nowe syntezy dziejów ojczystych, chociaż można było oczekiwać, że po 1989 r. w wolnym kraju takie dzieła zostaną napisane.

Skarbiec bez klucza

Niemało hipokryzji jest w naszym stosunku do spuścizny kulturalnej, z której jesteśmy niezmiennie bardzo dumni, choć coraz gorzej ją znamy. Od czasu do czasu parlament ogłosi rok umarłego poety (w tym roku jest to Herbert), lecz na okolicznościowych rytuałach zwykle się kończy. Tak było z obchodzonymi niedawno latami ku czci Mickiewicza i Gombrowicza. Temu ostatniemu najbardziej pomógł, oczywiście niechcący, minister Giertych, pragnąc usunąć go z listy lektur szkolnych, co spowodowało krótkotrwały wzrost zainteresowania dziełami autora „Ferdydurke". Na co dzień jednak nasza droga klasyka przypomina skarbiec, do którego został zgubiony klucz. Nawet teatry przestały się nią interesować. Czasem zdarzy się wprawdzie, że polityk zacytuje któregoś z wieszczów, ale najczęściej z błędem, a jeżeli nawet prawidłowo, to też nie może mieć pewności, że skrzydlate słowa trafią do adresatów.

Jak wygląda w praktyce hipokryzja rodaków w stosunku do największych współczesnych twórców, można prześledzić na przykładzie „Katynia" Andrzeja Wajdy. Najpierw ogłaszano parokrotnie, że „Wajda się skończył", co jest u nas charakterystycznym zwrotem grzecznościowym wobec długowiecznych mistrzów, następnie, kiedy wreszcie reżyser rozpoczął zdjęcia, pojawiły się proroctwa, że całe przedsięwzięcie skazane jest na klęskę. Co też obwieszczono po krajowej premierze, nie bez satysfakcji. Potem, kiedy „Katyń" dostał nominację do Oscara, a zwłaszcza kiedy w prasie zaczęto pisać, że jest faworytem, Wajda ponownie stał się wybitnym polskim reżyserem. Po nieudanej nocy oscarowej wszystko wróciło do punktu wyjścia.

Teraz wszyscy sławią Gustawa Holoubka, któremu prezydent Lech Kaczyński przyznał pośmiertnie Order Orła Białego. Dlaczego nie za życia? Przecież nie była to śmierć nagła i niespodziewana.

Gust średni poniżej średniej

Coś niedobrego stało się z polskim gustem, z którego w przeszłości byliśmy tak dumni. O repertuarze kin mówiono nawet, że jest najlepszy na świecie, teatry pokazywały najciekawsze dramaty krajowe i zagraniczne, w tym także awangardę - Ionesco, Becketta i innych. Po znaczące nowości literackie ustawiały się kolejki. Szmira nie miała najmniejszych szans. Wydawało się więc, że kiedy znikną wszelkie ograniczenia polityczne, kulturalny Polak w pełni skorzysta z poszerzonej oferty. Tymczasem raporty o uczestnictwie w kulturze (własny raport publikowaliśmy niedawno w „Polityce") nie pozostawiają złudzeń.

Statystyczny Polak mniej czyta, rzadziej chodzi do kina, już nie wspominając o teatrze i sali koncertowej. Gdyby choć umiał wybierać! Półki księgarskie pełne są książek, wśród których nie brakuje pozycji najcenniejszych, tymczasem na ubiegłorocznych listach bestsellerów pierwsze miejsce, i to z ogromną przewagą nad kolejnymi tytułami, zajmowało dzieło ks. Dziwisza „Świadectwo". Wśród najlepiej sprzedających się książek ciągle znajdują się wydawnictwa poświęcone Janowi Pawłowi II, trudno jednak na tej podstawie wnioskować o stanie pobożności społeczeństwa, ponieważ duże nakłady osiągają także książki mniej lub jawnie antyreligijne, w tym także wspomnienia byłych księży. Rzeczy nie należące do żadnej z powyższych kategorii nie mogą liczyć na większe zainteresowanie. Autorzy nagradzani najbardziej prestiżowymi nagrodami, tłumaczeni na wiele zagranicznych języków, w kraju mogą liczyć co najwyżej na parę tysięcy czytelników. Rośnie procentowo grupa nieczytających w ogóle. Czy ktoś, kto nie przeczytał w roku ani jednej książki, może nadal uważać się za człowieka kulturalnego?

Kiniarze mogliby opowiedzieć o spektakularnych klęskach filmów nagradzanych Oscarami, Złotymi Palmami, chwalonych przez krytykę. Ten rodzaj snobizmu już nie funkcjonuje. Nasz typowy konsument kultury popularnej woli zaufać specjalistom od marketingu. Dlatego w telewizji czy w kinie wybiera najchętniej pozycję, której pojawienie się poprzedziła hałaśliwa akcja promocyjna, zwłaszcza z udziałem kolorowych magazynów. Dziełu dobrze służy aura obyczajowego skandalu. Najświeższy przykład to niespotykane powodzenie rodzimej komedii „Lejdis", pognębionej dość zgodnie przez krytykę. Pokazane w filmie przygody życiowe kilku kumpelek są w istocie dość banalne, ale za to używają one soczystego, mięsistego języka i zdaje się, że to główna atrakcja przyciągająca tłumy do kin. Można przypuszczać, że w tej konkurencji kino polskie nie powiedziało jeszcze ostatniego plugawego słowa.

Dla kogo ta misja?

Z wyjątkowym natężeniem hipokryzji mamy do czynienia w rozmowach o misji telewizji publicznej. Kiedy rzecz dotyczy zobowiązań w sferze politycznej, wszystko jest jeszcze w miarę proste. Wiadomo, że wiodące partie chcą mieć równy dostęp do anteny, co akurat daje się zmierzyć i zważyć. Z misją w sferze kultury już nie jest tak prosto, choć, nie wiedzieć czemu, przyjęto z góry założenie, iż w tej sprawie nie warto nawet dyskutować. W każdym razie dotychczas poważnej debaty nie było. Niezmiennie używa się natomiast podręcznego zestawu sloganów, powtarzanych zarówno przez polityków jak i publicystów, opartych na założeniu, iż polski widz jest wyjątkowo wymagający i kulturalny, i oczekuje programów z najwyższej artystycznej półki.

Skąd o tym wiadomo? To zdanie samych telewidzów. No rzeczywiście, Polak pytany z zaskoczenia, czego mu najbardziej brakuje w telewizji zwanej publiczną, bez zastanowienia recytuje, że programów wysoce kulturalnych, ambitnych filmów, emitowanych w porze największej oglądalności, i Teatru Telewizji; najlepiej żeby premiera była co poniedziałek, jak kiedyś. Inteligent pamiętający dawne dobre czasy doda, że marzy o rozrywce na poziomie niezapomnianego Kabaretu Starszych Panów.

Te wyobrażenia o telewizji idealnej należałoby jednak zderzyć z tabelami tzw. oglądalności. Nie jest bowiem prawdą, że dziś odbiorca nie ma w ogóle wyboru. Jeżeli naprawdę wie, czego szuka, także w telewizji publicznej może znaleźć ambitny film, dokument i nawet interesującą debatę, niekoniecznie w formie kłótni polityka PO z politykiem PiS. Tymczasem rekordy popularności biją od lat telenowele konkurujące z innymi telenowelami, kolejne powtórki seriali z lat PRL oraz programy rozrywkowe, w których wynajęci artyści pokazują, czego robić nie potrafią - np. jeździć figurowo na łyżwach.

Owszem, niemal wszystkie programy kulturalne zostały zepchnięte na późne godziny nocne, ale przecież kiedy były emitowane wcześniej, osiągały żenująco niskie wskaźniki tzw. oglądalności. Telewizja, nawet publiczna, musi brać je pod uwagę. W paśmie najwyższej oglądalności pozostał Teatr Telewizji, a właściwie powrócił do swej dawnej pory emisji, co miało być symbolicznym sygnałem, że TVP nie lekceważy nawyków swych najbardziej wartościowych widzów. Trudno byłoby jednak mówić o sukcesie najważniejszej sceny w kraju, która nie jest wprawdzie w najwyższej formie, ale przecież od czasu do czasu zdarzają się spektakle znaczące. Nie ma to jednak większego wpływu na frekwencję.

Pojawiły się ostatnio zapowiedzi gruntownej zmiany telewizji publicznej. Z tego co słychać - choć są to ciągle wiadomości niepotwierdzone - Jedynka miałaby zostać sprywatyzowana, cały zaś ciężar misjonarski przejęłaby Dwójka. Tylko jaka to miałaby być telewizja? Jeżeli programiści uwierzą nie w fakty, lecz w mity, otrzymamy stację konkurującą z istniejącym już kanałem tematycznym TVP Kultura, który znalazł dla siebie sympatyczną niszę. Jedna taka nisza w zupełności wystarcza.

Jeżeli kwestia misyjności nie zostanie na nowo przemyślana i nie zostaną rozpoznane zróżnicowane oczekiwania oraz kompetencje rzeczywistej widowni, zwycięży hipokryzja, jednocześnie zaś możemy w bardzo kulturalny sposób skasować ostatecznie telewizję publiczną.

I tą przestrogą kończę okołowielkanocne rekolekcje kulturalne.
 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj