Doktor filozofii
Doktor House, bohater emitowanego również w Polsce serialu, to największa osobowość telewizyjna ostatnich lat. Na jego temat pisze się już prace naukowe.

W laboratoriach Hollywood wciąż powstają nowe monstra. Niektóre z nich tak potężne, że nie mogą sobie z nimi poradzić nawet ich twórcy. Przykładem niech będzie doktor Gregory House, diagnosta do zadań specjalnych z fikcyjnego Princeton-Plainsboro Teaching Hospital w New Jersey. Wymyślony przez Davida Shore’a geniusz medycyny z wielokrotnie nagradzanego serialu „Dr House”. Gigant, który przerósł swojego producenta.
 

Jego egocentryzm jest nieskończony. House jest zanadto przystojny, by zajmować się papierkową robotą, i nazbyt zajęty ratowaniem ludzkich istnień, by wyprasować koszulę. Współpracownicy mówią, że House nigdy nie dojrzał („Wspaniałe w byciu dorosłym – powiada – jest to, że nie musisz nic robić”), że jest idiotą („Idioci są świetni. Nic dziwnego, że każda wioska chce mieć swojego”), że jest cyniczny („Wszyscy kłamią, nawet płody”). Twierdzą, że tak jak niektórzy lekarze cierpią na syndrom Mesjasza, tak jego dotknął syndrom Rubika (tego od kostki), nakazujący rozwiązać każdą, w tym przypadku medyczną, zagadkę. Ostrzegają, że sieje moralne zgorszenie („Jedyna wartość zaufania, którym obdarzył cię pacjent, jest taka, że możesz nim manipulować”). Oskarżają o bezbożność („Kiedy mówisz do Boga, jesteś religijny. Kiedy słyszysz jego głos, jesteś chory psychicznie”) i brak uczuć wyższych („Mówią, że nie można żyć bez miłości. Cóż, tlen jest nawet bardziej potrzebny”). Są w błędzie. House, zażywany raz, dwa razy w tygodniu stanowi doskonałą odtrutkę na szerzący się zabobon i lukrowane zakalce seriali obyczajowych.

Doktor House to postać skomplikowana. Aby ją dojrzeć we właściwej perspektywie, należałoby się cofnąć do antycznych Aten. Tamtejsze ulice, a nie szkołę lub akademię, za miejsce pracy obrał Sokrates (ok. 469–399 p.n.e.), protoplasta House’a. Przypuszczalny, bo producent milczy na temat inspiracji. Fizycznie House, grany przez Hugh Lauriego, znakomitego brytyjskiego aktora i scenarzystę, który od lat szczyci się wiernym gronem wielbicieli (m.in. za role w serialu „Czarna Żmija” i adaptacjach prozy Pelhama Grenville’a Wodehouse’a), nie do końca przypomina Ateńczyka. Sokrates miał nos płaski, szeroki i zadarty, wąskie mięsiste usta i wydatny brzuch oraz wytrzeszczone oczy (dzięki którym, jak się chwalił, potrafił patrzeć na boki). Ale tak jak House był na przykład chutliwy, choć nie była to żadna nadzwyczajna rozpusta, jak donosił Arystoksenos z Tarentu, gdyż Sokrates „zadawał się z mężatkami i zwykłymi ladacznicami”.

Na zarzuty o uleganie przyjemnościom obaj mogliby powtórzyć za Arystypem z Cyreny, że nie ten jest ich niewolnikiem, kto wchodzi do domu publicznego, lecz ten, kto z niego wyjść nie może. Rodowód House’a jednoznacznie zdają się potwierdzać jego własne słowa: „Gdyby nie Sokrates, ten majaczący na jawie nieleczony schizofrenik, nie mielibyśmy metody sokratejskiej – najlepszego sposobu nauczania wszystkiego poza żonglerką piłami mechanicznymi”.

W rzeczy samej. Wykazywanie sprzeczności między założeniami a dowodzoną tezą jest jedną z ulubionych metod diagnozowania stosowanych przez doktora House’a. Sokrates miał też w zwyczaju podchodzić do przechodniów, by w toku rozmowy szukać odpowiedzi na pytania o prawdziwą istotę rzeczy, czyli np. o to, czym jest piękno, a czym brzydota; czym pobożność, a czym bezbożność; czym męstwo, a czym tchórzostwo, czym uczciwość różni się od nieuczciwości. Nie inaczej czyni House, prowokując swój zespół do ożywionej dyskusji, jak Sokrates przyspieszając narodziny myśli poczętych w umysłach jego członków.

Chodzi o to, że prawdziwa wiedza jest osiągalna, ale najpierw (jak zajmująco pisał znawca kultury starożytnej William Keith Chambers Guthrie) „należy usunąć rumowisko pomieszanych i zwodniczych pojęć, które wypełniły większość ludzkich umysłów”. W szpitalnej praktyce oznacza to zdjęcie z medycznego przypadku (uzasadniony termin, House unika bowiem kontaktów z pacjentami, twierdząc, że nie diagnozuje ludzi, a choroby) wszelkich kulturowych i obyczajowych filtrów, przez które zwykliśmy spoglądać na bliźnich. To konieczne, ponieważ, powtórzmy raz jeszcze, kłamią wszyscy. Czarni i biali, otyli i chudzi, karły i olbrzymy, niewierzący, a zwłaszcza wierzący (o siostrze zakonnej odmawiającej leczenia mówi House: „Ona nosi w sobie Boga. Łatwiej byłoby postępować z nowotworem”). Kłamią nawet umierający: „Żałują, że nie pracowali mniej, że nie byli milsi, nie założyli sierocińca dla kotków. Jeśli naprawdę chcesz coś zrobić, robisz”.

Współpracowników dobiera House podobnie jak Sokrates żonę Ksantypę, której imię stało się synonimem zrzędliwej jędzy. Mówił, że „tak jak ujeżdżacz koni wybiera najbardziej ogniste i dzikie, a nie potulne, tak on, chcąc obcować z każdego rodzaju ludźmi, wybrał sobie na żonę Ksantypę, wiedząc, że poskramiając ją, z każdym da sobie radę” („Sokrates”, William K.C. Guthrie). Z burzy mózgów wyłania się kształt diagnozy. Zwykle wystarcza użycie brzytwy Ockhama: „Najprostsze wytłumaczenie jest prawie zawsze takie, że ktoś schrzanił sprawę”. Potem trzeba czekać i obserwować: „Jeśli leczenie poskutkuje, to znaczy, że trafiliśmy. Jeśli pacjent umrze, chodziło o coś innego”.

Spotkanie z House’em, podobnie jak z Sokratesem, wywołuje u rozmówcy przyspieszenie tętna, niepewność siebie, złość czy poczucie bezradności. Nie bez przyczyny. Aby wejść na drogę mądrości, należy uprzednio zdać sobie sprawę z własnych ograniczeń, niewiedzy lub wręcz głupoty. Wymaga to, pisał Guthrie, „pokory mylonej z arogancją, gdyż prawdziwy sokratyk jest przekonany nie tylko o własnej niewiedzy, ale i o niewiedzy całej ludzkości” (ze wskazaniem na ludzkość w przypadku House’a).

Nie każdy jest w stanie dotrzymać kroku genialnemu lekarzowi. Od producenta Davida Shore’a począwszy. Ten autor znanych również w Polsce „Nowojorskich gliniarzy” („NYPD Blue”) w wypowiedziach dla prasy powtarza, że mimo licznych zalet nie uważa swego bohatera za wzór godny naśladowania. To prawdopodobnie dlatego wkłada w usta Jacka Moriarty’ego (to nieprzypadkowo także nazwisko śmiertelnego wroga Sherlocka Holmesa), bohatera ostatniego odcinka pierwszej serii serialu, następujące umoralniające banały: „Wydaje ci się House, że liczy się tylko ta prawda, którą można zmierzyć. Dobre intencje się nie liczą. To, co nosisz w sercu, się nie liczy. Ale wartość ludzkiego życia może być mierzona liczbą łez wypłakanych po czyjejś śmierci. A nawet jeśli się mylę, to wciąż jesteś żałosny. Naprawdę sądziłeś, że celem twojego życia jest poświęcić się innym i nie otrzymać nic w zamian? Nie... Ty wierzysz, że nic nie ma celu, zapominasz nawet o tych istnieniach, które ratujesz. Obedrzesz ze znaczenia nawet tę jedyną przyzwoitą rzecz w twoim życiu. Jesteś żałosny bez powodu... Nie wiem, dlaczego chcesz żyć”.

Tak jakby Moriarty (Shore?) zupełnie nie rozumiał, że jedynym nadrzędnym celem House’a jest dobro. A dobro, mawiał Sokrates, jest wiedzą, do której nie da się dobrać nie zadając kłopotliwych pytań i nie kwestionując norm przyjętych przez ogół. Diagnoza zdaje się tylko efektem ubocznym tego bolesnego procesu. Poza tym, dodaje House w odpowiedzi Moriarty’emu: „Jeśli cieszy mnie nienawidzenie życia, nie nienawidzę życia, a cieszę się nim”.

House, największa osobowość telewizyjna ostatnich lat, wyrokiem uwikłanego w myślowe i obyczajowe konwenanse producenta skazany zostaje na powolne konanie na mieliznach scenariusza i katusze prowadzących donikąd intryg, rodem z seriali dla dorastającej młodzieży.

Czasem bliżej niż do Sokratesa jest House’owi do anarchizmu Paula Feyerabenda, który lubił nazywać się dadaistą filozofii, ponieważ postulował używanie do napędzania nauki wszelkich dostępnych środków, włącznie z prowokacją i cytowaniem Przewodniczącego Mao. Jak lekarz z serialu kochał muzykę (twierdził, że zajmował się filozofią, bo był za słabym śpiewakiem operowym) i podobnie jak House chodził o lasce, uskarżając się na kosmiczne wręcz bóle, konsekwencje ran odniesionych na froncie wschodnim. I tak dalej.

Aż korci, by szukać kolejnych podobieństw, bo House to prawdziwa intelektualna chimera, potwór zszyty z niezliczonych kawałków różnych, prawdziwych i fikcyjnych, postaci. Efekt jest taki, że odgrywając powtórkę z historii Wiktora Frankensteina scenarzyści udowodnili swoją bezsilność wobec bohatera, którego stworzyli. Ech, gdyby tylko potrafił wyskoczyć z ekranu, jak Jeff Daniels w „Purpurowej róży z Kairu” Woody’ego Allena. O ileż wzrósłby poziom świadczeń medycznych (swoją drogą serial Shore’a, choć często niedorzeczny z fachowego punktu widzenia, uważany jest za stosunkowo bliski realiom amerykańskiego szpitala). Ale mniejsza o to. Człowiek liczy się nawet wtedy, kiedy jest nieprawdziwy. Skoro można karać właścicieli znęcających się nad zwierzętami, to powinno też zostać ustanowione prawo, które broni postaci takich jak House przed ich twórcami, którym nie starcza wyobraźni, by zapewnić im godne warunki pracy i życia. Uwolnić House’a!

Nic dziwnego, że genialny lekarz, człowiek, który umie „zagrać na harmonijce przez nos, wyciągnąć monetę z dziecięcego ucha i w zasadzie każdego innego otworu ciała, i w sprzyjających okolicznościach potrafi doprowadzić do orgazmu dwie kobiety jednocześnie”, wolne chwile z braku odpowiedniego dla siebie towarzystwa najchętniej spędza z pacjentami pogrążonymi w śpiączce. A że ktoś do tego dopuścił, to już nie jest komedia. To po prostu jest dramat, wcale nie antyczny.
 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj