Nieprosta historia
Nie będzie prawdopodobnie nowego filmu o Westerplatte, jest za to debata o szarganiu świętości. Konkurs na scenariusz filmu o Solidarności okazał się całkowitą porażką, mamy natomiast spór o Lecha Wałęsę. W innych krajach pisanie historii na ekranie jakoś lepiej się udaje.

Bez względu na rezultat rozpoczynającego się wkrótce festiwalu w Gdyni i tak najgłośniejszym tytułem pozostanie „Tajemnica Westerplatte", czyli film, który być może w ogóle nie zostanie nakręcony. Tak czy inaczej niedoszły debiutant Paweł Chochlew, którego scenariusz wzbudził wielkie emocje, odniósł niebywały sukces. Kiedy ostatnio film polski stał się przedmiotem ogólnonarodowej debaty? Tylko najstarsi ludzie pamiętają zażarte spory o sens szkoły polskiej, potem podobne polemiki już się nie zdarzały. Dlaczego zatem kwestia Westerplatte nieoczekiwanie stała się w Polsce jednym z głównych tematów końca lata?

Westerplatte zajmuje w naszej zbiorowej pamięci miejsce szczególne, ale ostry sprzeciw wobec planowanej rewizji mitu ma też niewątpliwie związek z oficjalną polityką historyczną. W RP obowiązuje niezmiennie patetyczna wersja dziejów ojczystych, z kultem powstań. To nie jest najlepszy czas na przypominanie skądinąd mało odkrywczych prawd, że w historii zawsze oprócz bohaterów zdarzali się dezerterzy. W dalekiej przeszłości i w tej bliższej.

Lęk przed zburzeniem mitu niezwyciężonego Westerplatte można jednak widzieć na jeszcze szerszym tle. Nie tylko my uprawiamy bowiem politykę historyczną. Europa jednoczy się, lecz narody nie zamierzają wyrzekać się swej odrębności i tożsamości kształtowanej przez wieki. W każdym razie nie ma żadnego końca historii; wręcz przeciwnie, historia trwa bez końca, czego licznych dowodów dostarcza kino.
 

Kino mity obala, ale przede wszystkim je tworzy. Jest wręcz w tej funkcji niezastąpione. Zarówno dzięki magicznej sile obrazu, jak i skali oddziaływania. Dlatego nie tylko w Związku Radzieckim uważane było za najważniejszą ze sztuk. Amerykanie też zawsze uwielbiali wielkie patriotyczne widowiska, takie chociażby jak znany z naszych ekranów „Patriota". Dzisiejsza Rosja, czyniąc wielkie starania o odzyskanie prestiżu supermocarstwa, znowu inwestuje w wielkie państwotwórcze superprodukcje, takie jak wchodzący właśnie na nasze ekrany „Rok 1612". Inny dający do myślenia przykład: w miniony piątek TVP pokazała w najlepszym czasie antenowym czeski film „Ciemnoniebieskie niebo", który dla wielu telewidzów był prawdziwym zaskoczeniem. Po pierwsze, dowiedzieli się, że nie tylko polskie dzielne dywizjony broniły Anglii. Natychmiast pojawiło się też pytanie, dlaczego mianowicie południowi sąsiedzi, odnoszący się przecież zwykle z rezerwą do heroicznej wersji historii (przykładem choćby „Obsługiwałem angielskiego króla" Menzla według Hrabala), zafundowali sobie efektowny obraz, a my nie byliśmy w stanie?

Przypadek sprawił, że w zeszłym tygodniu, kiedy tyle miejsca w mediach zajmowała obrona Westerplatte, ukazał się lakoniczny komunikat o rozstrzygnięciu konkursu na scenariusz filmu o Solidarności. Pierwszej nagrody nie przyznano. Nie będzie zatem filmu o jednym z naszych największych zwycięstw w historii. O innych wiktoriach też nie: ani o odsieczy Wiednia, ani o Monte Cassino, ani o lotnikach broniących angielskiego nieba. Na pewno powstanie film o przegranym Powstaniu Warszawskim.

Filmy historyczne uczą pokory. Okazuje się bowiem, że wszystkie narody zderzały się w przeszłości z przeciwnościami losu, broniły niepodległości, walczyły z przeważającymi siłami wroga i pielęgnowały przekonanie, że to właśnie ich historia była wyjątkowa. Tymczasem wszystkie historie były wyjątkowe. Nawet gesty bywały podobne. My mieliśmy swoją Somosierrę (co pokazał Wajda w „Popiołach"), a na przykład Anglicy Bałakławę podczas wojny krymskiej, gdzie ich wspaniali jeźdźcy pędzili wprost na rosyjskie armaty (o czym opowiadał głośny film Tony'ego Richardsona „Szarża lekkiej brygady").

Wszyscy mają swoich świętych bohaterów, których teraz przypominają, zwłaszcza kraje uwolnione spod radzieckiej dominacji. Węgrzy dopiero parę lat temu mogli zrobić film „Niepochowany" o Imre Nagyu (którego odtwarzał Jan Nowicki). I wszyscy odwołują się do swych ojców założycieli. Zarówno w Europie, jak i w Azji. Nie przypadkiem pierwszym filmem mongolskim, który zyskał rozgłos i nominację do Oscara, była widowiskowa opowieść o młodości Dżyngis-chana, zrealizowana zresztą przez rosyjskiego reżysera Siergieja Bodrowa. Ten sam twórca pomógł Kazachom nakręcić dziejącego się w XVII w. „Koczownika", gdzie bohaterem jest historyczny wódz Abylaj-chan, którego zasługą było rozbudzenie świadomości państwowej swych ziomków.

Niedawno podziwialiśmy ceremonię otwarcia igrzysk olimpijskich w Pekinie i oszałamiający spektakl, w którym przejrzała się historia Chin. Reżyserem widowiska był Zhang Yimou, jeden z najbardziej zasłużonych tamtejszych twórców, autor m.in. trafiających na światowe ekrany filmów o mądrych chińskich cesarzach. Brytyjczycy i Francuzi nie mają już monopolu na filmy o królach i królowych.

Dla nas, z oczywistych powodów, najciekawsze jest jednak kino krajów środkowoeuropejskich, które po 1989 r. próbują na nowo opowiedzieć swą historię. Musimy zatem przygotować się na to, że inaczej pokażą wydarzenia, w które wikłała nas wspólna historia. Niedawno głośno było o ambitnym zamiarze Litwinów, którzy chcą nakręcić superprodukcję o bitwie pod Grunwaldem (Żalgiris), gdzie - inaczej niż w „Krzyżakach" Aleksandra Forda z 1960 r. - ich wojacy nie będą biegać w zwierzęcych skórach. Nie da się nawet wykluczyć, że Litwini udowodnią na ekranie, iż ich rola w rozbiciu krzyżackiej potęgi była rozstrzygająca.

Grunwald to jednak odległa przeszłość. Znacznie większe emocje budziłyby u nas filmy ukraińskie - tryb warunkowy wskazuje, że te obrazy na polskie ekrany nie docierają. Ukraińcy zobaczyli natomiast nasze „Ogniem i mieczem" i nie byli zachwyceni, mimo że przecież Hoffman starał się, jak mógł - nie pokazał w ogóle zwycięskiej dla nas bitwy pod Beresteczkiem, a filmowy Chmielnicki przypominał bardziej rozsądnego męża stanu niż watażkę. Tymczasem w prasie ukraińskiej zarzucano Hoffmanowi, iż pozostał wierny Sienkiewiczowi i np. naigrawał się z ograbionego przez Zagłobę z ubioru ślepego lirnika, który w kulturze ukraińskiej jest postacią symbolem. Jak z tego wynika, nieraz trudno przewidzieć, co dla innych może być świętością.

Odpowiedzią na Sienkiewicza będzie „Taras Bulba", w którym zobaczymy XVI-wieczny konflikt ukraińsko-polski z innego niż nasz punktu widzenia. Nie pierwsza to polemika z polską wersją naszych nie zawsze dobrosąsiedzkich stosunków. W 2003 r. powstała „Czarnia sotnia", produkcja mająca wsparcie ukraińskiego ministerstwa obrony. Film był nieskrywaną apoteozą Ukraińskiej Powstańczej Armii, która walczyła dzielnie z Ludowym Wojskiem Polskim (na ekranie pojawiał się nawet generał Świerczewski), a także zwyczajną polską bandą, która nie potrafiła uszanować nawet greckokatolickiego duchownego. W tych samych plenerach w latach 60. kręcony był polski „Ogniomistrz Kaleń", w którym nasz prosty, lecz dzielny żołnierz walczył ze zbrodniczymi oddziałami UPA. Film Ewy i Czesława Petelskich Ukraińcy zapamiętać musieli na długo, skoro z okazji premiery „Sotni" przywoływali go jako przykład fałszowania historii.

Ukraińcy szukają nadal swego mitu założycielskiego, dlatego wskrzeszają na ekranie postacie sławnych Kozaków, na tle fotogenicznych bezkresnych stepów. Już w latach 90. powstała m.in. „Czarna dolina" i „Kozacy idą". Parę lat temu zasłużony reżyser Jurij Iljenko nakręcił za duże pieniądze „Modlitwę za hetmana Mazepę", jednak film był tak formalnie udziwniony, że przepadł w kinach. Z czego morał, że najlepsze są historie prosto opowiedziane.

Niewiele filmów rosyjskich trafia na nasze ekrany, nie mamy więc okazji zobaczyć, w jaki sposób wychodzące z czasu smuty imperium próbuje za pomocą sowicie opłacanej kinematografii odbudować mit świętej i niezwyciężonej Rosji. „1612" jest doskonałym przedstawicielem owego nurtu. Nie wiadomo natomiast, czy pojawi się u nas obraz „Aleksander. Bitwa newska", w pewnym stopniu remake klasycznego filmu Eisensteina „Aleksander Newski".

Wybór bohatera nie jest przypadkowy. Żyjący w XIII w. książę Nowogrodu Wielkiego stawiał heroiczny opór wszystkim możliwym siłom zewnętrznym, Tatarom, Szwedom i niemieckim zakonom rycerskim. Doczekał się kanonizacji przez Cerkiew prawosławną, jest zatem rosyjskim świętym także w sensie dosłownym. Rosję pierwszej połowy XIX w. przypomniał parę lat temu Aleksandr Sokurow w „Rosyjskiej Arce", gdzie w jednym długim ujęciu przewijały się przez Ermitaż tanecznym krokiem cienie imperium zarządzanego przez Mikołaja I. Oficjalnym piewcą wspaniałej rosyjskiej przeszłości jest Nikita Michałkow, który nawet w obrazach rozrachunkowych („Spaleni słońcem") potrafi znaleźć pozytywne wartości rosyjskiej duszy.

Panorama rosyjskiego kina historycznego jest jednak znacznie obszerniejsza. Wprawdzie nie dominują już filmy o wojnie ojczyźnianej, co nie znaczy, że tamte czasy przestały w ogóle interesować reżyserów. Są jednak też wojny bliższe, jak ta w Afganistanie, której Fiodor Bondarczuk poświęcił głośną „9 kompanię". Obraz, zrealizowany w konwencji amerykańskich filmów o Wietnamie, pokazywał nie tylko odwagę młodych żołnierzy, ale też stawiał pytania o sens ich poświęceń. Ale powstają już filmy o walkach w Czeczenii, jak przykładowo „Wojna" Aleksieja Bałabanowa, w której rosyjski żołnierz zostaje uwolniony z czeczeńskiej niewoli pod warunkiem, że nie wróci na front. Oczywiście wraca, by dać innym przykład męstwa i oddania dla ojczyzny.

Niemcom zazdrościmy „Życia na podsłuchu", ponieważ oni potrafili opowiedzieć przejmującą historię o rozterkach reżimowego agenta, my tymczasem mamy tylko nieustającą debatę o IPN. Nie dotarł natomiast na polskie ekrany kostiumowy „Luter", o którym można przeczytać w Internecie, że krąży po Polsce „w drugim obiegu". Nie zobaczyliśmy też „Ucieczki", dwuczęściowej sagi, która odnotowała rekordową 11-milionową frekwencję i o której pisano, że to niemiecka wersja „Przeminęło z wiatrem".

Tam kończył się świat szczęśliwego amerykańskiego Południa, w „Ucieczce" utraconym rajem są Prusy Wschodnie, do których wkracza Armia Czerwona. Hrabianka Lena von Mahlenburg, która traci swój majątek, nie może jednak powiedzieć jak Scarlett O'Hara, że jutro znowu będzie nowy dzień i nowe nadzieje, gdyż ma świadomość nieodwracalności wyroków historii. W „Ucieczce" pokazane zostało również bestialstwo zwycięskiej sowieckiej armii, czego wcześniej w niemieckich filmach unikano. Na użalanie się nad swym losem do niedawna nie pozwalał bowiem kompleks winy, który najwyraźniej doskwiera dziś zdecydowanie mniej.

Niezwykle ważnym filmem niemieckim był znany polskiemu widzowi „Upadek", pokazujący ostatnie dni życia Adolfa Hitlera w berlińskim schronie. Jakkolwiek nie była to próba rehabilitacji führera, to jednak po raz pierwszy zobaczyliśmy go w sytuacjach, kiedy dostał szansę okazania ludzkich odruchów. Nie mówiąc o otoczeniu, w którym znaleźli się generałowie dający dowody rycerskiej odwagi. Tak czy inaczej, nie był to straszny, a zarazem groteskowy potwór, którego oglądaliśmy do niedawna w kinie. Z mieszanymi uczuciami przyjmowana była komedia „Adolf H. Ja wam pokażę", zresztą nie najwyższych lotów, ale najpewniej świadcząca o przełamaniu tabu - z demona dziś można się już śmiać. A jeśli można się śmiać, to znaczy, że demon nie jest już tak groźny jak kiedyś.

Niemieccy filmowcy doszli też do przekonania, że najwyższa pora powiedzieć światu, że bynajmniej nie cały naród popierał Hitlera. Dlatego niedawno przypomniana została Sophie Scholl, tragiczna bojowniczka antyhitlerowskiej organizacji Biała Róża, brutalnie przesłuchiwana przez gestapo i ścięta toporem - gdyż taką okrutną karę wymierzano zdrajcom Rzeszy. Dzielna dziewczyna, zagrana wspaniale przez charyzmatyczną aktorkę Julię Jentsch, jest przeciwieństwem postaci młodej sekretarki z „Upadku", bezgranicznie zauroczonej Hitlerem. Teraz kolej na Clausa Stauffenberga, stojącego na czele grupy oficerów przygotowujących zamach na Hitlera.

Niemal każda kinematografia ma swój własny styl opowiadania o historii. Wielkie mocarstwa przepadają za epickimi opowieściami sławiącymi wartości, które konsolidują naród. Anglicy wnieśli ton szekspirowskiej tragedii, widoczny w szczególności w ich filmowych kronikach królewskich (a dotyczy to także filmu o miłościwie panującej Elżbiecie II). Czesi wyspecjalizowali się w opowieściach kameralnych i ironicznych, z bohaterem niezbyt heroicznym. Kino krajów, które niedawno odzyskały niepodległość, szuka w przeszłości potwierdzenia swych praw do samostanowienia.

Kiedyś świat podziwiał szkołę polską z jej tragicznym (ale czasem też tragikomicznym) bohaterem. Teraz nie mamy nawet jednej porządnej klasy. Jednak nie tylko do filmowców można mieć pretensje o to, że nie powstały filmy o naszych najnowszych dziejach. Przede wszystkim ta historia wciąż jeszcze jest pisana, i to w kilku wersjach naraz. Jak by mógł wyglądać w 2008 r. film o Solidarności? Niemiec Volker Schlöndorff odważył się zrobić „Strajk" na cześć Anny Walentynowicz, a skończyło się awanturą oraz grożeniem sądem. Czy po niedzielnym sejmowym spotkaniu niektórych kombatantów Wolnych Związków Zawodowych, oskarżających o jak najgorsze rzeczy niezaproszonych dawnych kolegów, spróbuje ktoś napisać scenariusz o początkach demokratycznej opozycji?

Zapewne kamery zwrócone zostaną ku bezpieczniejszej, bardziej odległej przeszłości. Ale nie łudźmy się, że powstaną filmy obalające fałszywe mity czy zagrażające pomnikom. Nie ma na to społecznego przyzwolenia. Największe szanse ma u nas ciągle historia na poziomie szkolnej czytanki. Najlepiej widziane są takie filmy, na które można wysłać do kina szkoły i wojsko.

  

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj