Miastomania, czyli powieść napływowa
Miasto robi dziś w polskiej literaturze gigantyczną karierę. Nie zawsze jest tylko tłem. Razem z miejskimi obrazami wraca historia: raz jako atrakcyjna sceneria, a raz jako trauma.

Każde porządne miasto oprócz rynku, katedry i lochów powinno mieć swój kryminał” – napisał Marcin Wroński w pierwszej powieści o lubelskim komisarzu Maciejewskim. Fala retrokryminałów, którą rozpoczął Marek Krajewski (Wrocław), ogarnia powoli kolejne miasta: Warszawa i Poznań znalazły się w książkach Konrada Lewandowskiego, Lublin – u Wrońskiego. Miasto zresztą jest bohaterem nie tylko kryminałów: Szczecin zagrał w „Bambino” Ingi Iwasiów, Łódź w „Fabryce muchołapek” Andrzeja Barta, Warszawa w „Nagrobku z lastryko” Krzysztofa Vargi. 

Każdy z pisarzy znalazł inny klucz do swojego miasta, gdzie indziej widząc jego centrum. U Świetlickiego to szlak knajp, u Edwarda Pasewicza kluby gejowskie, u Iwasiów bar mleczny, u Vargi miejskie pomniki, u Lewandowskiego tramwaje, u Krajewskiego szlak burdelowy, u Wrońskiego dzielnica żydowska. Jednak miasta odtwarzane z przeszłości nie są już nostalgicznymi małymi ojczyznami jak to było w literaturze lat 90. To, co dziś fascynuje autorów, to często brak ciągłości między przeszłością a współczesnością, brak zakorzenienia: tak jak w powojennym Szczecinie czy Warszawie, gdzie niemal wszyscy są przyjezdni.
 

Powieści, które próbują opisać te miasta, można by nazwać literaturą napływową. Oddaje ona fenomen zerwanej ciągłości albo trwanie przeszłości nawet tam, gdzie nie ma po niej żadnych śladów. Miasto więc bywa po prostu współczesną scenerią, kiedy indziej dekoracją zdarzeń przedwojennych, a czasem okazuje się nośnikiem przeszłości. Te dwa ostatnie typy, coraz liczniej reprezentowane, pokazują, że poprzez obrazy miast wraca dziś historia, to ona jest często najważniejsza w miejskich książkach.

Szlakiem knajp

Mały Rynek, Planty obchodzone z suką i powrót na Szlak: Piękny Pies, Biuro, Dym i Zwis na Głównym Rynku – tak wygląda Kraków z perspektywy mistrza, bohatera cyklu kryminałów „Trzynaście”, „Dwanaście” i „Jedenaście” Marcina Świetlickiego. Ta przestrzeń przez lata wydawała się bohaterowi bezpieczna – wiadomo było, kogo spotka i co będzie pił. Towarzyszył mu Doktor, Mango, Ćma przy barze, toczył rozmowy z barmanką i sączył Stocka z czarną kawą, a od święta Jacka Danielsa. Czasem przyjeżdżali nieprzyjemni ludzie z Warszawy, czasem w progu knajpy stawali angielscy kibice, nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić. Ale wszystko było swojskie. Ta mała przestrzeń jednak ukrywała mroczną tajemnicę – krakowskie kamienice pamiętają wszak autentyczną postać mordercy Karola Kota, który choć stracony w więzieniu, podobno nadal gdzieś się pojawiał.

Jednak z książki na książkę Kraków Świetlickiego staje się coraz mniej oswojonym miastem. Od czasu, kiedy zginął Doktor i przeniesiono Pięknego Psa w inne miejsce, znikła równowaga. Stare odeszło, a w to miejsce nie mogło się pojawić nowe. W „Jedenastu” mistrz bez żalu udaje się codziennie 11 km od centrum, by w lokalu o nazwie Stylowa prowadzić swoje specyficzne śledztwo w sprawie zabójstwa Doktora.

Te trzy książki stają się zapisem utraty miasta, które zagarnia w posiadanie już inny gatunek ludzi. Paradoksalnie, mit Karola Kota był czymś, co bohatera spajało z miastem – im później, tym tych elementów łączących jest mniej. Mistrz oddala się od miasta, a ono od niego. „W mieście nie istniało już życie. Miasto umarło przed wielu laty. W mieście były już tylko pozory”. I tak w ostatniej powieści Świetlicki nie tyle portretuje Kraków knajp, co przywołuje miejsca, których nie ma, i ludzi, którzy odeszli. Pewnie dlatego to najbardziej melancholijna i najlepsza część trylogii.

Bohater Świetlickiego nie czułby się pewnie dobrze w klubach gejowskich w Poznaniu, takich jak Grzechu Warte, opisany przez Edwarda Pasewicza w „Darkroomie”. Byłoby to pewnie dla niego zbyt modne miejsce. Pasewicz sportretował gejowski półświatek, skupiony wokół klubu i jego słynnej Dj Bufetowej: „Tam nie można się przyjść zwyczajnie napić. To teatr jakiś jest. Wszyscy wszystkich obserwują. Wyginają się, stroją miny, no, dziecinada”. Za to i mistrz z krakowskiej trylogii, i bohater Pasewicza czuliby się dobrze w knajpie Amatorska na Nowym Świecie, która szlachetnie różni się od reszty Warszawy, zawsze pokazywanej u Świetlickiego jako miasto mediów, pieniędzy i głupawych ludzi. Amatorska to kawałek starej Warszawy z tanią wódką i stałymi bywalcami od kilkudziesięciu lat. W tej okolicy, podobnie jak w Krakowie, rdzeniem życia miejskiego są ludzie, którzy codziennie kręcą się na szlaku: sprzedawcy kwiatów, wyłudzacze papierosów i pieniędzy. Koledzy mistrza zwracali uwagę tylko na tych, którzy potrafili codziennie dodać do swojej starej śpiewki coś nowego.

Kraków, i ten realny, i ten literacki, powoli zamienia się w knajpę. Zgodnie zresztą ze swoją legendą miasta bohemy artystycznej. Ta legenda może przytłaczać. Podobnie jak strywializowana magia miasta, która stała się sloganem turystycznym. Pomysł, jak to zmienić, ma Łukasz Orbitowski. Pisał o tym w antologii „Ludzie, miasta”: otóż przydałoby się po prostu kilka powieści-horrorów rozgrywających się w krakowskich lokalach. „Niech to będzie knajpa prowadzona przez diabła, legenda o Angliku, zamordowanym i powracającym jak widmo, by zemścić się na pijanych balowiczach”. Sceneria jest gotowa i czeka na szlaku knajp: od Alchemii aż do Pięknego Psa.

Czar starych map

W książkach Krajewskiego czy Wrońskiego miasto służy autorom do budowania obrazu przeszłości, tym atrakcyjniejszej, że całkowicie odmiennej od tego, co znamy dzisiaj. Opowiadają o świecie, który nie ma kontynuacji: nie istnieje ani niemiecki Breslau, ani wielokulturowy Lublin, którego jedną trzecią ludności stanowili Żydzi. Byli wśród nich nie tylko kantorzy synagog, kupcy i rabini, ale także złodzieje, prostytutki, sutenerzy. W najnowszym tomie „Komisarz Maciejewski. Kino Wenus” znajdziemy międzynarodowy gang żydowskich sutenerów Cwi Migdal, który handlował kobietami.

Wroński, podobnie jak Krajewski, pisze powieści archiwalne – zamieszcza nawet plan Wielkiego Miasta Lublina sprzed wojny. Można się po nim poruszać razem z komisarzem, przede wszystkim między speluną o nazwie Wykwintna – gdzie w toalecie pod wpływem pornograficznego rysunku Maciejewski doznał kiedyś olśnienia w trudnym śledztwie – a elegancką restauracją Europa. Komisarz lubił czuć puls miasta: „Serce Lublina pikało nieśpiesznym rytmem starego flegmatyka”. To dlatego, że miasto jeszcze nie wiedziało o kolejnym trupie. Gazety z tą wieścią podniosą mu skutecznie adrenalinę. Zyga Maciejewski mieszkał w ruderze, cały zresztą Lublin był pełen ruder, odmalowanych i odświeżonych tylko od frontu, żeby reprezentacyjnie wyglądały witryny sklepów i szyldy restauracji. Niemal wszystkie miejskie książki z wątkiem kryminalnym opisują półświatek, życie ukryte za firankami domów publicznych i zatęchłe zaułki, ale urok Lublina polega na czymś innym. „Naprawdę żałuję, że mój Lublin już nie jest wielokulturowym miastem – ze wszystkimi tego konsekwencjami” – mówił Wroński w wywiadzie w „Dzienniku” i tę fascynację wyraźnie się czuje.

Kryminały o Maciejewskim są też znakiem współczesnej potrzeby inności. Żyjemy (albo do niedawna żyliśmy) w homogenicznym społeczeństwie, gdzie trudno wyobrazić sobie rzeczywistość, w której różne nacje i grupy ze sobą współżyją. Choć Lublin z początku lat 30. nie był miejscem spokojnym, tylko sceną ostrych starć politycznych: na celowniku prasy narodowej byli czerwoni, z kolei korporanci, czyli młode bojówki narodowe, sączyli jad antysemicki. Przy czym, jeśli spojrzeć głębiej, okazuje się, że wszystkie światy były ze sobą połączone podskórnymi interesami. Miasto to żywa tkanka, w której nie sposób czasem odróżnić tego, co zdrowe, od tego, co zżarte chorobą. W gruncie rzeczy stróż prawa jest wobec tego świata bezradny. Miejskie reguły gry były bardziej skomplikowane niż reguły boksu, który namiętnie uprawiał Zyga. Nic dziwnego, że wolał, jeśli tylko mógł, rozstrzygać spór na ringu.

Ożywające posągi

Warszawa, podobnie jak Szczecin, to miasto napływowe, w którym – mimo braków śladów przeszłości – ta przeszłość dręczy. Czytelnik nowej sztuki Doroty Masłowskiej „Między nami dobrze jest” może sobie wyobrazić taki obraz: w jednej części Warszawy wszystko wygląda normalnie i jedziemy autobusem do pracy, ale w innej dzielnicy trwa właśnie bombardowanie, toczy się wojna. Masłowska pokazuje jednoczesność zdarzeń, przeszłość w takim mieście jak Warszawa jest widoczna nie poprzez budynki, ale przede wszystkim w ludziach, w ich świadomości.
 

Podobnie jak w Łodzi, gdzie wciąż trwa spór o wojenną postać: króla łódzkiego getta Chaima Rumkowskiego. „Niech Żydzi wreszcie rozliczą się z Rumkowskim” – takie hasło trzyma dziewczyna na łódzkiej ulicy w powieści Andrzeja Barta „Fabryka muchołapek”. Ze współczesnego budynku można przenieść się w przestrzeń zaświatów, gdzie toczy się sąd nad Rumkowskim. Biorą w nim udział ludzie z getta, dawni mieszkańcy Łodzi. Narrator razem z pewną postacią z przeszłości wymyka się z sądu, by chodzić po śladach dawnej, przedwojennej Łodzi. Bart również oparł pomysł literacki na równoczesności, ciągłym trwaniu spraw traumatycznych czy nierozwikłanych w przeszłości.

Warszawa, niemal doszczętnie zniszczona, straciła więź z przedwojennym miastem, w pewnym sensie stała się miejscem, które poprzez nieobecność przeszłości zmusza do myślenia o niej. Tak się dzieje choćby na terenie getta, które całkowicie zajmuje powojenna dzielnica Muranów. Ta wojenna przeszłość Warszawy wraca z wielkim impetem w młodej literaturze, nie tylko u Masłowskiej, ale choćby w książce Sylwii Chutnik, nominowanej w tym roku do Paszportu „Polityki”. W kamienicy na Ochocie mieszka Maria, łączniczka z powstania, która do dziś boi się przyznać, że jest Żydówką i uciekła z getta. Jak w czasie wojny schodzi do piwnicy, żeby się ukrywać i spotykać zmarłych.

Przeszłość miasta w tych książkach nie jest scenerią, fotografiami w kolorze sepii, jak w retrokryminałach. Tutaj miasto naznaczone historią chce przemówić, dobija się do świadomości współczesnych ludzi. Choćby we śnie, jak w groteskowej powieści Krzysztofa Vargi „Nagrobek z lastryko”. Do bohatera przychodzą noc w noc warszawskie znane pomniki: Saper, tzw. Czterej Śpiący, Powstańcy Warszawy, a nawet Marszałek Piłsudski, który w przeciwieństwie do poprzedników nie torturuje go butelkami z benzyną, tylko – jak w pewnym narodowym dramacie – przekazuje proroctwo dla narodu.

Varga w tej powieści pokazał również powtarzalność wzorów, takich jak powstanie, zniszczenie miasta i zafundował swoim bohaterom kolejną odsłonę tego samego, tylko że na początku XXI w. Warszawa znowu została doszczętnie spalona i odbudowana w jeszcze większym chaosie niż dotychczas. Centrum, zamiast wysokościowców, zajęły budy i baraki, każdy dobudowywał kolejne kondygnacje budynków wedle swojego pomysłu. „Warszawa jeszcze nigdy nie była tak warszawska jak teraz. Pełna chaosu, zaludniona emigrantami ze wszystkich stron kraju, wykrzykującymi coś na wyrastających jak pryszcze na chorej twarzy miasta bazarach”.

Ruskie kontra poznańskie

Bar mleczny to soczewka, przez którą Inga Iwasiów obserwuje powojenne życie Szczecina, a właściwie losy kilku postaci. Trochę jak w słynnym filmie „Bal” Ettore Scoli, w którym sceneria się nie zmienia, tylko bohaterowie dorastają i starzeją się. Mamy więc przede wszystkim Ulrike, czyli Ulę, Niemkę, która została w Szczecinie. Nie ma tu nikogo, daleką rodzinę w Berlinie. Zawsze piękna i elegancka zatrudniła się w barze Bambino, którego właścicielem był też Niemiec. Tutaj, nad leniwymi, poznali się Janek, chłopiec z Poznańskiego, i Marysia zza Buga. Piękna para ulegała wzajemnej fascynacji też dzięki odmienności – pochodzili z różnych stron, w Szczecinie mogli rozpocząć nowe życie.

Iwasiów opisuje eksperyment powojenny, jakim było budowanie nowej rzeczywistości przez ludzi wykorzenionych. Janek i Marysia, wolni od przeszłości, wieczory spędzali w Kameralnej. Nowi mieszkańcy patrzyli tylko w przyszłość. Jednak z czasem budzą się w nich dawne rodzinne uprzedzenia: po latach Janek mówi z nienawiścią do Marysi „ruska”, ona do niego „chłop ze wsi”, a w barze mlecznym każde z nich prosi tylko o swoje potrawy regionalne – ruskie kontra kluski poznańskie. Eksperyment szczeciński polegający na tym, żeby zapomnieć o swoim pochodzeniu, nie udał się, zaprogramowane szczęście na Ziemiach Odzyskanych okazało się mrzonką. Miasto służy autorce, by przejmująco opowiedzieć o tożsamości, która jest oparta na braku. U Iwasiów dopiero następne pokolenie ma szansę wyzwolić się z resentymentów rodziców i zżyć się z miastem. Kiedy Ula patrzy w latach 80. na dorosłą córkę Marysię, ma nadzieję, że ocali ją miasto, które wtedy, w czasach Solidarności, budzi się do życia.

Inaczej niż Gdańsk w książkach Stefana Chwina – w którym można było budować swoją tożsamość, włączając w nią niemiecką przeszłość: sprzęty, filiżanki, komody – Szczecin u Iwasiów to miasto, w którym przeszłość została wymazana. Niemiecki właściciel czasem po kilku głębszych wyjmował albumy z przedwojennymi zdjęciami, ale miał świadomość, że nie należy już do tego nowego Szczecina, że porusza się po nim jak zombi.

Te wszystkie napływowe powieści pokazują miasta bez korzeni, z zaburzoną tożsamością. Ich mieszkańcy również mają nieco płynne pojęcie własnej tożsamości. Bo są zanurzeni w przedziwnej mieszance historycznej, która nie daje spokoju.
 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj