szukaj
Azja, Europa, prowincja, metropolia
Kino tureckie – wściekle żywotne i poszukujące.

No pewnie, że znamy kino tureckie. Przecież Turkiem jest w końcu urodzony i mieszkający w Hamburgu Fatih Akin, miłośnik amerykańskiego kina i emigracyjnych problemów, reżyser "Głową w mur" (o diasporze w Niemczech) albo "Życie jest muzyką" (o dźwiękach Stambułu). Bardziej ambitni dodadzą Nuri Bilge Ceylana, gwiazdę europejskich festiwali filmowych, autora i indywidualistę, twórcę m.in. "Dalekiego" (o zetknięciu miejskiego i wiejskiego stylu życia) czy "Klimatów" (o trudnej miłości i związku, z żoną reżysera w głównej roli). To właśnie tych dwóch - i tylko tych dwóch! - pokazano na imprezie pod szumnym tytułem "Nowe kino tureckie" rok temu w Muranowie. Co jakiś czas przez Warszawski Festiwal Filmowy przewinie się parę filmów, rok temu ToffiFilmFest zestawiła parę pozycji z Turcji i Armenii, żadnych innych oddzielnych retrospektyw raczej nie organizowano. Tymczasem kino tureckie objawia ostatnio wyjątkową żywotność i poszukuje przestrzeni w najróżniejszych tematach, językach i gatunkach.

Najlepiej widać to i słychać w Stambule. Oczywiście jak się tylko przeciśniemy przez zatłoczony do granic możliwości Istiklal Caddesi, centralny bulwar dzielnicy Beyoglu, dawnej Pery, dzielnicy kupców genueńskich, żydowskich i ormiańskich, przyczółek Europy w tym azjatyckim żywiole. Tam właśnie mieszczą się cztery kina festiwalowe; piąte już w Uskudar, po azjatyckiej stronie 15-milionowego miasta-molochu, zachwycającego swoją lekkością, elegancją. Właśnie w Perze, a nie w starych dzielnicach osmańskich czy też nowych blokowiskach i slumsach - tam właśnie po raz już 27. odbył się największy turecki Międzynarodowy Festiwal Filmowy. Są tu tylko dwa konkursy (międzynarodowy i rodzimy), ale oprócz tych sekcji znajdziemy także rodzynki z innych festiwali, starych mistrzów, panoramę śródziemno-czarnomorską, filmy muzyczne, dokumenty, krótkie metraże, gale i koncerty; łącznie ponad 220 tytułów. Jak to ogarnąć?

Oczywiście zacząć wypada od kina lokalnego. W tym roku w konkursie wyświetlono 12 filmów, do tego 4 poza, no i jeszcze 12 dokumentów; nie liczę przypomnień i pamiątek. O ile dokumenty trzymają się gatunkowej konwencji, zaskakując ewentualnie tematem lub bohaterem, o tyle fabuły utrzymane są w rozmaitych stylach, nawet baśni fantasy (infantylny "The Messenger" Çagana Irmaka) i melodramatu noir (zbyt powieściowy "Shadow" Mehmeta Gürelego). Od kilkunastu lat boom przeżywa kino autorskie, do tej pory zmuszane do kompromisów z głównym komercyjnym nurtem. Nie znaczy to, że ten ostatni ma się gorzej - hity takie jak nacjonalistyczny dramat wojenny "Valley of the Wolves: Irak" czy parodia science fiction "G.O.R.A." zebrały ponad czteromilionową publiczność. W ogóle tu się chodzi do kina: na samym Istiklal Caddesi naliczyłem dziesięć kin, w kraju jest ich ponad 1.500, a ponad 55% widzów wybiera produkcje ojczyste.

Czy kino tureckie posiada jakąś specyfikę? Jeśli uda nam się choć moment zapomnieć o dominujących w latach 50.-70. melodramatach z przesadną grą aktorską (krzyki i mimiki), czy też o głupawych komediach na eksport do diaspory niemieckiej - to co nam zostanie? Debatowali nad tym zaproszeni przez festiwal zagraniczni krytycy, same tuzy od "Hollywood Reporter", przez "Tagesspiegel" po "Variety". Wyszło, że albo specyfik narodowych od dawna już nie ma, bo to i etykietki i nacjonalizm, a tu globalizacja - albo że trzeba właśnie być głęboko zanurzonym w konteksty, tradycje, historię, obyczaje, religie. By przyciągnąć uwagę nietureckiej publiczności czy krytyki, film winien więc być mniej lub bardziej lokalny, mimo wszystkich uniwersalnych znaczeń czy aspiracji. Won z indywidualistycznym i międzynarodowym kinem takiego Larsa von Triera czy Petera Greenawaya?

 

Na żadnego "tureckiego Triera" się nie natknąłem, lecz ostatnio paru reżyserów stara się faktycznie uprawiać kino, jak by je tu nazwać, "formalistyczne", eksperymentatorskie, przekraczające konwencje. Takim dziełem jest z pewnością debiut Fatiha Haciosmanoglu, "Concrete Pillow", które akurat na Istanbul IFF się nie dostało (o co reżyser ma słuszne żale), niemniej wyświetlane było m.in. w Szanghaju, Kairze i Almaty - a będzie we Wrocławiu na Erze Nowe Horyzonty. To poetycka opowieść o dwóch braciach, spotykających się po latach rozłąki. Osobliwy, synkopowany i rwany montaż, mnogość symboli i znaczeń, wreszcie w pełni niezależne i autorskie wykonanie. "Dot" (nagroda za reżyserię) to nowy film jednego z bardziej uznanych auteurs kina tureckiego, Dervisa Zaima. Stanowi on środkową część jego trylogii poświęconej tradycyjnym ottomańskim sztukom; tu jest to kaligrafia, która doprowadza jej adepta do zbrodni. Ale to nieważne. Co się liczy, to niezwykła sceneria - białe jezioro soli, po którym wiją się i krzyżują ubrane na czarno postaci, niczym litery arabskiego pisma na pergaminie. Wszystko nakręcone w dziesięciu ujęciach, z niemal niedostrzegalnymi przejściami między scenami i płynnym ruchem kamery, niczym pędzelka kaligrafa. Wreszcie "Ara" (Best Actor i Special Prize of Jury) to nieskobudżetowy film popularnego i docenionego Ümit Ünala. Uczuciowe perypetie czworga stambulczyków rozgrywają się wyłącznie (sic!) w pustym, niezamieszkanym apartamencie po babci jednej z nich; tylko między ich wizytami ekipy wynajmują mieszkanie do kręcenia żałosnych reklamówek. Bohaterowie piją i klną, kochają się i pieprzą, kłamią i zdradzają - prędzej jak we francuskim niż tureckim filmie. Ale o dziwo, krytykom z Zachodu podobało się...

Bliższe tradycji (sterotypowi?) obrazy przedstawili pozostali reżyserzy. Semih Kaplanoglu w "The Egg" (Golden Tulip oraz People's Choice Award) podąża tropem pisarza, wracającego do rodzinnego miasteczka, by odprawić przykazany przez zmarłą właśnie matkę rytuał religijny. Tam spotyka starych znajomych, śliczną młodą kuzynkę, zapomniane krajobrazy i siłę rodziny, domu, korzeni. Minimalistyczny, niespieszny, poetycki film, bliski klimatom wczesnych dzieł Ceylana. Jeszcze skromniej zachowali się twórcy "Summer Book" (Best Turkish Film i nagroda FIRPRESCI), wywodzący się z kręgu magazynu "Altyazi", niezależnego miesięcznika założonego przez młodych pasjonatów. Reżyser Seyfi Teoman dyskretnie prowadzi młodego chłopca przez meandry dojrzewania i szok utraty niewinności. Pozornie leniwe i typowe lato w śródziemnomorskim mieście przyniesie tym razem zdarzenia dramatyczne - jednak nie wpłyną one na spokojną narrację filmu, eliptyczną formę, świeżość aktorstwa, prawdę o miejscu i życiu.

Inną prostą, zdawałoby się codzienną historię mogliśmy śledzić w "Havar" Mehmeta Güleryüza. Południowy wschód, malownicza wieś nad rzeką, flirt czy przekomarzanie się przy praniu. I nagle, jak grom - wyrok. Za zdjęcie chusty, za wymianę zdań z mężczyzną, rodzinna rada skazuje młodą dziewczynę na śmierć, zamyka w komórce, zostawiając pętlę ze sznura. Tytuł to w lokalnym dialekcie nie tylko imię, lecz także "krzyk buntu, rozpaczy, wezwanie pomocy". Grają amatorscy aktorzy, w tle kurdyjska muzyka i zrujnowany most na rzece. Tej siły prostoty i autentyzmu niczym nie zastąpił drugi konkursowy film traktujący o honorowych zabójstwach. "Hidden Faces" Handan Ipekçi niepotrzebnie przybiera formułę dramatu sensacyjnego z wtrętami dokumentalnymi; oto osiadły w Niemczech Turek dowiaduje się, że zhańbiona siostrzenica żyje mimo jego uprzednich starań i gna do ojczyzny by dokończyć dzieła - na drodze stają mu krewni i filmowiec, który wydobył na jaw rodzinną tajemnicę.

Zabójstwo za odkrytą twarz, romans, przedmałżeńskie dziecko; a z drugiej strony picie, jointy, kochankowie, seks - Turcja jest krajem gigantycznych kontrastów moralnych, społecznych, ekonomicznych, nie tylko między tasrą (prowincją) a Stambułem. W samym mieście dzieją się rzeczy dla Europejczyka niepojęte: hotele sąsiadują ze slumsami, wieżowce z rozpadającymi drewnianymi chatynkami, po ulicach włóczą się bezdomne psy i koty obok politycznych demonstracji. Wystarczy 100 metrów, by przejść od tarasu, na którym białe kołnierzyki i wymalowane dziewczyny popijając cafe latte, do mrocznych wnętrz kiraathanesi, gdzie nad ciągle samą czarką herbaty siedzą wyłącznie starsi mężczyźni, grają w tavlę i gapią się na zaśmieconą uliczkę. Ile filmów trzeba na to przejście?

 
Źródła

 

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj