Nosowska Katarzyna, Dąbrowska Ania
Piszące śpiewające
Teksty ich piosenek potrafią wzbić się na poziom prawdziwie artystycznej mowy wiązanej.

Właśnie ukazała się książka „Nosowska. Piosenka musi posiadać tekst. Wokół twórczości Katarzyny Nosowskiej” – praca zbiorowa pod redakcją Józefy Kurpisz i Krystyny Ziętek i pod opieką naukową Izoldy Kiec. I oto mamy ewenement: teksty piosenek stały się obiektem naukowych analiz. Owszem, były już dysertacje na temat twórczości Jacka Kaczmarskiego, kilka miesięcy temu ukazała się książka Tadeusza Nyczka o Salonie Niezależnych, ale dotyczyły one spraw historycznie oswojonych, zamkniętych i zwyczajowo lokowanych na wyższych piętrach kultury. Tymczasem dorobek Nosowskiej wciąż się rozwija, nie zdążył się jeszcze uleżeć, ponadto wyrósł z rocka, czyli dziedziny bardziej interesującej dla badaczy kultury popularnej niż dla filologów i literaturoznawców.

 

We wstępie do antologii „Nosowska” czytamy: „W obrębie piosenki jako gatunku zdarzają się utwory słabe, ale także wybitne. Wybór twórczości Katarzyny Nosowskiej na temat przewodni tej książki nie jest przypadkowy i wiąże się z przekonaniem o wysokiej wartości składających się na ten dorobek utworów. Wartości zarówno artystycznej, lub wręcz literackiej, jak i społecznej czy etycznej”.

Rzeczywiście, bohaterka rzeczonej antologii należy dziś do najwybitniejszych autorek, a to, że z pisaniem umie sobie radzić świetnie, było jasne już na początku jej kariery. Weźmy choćby piosenkę „Teksański” z 1993 r.: „Herbata stygnie zapada mrok/A pod piórem ciągle nic/Obowiązek obowiązkiem jest/Piosenka musi posiadać tekst/Gdyby chociaż mucha zjawiła się/Mogłabym ją zabić a później to opisać/W moich słowach słoma czai się/Nie znaczą nic/Jeśli szukasz sensu prawdy w nich/Zawiedziesz się/A może zmienić zasady gry/Chcesz usłyszeć słowa To sam je sobie wymyśl/Nabij diabła chmurę śmierci weź/Pomoże ci/Wnet twe myśli w słowa zmienią się/Wyśpiewasz je sam”. Pisanie o braku weny twórczej wydaje się ryzykowne i prowokacyjne, zwłaszcza że chodzi o jeden z pierwszych przebojów bardzo młodej wtedy autorki, a przy tym jeszcze dochodzi aluzja do „brania chmury”, czyli psychodelicznego odlotu. Albo więc mamy do czynienia z bezczelnością, albo z dużym dystansem do konwencji. Pewnie i z jednym, i z drugim, ale wszystko wskazuje na to, że także z wysoką samoświadomością autorki, która potem wielokrotnie dowiedzie swojej artystycznej autonomii nie tylko wobec dominujących trendów muzycznych, ale też w stosunku do reguł rodzimego show-biznesu.

„Teksański” znalazł się na pierwszej płycie zespołu Hey „Fire”, zaś Kasia Nosowska, wokalistka Heya, została pierwszą w historii laureatką Paszportów „Polityki” w dziedzinie muzyki popularnej (1993 r.). Na uroczystość wręczenia nagrody Kasia przybyła z Piotrem Banachem, gitarzystą i liderem zespołu. Była wyraźnie onieśmielona. 22-latka ze Szczecina, choć śpiewała w ostro grającej kapeli i wiedziała, czym jest aplauz koncertowej publiczności, sprawiała wrażenie, jakby na laury nie była jeszcze przygotowana. Hey nagrał dopiero jedną płytę, a ona sama czuła się raczej fanką niż idolką.

Hey, a wraz z nim jego wokalistka i autorka znakomitej większości tekstów piosenek, to niebanalny przykład artystycznej drogi w popkulturze III RP. Zaczynali w momencie, kiedy Polska wchodziła w epokę wolnego rynku i rozrywkowej komercji. Nagle przekonaliśmy się, że wolność ekspresji artystycznej nie daje żadnej gwarancji sukcesu dla dokonań wartościowych. Festiwal jarociński, gdzie Hey zdobył w 1992 r. nagrodę dziennikarzy, chylił się ku upadkowi, tryumf przeżywało disco polo. A jednak Nosowska potrafiła postawić na swoim. W połowie dekady lat 90. była już gwiazdą, tak samo uwielbiana przez krytyków, jak i przez nastoletnie fanki, dla których stała się mentorką i przewodniczką. Teraz ma za sobą 14 albumów nagranych z Heyem (w tym prestiżowy wydany w międzynarodowej serii MTV Unplugged) i pięć płyt solowych. Bynajmniej nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa – w planach na 2009 r. są nowe nagrania i koncerty. Nosowska jest niewątpliwym fenomenem, ceniona nawet przez feministki, zarówno jako kobieta śpiewająca, jak i pisząca.

Kiedyś najczęściej bywało tak, że ktoś pisał dla piosenkarek, jak Agnieszka Osiecka dla Maryli Rodowicz. Albo piosenkarki, jak Ewa Demarczyk, wybierały sobie poetów i ich wiersze śpiewały. Teraz najczęściej piosenkarki same piszą. Być może powodem jest trwająca już ponad pół wieku ekspansja rocka. Wszak to ten gatunek muzyki upowszechnił zwyczaj samodzielnego tworzenia piosenek przez wykonawców. McCartney i Lennon pisali dla Beatlesów, Jagger i Richards dla Rolling Stonesów, w sumie im bardziej zależało wykonawcom na autentyczności przekazu, tym mniej korzystali oni z usług autorów zewnętrznych. Nieco w cieniu męskich autorów-idoli do pewnego czasu pozostawały idolki-autorki, ale przecież trudno pominąć znaczenie takich postaci jak Joni Mitchel, Patti Smith czy Laurie Anderson, które z piosenki potrafiły uczynić poezję najwyższych lotów.

W Polsce zaczęło się od boomu rockowego na przełomie lat 70. i 80. Zabłysła wtedy gwiazda Kory, jej piosenki z własnymi, rzecz jasna, tekstami weszły do klasyki rodzimej popkultury. I od tamtej pory śpiewające dziewczyny coraz śmielej stawały się autorkami własnych przebojów. Na tej fali już w III RP wypłynęły pisarskie talenty m.in. Edyty Bartosiewicz, Agnieszki Chylińskiej, Anity Lipnickiej, Kayah, no i, rzecz jasna, Katarzyny Nosowskiej. Każda z nich wybrała nieco inną poetykę, ale dla Bartosiewicz, Chylińskiej i Nosowskiej formę w jakimś stopniu narzucała konwencja rocka.

Czy jednak istnieje coś takiego jak konwencja piosenki rockowej? W Polsce przyjęło się, że rockmani śpiewają o tym, że jest źle, ich teksty mają być bardziej publicystyczne niż liryczne, nie zaszkodzi w tym podtekst polityczny, a jeśli ma być o miłości, to cielesnej i hedonistycznej. Tak to przeważnie wyglądało i wygląda w męskiej odmianie tego stylu. Zanim jeszcze Kasia Nosowska zaczęła śpiewać z Heyem, w rodzimym rocku dominowały tematy mroczne albo ideologiczne, czyli apokalipsa albo atak na establishment. Potem, już kiedy Hey osiągał szczyty powodzenia, do głosu dochodził pop i w tym przypadku konwencja stała się czymś oczywistym, jak choćby w piosenkach pisanych przez Beatę Kozidrak. Przesadna emfaza, udawany dramatyzm, a częściej jeszcze melodramatyczność rodem z „Trędowatej” – oto kwintesencja kobiecej emocjonalności w typowej piosence festynowego popu.

Choć styl muzyczny wpływa na charakter tekstów (vide: mrok i groza piosenek Anji Orthodox i gotyckiego zespołu Closterkeller), bardziej chyba waży na ich specyfice płeć i właściwa jej wrażliwość. W stereotypowym ujęciu bohaterka autorskiego tekstu kobiecego dokładnie odwzorowuje cechy przypisywane jej przez tak zwany tradycyjny męski punkt widzenia: jest bezradna, zawsze potrzebuje opieki, raczej kapituluje, niż wchodzi w konflikt, lubi być obiektem pożądania, ale nigdy się do tego nie przyzna, kieruje się porywem serca, bo przecież rozum nie może być jej atrybutem. Niby-liryczna konwencja stanowi więc często kamuflarz ukrywający realne emocje i poglądy.

Wszelako Nosowska jest z innej gildii – kojarzona raczej z alternatywą, ze środowiskiem, które we wczesnej młodości zdążyło zainfekować się atmosferą festiwali jarocińskich, no i w tym przypadku to nie konwencja, ale swoboda twórcza i przekora stanowiły swego rodzaju imperatyw. Na jednej z jej ostatnich solowych płyt „UniSexBlues” mamy nader wyraźne przekroczenie granicy kobiecego stereotypu, także jeśli idzie o ton wypowiedzi. Autorka śmiało włącza umysł krytyczny, nie unikając przy tym ironii. Śpiewa przeciw krytykom (nie pierwszy zresztą raz), dworuje sobie na temat show-biznesowych reguł, radzi adeptom sztuki estradowej: „Musisz wiedzieć, że/Sztuka jest jak sex/Publiczność uwierz mi/»robiona« musi być/ (...) Publiczność uwierz mi/Tak jak kobieta chce/byś odkrył jej punkt G/I stymulował go”. Znów bezczelność, i to podwójna, bo nie dość, że Nosowska podejmuje tematy, których wykonawczynie własnych piosenek zasadniczo nie dotykają, to jeszcze wypowiada się jak facet, używając do tego dosadnej metaforyki seksualnej.

Nosowska nie włącza się bezpośrednio w dyskurs feministyczny, ale niewątpliwie podważa utrwalone przez tradycję role genderowe, co pozwala jej prowokować pytaniem w rodzaju: „a co, jeżeli kocham inaczej”, albo ironizować na temat często obecnego w mediach obrazu kobiecości („Z zainteresowań ja wymienić mogę:/przyrodę, urodę, modę, wygodę/ (...) Jezu, mówię wam/ja bez wyjazdu do Indii/dłużej rady nie dam”. 

Przełamywanie bowiem kobiecego stereotypu pojawiało się i pojawia również w tekstach innych śpiewających autorek. Kayah śpiewała: „córeczko, wolałabym, żebyś była chłopcem”. Pamiętamy też jej atak na mężczyzn w przeboju „Testosteron”, tudzież piosenkę „Supermenka”, w której wyznaje: „Gdybym mogła być mężczyzną jeden dzień,/pewnie byłabym/supermenem, tyle o kobietach wiem”. Być może jest w tym jakiś cień resentymentu, gorzka i defensywna świadomość, że faceci i tak mają lepiej, ale jest też element asertywności. Śpiewające autorki coraz częściej pokazują się bowiem w roli osób pewnych siebie, co dotyczy nie tylko feministycznych raperek, na przykład tych z radykalnego tria Duldung, ale nawet popowej Kasi Cerekwickiej, która obok banalnych piosenek o miłości ma też i takie, gdzie kobieta rozdaje karty i potrafi walczyć o swoje. Ot, weźmy choćby jej tekst „Przyjaciółka”, w którym narratorka grozi rywalce: „Zejdź mi z oczu bo nie odpowiadam/za swe czyny, jeśli dowiem się,/że chcesz stanąć mi na drodze”. Brzmi to trochę jak rymy amerykańskich bitches z kręgu tamtejszego r’n’b i kobiecego hip hopu, w których kobieta potrafi być równie agresywna jak gangster z czarnego getta.

Niewątpliwie najwięcej w twórczości kobiecej jest piosenek o miłości. O miłości nieszczęśliwej pisze i śpiewa nieustannie Kasia Kowalska, o miłości codziennej Ania Dąbrowska. Maria Peszek natomiast na swojej ostatniej płycie „Maria Awaria” zamieściła utwory traktujące o miłości przyjemnej, czyli o satysfakcjonującym seksie. Płytę otwiera piosenka „Miś”: „Jestem polarnym niedźwiedziem/zedrzyj ze mnie futro/jutro/albo jeszcze lepiej dziś/jestem twój polarny miś pod lód/ciągnie mnie/twój arktyczny wzwód/jestem misiem/ kochać chce mi się/.../zabierz mnie na ryby/na błękitne wieloryby/zabierz mnie na lody/i na białe samochody/zabierz mnie gdzie chcesz/jestem twój/drapieżny zwierz jestem misiem/kochać chce mi się”.

Językowa forma jest tu prosta jak wyrażona w tekście intencja. O pożądaniu mówi się tak bezpośrednio, że bardziej już się nie da. W dodatku jest to język intymny, nieledwie idiolekt – tak mówią do siebie kochankowie, tak można mówić podczas gry wstępnej. Recenzenci muzyczni od razu wpadli w zachwyt i niemal każdy podkreślał, że dosłowność żadną miarą nie prowadzi do wulgarności. Nie bulwersowała ich nawet taka fraza: „lubię skóry mojej smak/i fakt że zawsze jestem na tak/i lubię też ten smak/gdy w ustach mam/słowo fuck”.

Zaiste, takich tekstów piosenek jeszcze chyba u nas nie było, choć w poezji sensu stricto, tej literackiej, zdarzały się rzeczy równie, jeśli nie bardziej, śmiałe. Tu jednak chodzi o piosenki, o śpiewane teksty. I sam sposób śpiewania głosem jakby rozleniwionym, kobieco-lubieżnym, robi odpowiednie wrażenie. Maria Peszek dokonała zatem swego rodzaju transgresji: pokonała granicę wstydu. Nawet jeśli pamiętamy, że jest aktorką, to akurat jako piosenkarka musiała zdobyć się na odwagę. Notabene równolegle z płytą „Maria Awaria” ukazała się książka „Bezwstydnik” z innymi jeszcze (nie licząc tych z płyty) tekstami erotycznymi Marii Peszek. O czym to wszystko świadczy? Ano o tym zapewne, że nasza popkultura pozbywa się kolejnych granic i kordonów, zaś piosenki pisane i śpiewane przez kobiety płyną tryumfalnie na fali artystycznej i chyba też społecznej emancypacji. Warto przy tej okazji zwrócić uwagę, że przy całym rozerotyzowaniu kultury popularnej wrażliwość kobieca w tej kwestii jest przeważnie ignorowana – dominuje wszak męski punkt widzenia. Oto dlaczego śmiała i dosadna erotyka w piosence napisanej i zaśpiewanej przez kobietę wciąż wydaje się czymś wyjątkowym. Ale, jak śpiewał (i pisał) Bob Dylan, czasy się zmieniają, również pod tym względem. Kobiety autorki stają się nie tylko coraz bardziej śmiałe i ekspansywne, ale też coraz bardziej artystycznie (i pisarsko) pomysłowe. 

Niedawno ukazała się płyta „Ballady i Romanse” Barbary i Zuzanny Wrońskich. Na co dzień Barbara gra i śpiewa w zespole Pustki, a Zuzanna jest copywriterką w agencji reklamowej. Większość tekstów do piosenek zamieszczonych na płycie napisała Zuzanna i od razu trzeba powiedzieć, że dotknęła wyżyn kunsztu. Wyczucie języka, umiejętność posługiwania się ironią i paradoksem, oszczędna i celna metaforyka – wszystko bez zarzutu. Zdarza się jeszcze czarny humor i bystra obserwacja obyczajowa. Przedstawiona w tych piosenkach rzeczywistość śmieszy, tumani, przestrasza (najczęściej przestrasza i to nawet przy użyciu groteski).

Tak oto utwór „Toksyczna para”, opowiadający o dwojgu zamożnych ludziach, którym nic nie brakowało, kończy się w ten sposób: „Któregoś dnia puścili w domu gaz./To wszystko zdziwiło nas./Tak się nie lubili, że się podusili”. Nic dziwnego, wszak w refrenie słyszymy: „To była toksyczna para./Ich życie było dziwne jak mara”. Warto dodać, że piosenka wzorowana jest na formie pieśni dziadowskiej. Podobnie zresztą jak inna, o anoreksji, wnikliwe skądinąd studium choroby: „Nigdy nie była towarzyska./Nie rozpalała domowego ogniska/Domowe obiady opuszczała./Niezadowolona, taka niby zbuntowana./ (...) Pieczeń z indyka, schabowy z kapustą./Bakłażany w kroplówce to wmusza./A w lustrze widzi – ogromna tusza./Tak się widzi, że się wstydzi, ledwo nogą rusza (...) Teraz je chmury i popija deszczem/I zabawia koleżanek resztę”.

Niby żartem, a jednak serio. Albo na odwrót. Piosenki sióstr Wrońskich są na miarę dzisiejszych czasów – nieprzytomnie rozrywkowych, a podszytych lękiem. Nawet groteskowy obraz emancypacji kobiet w piosence „Wyemancypuj się”, gdzie kobieta i mężczyzna zamieniają się rolami i (o zgrozo) wyglądem tudzież osobowościami, powala poczuciem humoru, a jednocześnie niepokoi. Czy można w tym przypadku mówić o konwencji? Ano można, tyle że konwencja (na przykład ballady) służy jedynie za punkt wyjścia, za surowiec poddany potem autorskiej obróbce.

Emancypacja, z której dworują sobie siostry Wrońskie, chyba się jednak dokonała, przynajmniej w dziedzinie piosenki. Śpiewające autorki z Katarzyną Nosowską na czele same są tego dowodem. Wyzwalają się ze skostniałych form języka, sugestywnie narzucają własny obraz świata, czują się dobrze w każdej artystycznej formie, a kiedy trzeba, potrafią być nawet poetkami. Tymczasem na swojej ostatniej płycie Katarzyna Nosowska śpiewa piosenki Agnieszki Osieckiej. To dobrze, bo przecież warto przypomnieć, od czego wszystko się zaczęło.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj