szukaj
Żebrowski Michał
Nieprzyjemniaczek
Romantyczny bohater lat 90. i etatowy odtwórca ról lekturowych herosów. Dziś mówi o profesjonalnej rozrywce i komercyjnym powołaniu teatru. Wkrótce zobaczymy go w rosyjskiej superprodukcji „1612”.

Michał Żebrowski ma w naszym show-biznesie specjalny status. Z jednej strony popularnością dorównuje telenowelowym gwiazdkom, choć w telenowelach programowo nie występuje. Jako odtwórca ról Jana Skrzetuskiego i pana Tadeusza stał się ulubieńcem kolorowych magazynów, zdobywcą tytułu Najpiękniejszego Polaka 2004 r. pisma „Viva!”. Z drugiej – sprawia wrażenie, że nie interesuje go popularność dla niej samej, a raczej używa mediów i rozpoznawalności, którą dają okładki i rozkładówki, do wyższych celów. Skargę jednej z dziennikarek, że dwukrotnie odmówił jej wywiadu, skwitował stwierdzeniem, że dzięki temu jest dla niej cenniejszy. Do innej sam zgłosił się z propozycją wywiadu, gdy zbliżała się premiera jego kolejnego spektaklu, bo „szkoda byłoby, gdyby wartościowa rzecz przepadła z braku reklamy”.

 

Lubi powtarzać, że jest z pokolenia, które jedną nogą tkwi w komunizmie, drugą już w kapitalizmie. I za pomocą metod współczesnego marketingu kreuje się na wyznawcę konserwatywnych wartości, tak w życiu, jak i w sztuce. „Teatr, który tworzymy, jest powrotem do pełnego poszanowania tekstu. Można oczywiście biegać nago po scenie, można używać rynsztokowego słownictwa, ale najpierw trzeba sobie postawić pytanie, czemu to ma służyć. Mnie taki teatr nie interesuje” – deklarował przy okazji występu w „Ryszardzie II” w reżyserii Andrzeja Seweryna.

Za to chętnie wpisuje się w ciąg tradycji dawnego teatru, a swoich szkolnych profesorów: Gustawa Holoubka, Zbigniewa Zapasiewicza, Annę Seniuk, Mariusza Benoit, tytułuje mistrzami. I z uporem obstaje przy archaicznie brzmiących w dobie tańców na lodzie wartościach – profesjonalizmie i skromności.

Warszawiak z Krakowskiego Przedmieścia. Dziadek był posłem na Sejm II RP z ramienia Stronnictwa Chrześcijańskiej Demokracji i członkiem Rady Jedności Narodowej. Jako jeden z przywódców Polskiego Państwa Podziemnego został skazany w pokazowym procesie szesnastu. Jego wnuk jest sztywny, konkretny i do bólu pryncypialny. Taki „chłopak retro”.

Po korytarzach Akademii Teatralnej dotąd krążą legendy o jego pracowitości. Podobno zmuszał panie woźne do wcześniejszego otwierania szkoły, ponoć nigdy nie był w bufecie pani Joli, bo nie było czasu na jedzenie. – Kto dziś uwierzy, że kiedy przyszedł do szkoły, nie było go słychać z dwóch metrów? – uśmiecha się Mariusz Benoit. – Całymi dniami ćwiczył dykcję i impostację głosu. Był tytanem pracy. Zbigniew Zapasiewicz dodaje: – Próbował wszystko do końca zrozumieć. Był wręcz namolny w wyciąganiu od nas, profesorów, wszelkiego rodzaju informacji. Posuwał się do tego, że chodził za nami po korytarzach, pytał, wyciągał na rozmowy. W pierwszym okresie nawet notował nasze wypowiedzi, co było dosyć zabawne. Jan Englert zaś wspominał: „Co roku ogłaszałem studentom gotowość do indywidualnej pracy nad Kordianem. Żebrowski jako jedyny potraktował tę propozycję poważnie”.

Przez cztery lata nasiąkał opowieściami o legendarnych kreacjach aktorskich Łomnickiego, Holoubka, anegdotami z czasów świetności najlepszych polskich scen dramatycznych: Dramatycznego z czasów dyrekcji Holoubka, Współczesnego za rządów Erwina Axera, Powszechnego Zygmunta Hübnera czy Ateneum Janusza Warmińskiego. Wybitni dyrektorzy, zgrane zespoły, wielka literatura, miłość widowni.

Tak naładowany wystąpił w roli Jimmy’ego Portera w wyreżyserowanej przez Mariusza Benoit dyplomowej „Miłości i gniewie” Johna Osborne’a. To był pierwszy z całej serii dość podobnych bohaterów, w graniu których się później wyspecjalizuje: nieprzyjemnych, ironicznych, głęboko schowanych w sobie wrażliwców. Sfrustrowany, zbuntowany przeciw życiu, które nie dorasta do jego aspiracji, charyzmatyczny – rolę Żebrowskiego zgodnie okrzyknięto najlepszym aktorskim debiutem od czasu wejścia na scenę Jana Frycza. Na spektakl grany w Teatrze Powszechnym (potem przeniesiony do Teatru Telewizji) waliły tłumy.

Szybko się jednak okazało, że teatralna rzeczywistość połowy lat 90. nie ma wiele wspólnego z opowieściami profesorów. W Powszechnym, gdzie na etacie wytrzymał sezon, po dyrekcji Hübnera zostały pięknie brzmiące hasła i legenda teatru inteligenckiego, zaangażowanego politycznie, na scenie zaś aktorskie gwiazdy rozpaczliwie próbowały przyciągnąć odpływającą przed telewizory publiczność bulwarowym repertuarem. Podobnie rzecz miała się z inną legendarną sceną – prowadzonym przez Holoubka Ateneum, gdzie Żebrowski wystąpił gościnnie w nudnym, nijakim „Zmierzchu długiego dnia” O’Neilla w reż. Waldemara Śmigasiewicza. Spektakl dał się zapamiętać wyłącznie dlatego, że Żebrowski grał Jamesa Tyrone’a, współczesnego chłopaka, w jeansowych ogrodniczkach, z fryzurą i wąsami Jana Skrzetuskiego. Wtedy już stawiał na kino.

Zbigniew Zapasiewicz widzi to następująco: – W momencie, kiedy skończył szkołę, zaczął się rozwój rynku aktorskiego, pojawiły się te wszystkie zajęcia, które przynoszą aktorowi większe niż teatr korzyści: finansowe, medialne, popularność. Michał temu uległ. Nie mam o to do niego pretensji, chociaż miałem nadzieję, że wiedza, którą mu przez cztery lata przekazywaliśmy, jest rodzajem inwestycji w człowieka, który się w przyszłości zajmie teatrem, poniesie tradycję teatru, z jego etyką, dyscypliną i mentalnością dalej. Życie było silniejsze. Żebrowski zaś tak: – Grałem na większości warszawskich scen i podskórnie czułem, że teatr zespołowy to już martwy system. Powinny istnieć dwa, trzy teatry utrzymywane z pieniędzy podatników. Zaś w całej reszcie ryzyko finansowe i artystyczne przedsięwzięć powinni brać na siebie twórcy przedstawień. Uważam, że to uczciwsze, niż robić byle jak za państwowe pieniądze.

Etatowy kostiumowy

Znamienne, że Kordiana i Gustawa-Konrada – role niegdyś kluczowe dla każdego aktora, w spektaklach, bez których jeszcze kilka lat wcześniej nie mógł się obyć żaden szanujący się teatr, Żebrowski zagrał nie na teatralnych deskach, ale przed kamerą w Teatrze Telewizji. Tu, a także w ekranizacjach lektur mógł się wreszcie w pełni wykazać umiejętnościami, które nabył podczas zajęć m.in. ze Zbigniewem Zapasiewiczem: doskonałą dykcją i perfekcyjną deklamacją, umiejętnością także fizycznego przeobrażenia się w graną postać. Postawny i przystojny, do kolejnych ról filmowych z przyjemnością się pobrzydzał, tył i chudnął, zapuszczał albo golił włosy, wąsy i brodę. Przełamał strach przed końmi, trenował boks, szermierkę i aikido. Zawsze z pełnym poświęceniem, na sto procent.

W Teatrze Telewizji przekonująco grał kolejnych nieprzyjemnych i skomplikowanych: polskiego Hamleta, czyli Szczęsnego w „Horsztyńskim” Słowackiego, Lorda Jima, Molierowskiego Tartuffe’a w inscenizacji Andrzeja Seweryna i Łukasza w „Adwokacie i różach” Szaniawskiego w reż. Jana Englerta. W lekturowych superprodukcjach z sukcesem ożywiał papierowych bohaterów. Po „Ogniem i mieczem” zachwytom nad Żebrowskim nie było końca. – Bardzo utalentowany, bardzo pracowity, niesłychanie poważnie traktuje swój zawód i role – orzeka Jerzy Hoffman. – Początkowo brakowało mu lekkości, jakiegoś dystansu, cechowała go niesłychana powaga. Ale zwalczył to, przełamał i dziś to pełnowartościowy, wybitny aktor, który z każdej roli, dającej minimalne szanse, zrobi majstersztyk.

Publiczność do tego stopnia zżyła się z myślą, że bohatera każdej naszej lektury narodowej gra Żebrowski, że gdy Filip Bajon podjął się realizacji „Przedwiośnia”, poczuł się w obowiązku ogłosić w prasie, że wbrew społecznym oczekiwaniom Cezarego Baryki nie zagra Żebrowski, tylko młodszy o dekadę Mateusz Damięcki. Dziś, tak jak dla całych pokoleń Polaków Michał Wołodyjowski ma rysy Tadeusza Łomnickiego, Azja Tuhajbejowicz i Kmicic – Daniela Olbrychskiego, tak Skrzetuski – zaciśnięte usta i błyszczące oczy Żebrowskiego.

Aktor stał się etatowym odtwórcą ról kostiumowych. Jednak schematyzm scenariuszy kolejnych superprodukcji powodował, że jego role stawały się coraz odleglejszym echem Skrzetuskiego, zbiorem zamglonych spojrzeń i zaciętych ust. Po przerwie powrotem do konia i miecza jest rola hetmana Kibowskiego alias Obwisłowąsego, owładniętego żądzą władzy i miłością do córki cara Borysa Godunowa w „1612” – rosyjskiej superprodukcji Nikity Michałkowa.

Powrót do przyszłości

Kres papierowym, baśniowym rolom miał położyć występ w filmie Andrzeja Seweryna „Kto nigdy nie żył...” w roli księdza Jana, który opiekując się chorym na AIDS dzieckiem w Afryce, zaraża się wirusem HIV. Nie udało się. Porażką okazała się także kolejna współpraca z Sewerynem – wystawiony w Teatrze Narodowym „Ryszard II”. Skończyło się operową sztampą, pełną patosu i nudy.

Wszystko to spowodowało, że Żebrowski szukał roli współczesnej, bohatera swojej epoki. Aktorskie odrodzenie nastąpiło w 2004 r. wraz z rolą Wojtka – ofiary ojca o ciężkiej ręce – w wyreżyserowanych przez Magdalenę Piekorz na podstawie prozy Wojciecha Kuczoka „Pręgach”. Piekorz wspomina, z jaką pasją Żebrowski rzucił się w ten projekt: próby stolikowe, podczas których analizowali motywacje bohaterów, trwały od rana do wieczora, po czym w nocy Żebrowski dzwonił do reżyserki i zadawał kolejne pytania.

„Pręgi” zwyciężyły na festiwalu w Gdyni, zaś zawiązana przy okazji filmu ekipa kontynuowała współpracę, rok później dając teatralną premierę – monodram „Dr Haust”. Żebrowski sam pozyskał część środków na produkcję spektaklu, w którym znów zagrał nieprzyjemnego faceta: psychoanalityka, alkoholika, zżeranego przez miłość do żony, która go zostawiła. Mocno przerysowana, oparta na grymasach i minach rola nie znalazła poklasku u krytyków, za to spodobała się widzom i wkrótce z małej sceny Teatru Studio spektakl przeniesiono na dużą. Zaś ekipa „Pręg” kontynuuje współpracę, wkrótce do kin wchodzi ich trzeci wspólny projekt: „Senność”.

Żebrowski zawsze miał skłonność do wyszukiwania sobie mistrzów i naśladowania ich w sposobie patrzenia na sztukę, a nawet wypowiadania się. Najpierw był Zbigniew Zapasiewicz, później Andrzej Seweryn, teraz Eugeniusz Korin – wieloletni dyrektor poznańskiego Nowego, specjalista od spektakli rysowanych mocną kreską i uwspółcześnianych wersji klasyki. Ale może kolejność była inna? – Wychowałem się na teatrze Eugeniusza Korina – zdradza Żebrowski. – Jako licealista jeździłem na jego premiery do Poznania. Wystawił 60 sztuk, z których przynajmniej połowa to hity grane przez wiele lat przy kompletach na widowni. On doskonale wie, co trzeba zrobić, żeby publiczność w odpowiednich momentach się zaśmiała, wzruszyła czy rozpłakała. Warsztat reżyserski łączy z umiejętnością stworzenia aktorowi pola do pokazania swoich umiejętności, pomaga mu w rozwoju. To reżyser, wizjoner i pedagog w jednym. Dlatego gdy po sukcesie „Doktora Hausta” Żebrowski postanowił pójść za ciosem, nie czekać na propozycje, tylko samemu produkować własne spektakle, skończył podyplomowe zarządzanie i zwrócił się z propozycją współpracy właśnie do Korina.

Po grecku, czyli komercja

Pierwszą wspólną produkcją był rozgrywany w estetyce sitcomu „Samotny Zachód” niezwykle w Polsce popularnego Martina McDonagha. Żebrowski wcielił się w postać chciwego, pedantycznego do obłędu Valene’a, prezentując w tej roli cały wachlarz min i tików. Następna była współczesna przeróbka „Męża i żony” Fredry, grana w Teatrze Komedia, zatytułowana „Fredro dla dorosłych mężów i żon”. „Zapraszam wszystkich tych, którzy lubią komedie z odcieniem erotycznym, cenią solidne rzemiosło aktorskie. Chcą się w teatrze dobrze bawić i wzruszać” – reklamował spektakl aktor i producent w jednym. „Gala” zaś z zachwytem pisała o kształtach rozbierającej się na scenie Joanny Liszowskiej. Bilety trzeba zamawiać z dużym wyprzedzeniem. W październiku w Teatrze Bajka premiera sztuki „Ucho Van Gogha” Freda Apke, gdzie obok Żebrowskiego wystąpią Jolanta Fraszyńska i Piotr Machalica. Reklamowana jest jako tragikomedia o parze nieszczęśliwie zakochanych czterdziestolatków z sarabandą Bacha na wiolonczeli w tle.

Teatr, gdy nie jest komercyjny, przeczy swojej istocie. Starożytni Grecy nie po to wykuwali w skałach amfiteatry na kilkadziesiąt tysięcy widzów, żeby w nich grać spektakle dla kilku osób – przekonuje Żebrowski. I z tym hasłem przymierza się do założenia własnego teatru. Powiela tym samym gest innych gwiazd tradycyjnego teatru z Krystyną Jandą i Emilianem Kamińskim na czele, którzy także nie mają ochoty z jednej strony podporządkowywać się repertuarowym wyborom kiepskich albo nieodpowiadających im estetycznie reżyserów, z drugiej zaś nie chcą ciągnąć dalej fikcji teatru zespołowego, w którym aktorzy są na etatach, ale grają wszędzie, tylko nie na macierzystych deskach.

Przepis na sukces wszyscy mają ten sam: współczesne sztuki w idealnych proporcjach łączące śmiech i łzy lub podrasowana klasyka, wyraziści bohaterowie, wyraziste środki aktorskie i gwiazdorska obsada. Profesjonalnie wykonana rozrywka. Niby nie brzmi to źle, ale jednak trochę robi się smutno, bo gdy za rozrywkę biorą się najlepsi, to kto zajmie się sztuką?

„Marzenie mam takie, żeby w moim teatrze na dwudziestolecie śmierci Tadeusza Łomnickiego Eugeniusz Korin wyreżyserował »Króla Leara« z Andrzejem Sewerynem w roli głównej. Dobrze, żeby tam pojawili się aktorzy wymiaru Stenki, Cieleckiej, Globisza, Peszka. Powinno to być poparte wspaniałym marketingiem i dwadzieścia przedstawień w dniu premiery powinno być sprzedanych” – zwierzał się przed rokiem w jednym z wywiadów. Dziś dodaje: – Moje działania wynikają nie z chęci budowy latyfundium, ale z nieodpartego przekonania, że to, w co wierzę, musi zostać zrealizowane. Ruszamy na jesieni przyszłego roku. Mamy zaplanowane sześć premier w ciągu trzech lat. Repertuar bardzo ambitny. Bardzo chciałoby się w to wierzyć.

 

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj