Jaki powinien nie być?
Felietonem Michała Witkowskiego, zeszłorocznego laureata Paszportu „Polityki” (za powieść „Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej”), inaugurujemy nową rubrykę, w której młodzi pisarze będą się wypowiadać o literaturze, ale nie tylko. Za tydzień – Jacek Dehnel.

Okres przednoworoczny jak zwykle obfitował w podsumowania stanu naszej kultury, a w szczególności literatury. Akurat niezbyt było co podsumowywać, bo to pustki, pustki i wiatr smętnie powiewa kartkami na mrozie. „Gazeta Wyborcza” życzyła sobie na nowy rok Pisarza Światowej Sławy, ale gdy się bliżej przyjrzymy, jaki ów geniusz miałby być, to krew zalewa. Okazuje się, że polscy inteligenci nie w przyszłość wychyleni, a w przeszłość, do niej tęsknią, chcą tego, co już znają. Na starość wszak ogląda się te same filmy, czyta znane już książki, jeździ na wakacje tam, gdzie zna się każdy kąt. Starzeje nam się inteligencja! Chcą więc, żeby to był, po pierwsze, taki facet z jajami, po drugie, żeby wziął za jaja problematykę narodową, ale z gombrowiczowską ironią, a jeszcze żeby się sprzedał jak Harry Potter na cały świat. Co się ze sobą kłóci, bo Rowling nie zajmuje się, chwała Bogu, problematyką narodową. Tak więc marzymy o nowym Mickiewiczu, ale z gombrowiczowską ironią i podlanego „Dziennikiem Bridget Jones”, aby i za granicą przeczytali. A zagranicznych wydawców poznałem jak złe psy! Literatura polska, powiadają ci panowie, jest nudna, bo jest o Oświęcimiu, a jest o nim dlatego, bo tylko takie rzeczy wydają.
 


Fot. Grzegorz Press  

Tymczasem nie chciałbym być w skórze tegorocznego jury żadnej z poważniejszych nagród. Jako żywo z wątłej i mieszczącej się może na pięciu stronach zwartego komputeropisu sztuki Masłowskiej „Między nami dobrze jest” nie da się zrobić Wielkiego Dzieła. Recepcja tej króciutkiej i, moim zdaniem, niezbyt udanej sztuki jest zresztą symptomatyczna. Samo dziełko ani w sferze problemowej, ani artystycznej nie wnosi nic nowego do dorobku genialnej autorki, a i teatralnie jest mało nośne, jednak posucha panująca na naszym rynku wydawniczym pozwoliła Masłowskiej po raz kolejny znaleźć się na okładkach. W ogóle – recepcja tej wątłej sztuki była na miarę wielotomowej powieści. Dlaczego? Ponieważ nie potrzeba nam książek, tylko pisarek? Bo ważniejsze od tego, co w sztuce, było to, co mówiła Masłowska w wywiadach? Bo z samych wywiadów i bezpośrednich deklaracji złożona jest recepcja książki, która równie dobrze mogłaby być samą okładką? Jestem ostatnią osobą, którą można posądzić o nieprzychylność wobec Masłowskiej, wielokrotnie składałem wiernopoddańcze hołdy, a jednak dobrze nie jest. Dlatego gdyby zapytano mnie, jakiego objawienia literackiego wyglądam, odpowiedziałbym przez zaprzeczenie, które jest podstawowym chwytem zastosowanym przez Masłowską w nowej sztuce.

Niechby to nie był facet, nowy Gombrowicz czy Mickiewicz. Niechby to nie była, Boże broń, nowa Masłowska. Niech to nie będzie „polski Genet” czy jakikolwiek inny rodzimy wyrób czekoladopodobny. Niech będzie, przepraszam za wyrażenie, „do pizdy niepodobny” i niech nas wszystkich rozwali. Powiem jak stara panna ze sztuki „Krum”: „nie musi być młody i niechby miał trochę pieniędzy. Nie kupę szmalu, trochę pieniędzy”. Niech pisze choć trochę śmiesznie, choć trochę nowym językiem. Nie musi umieć słuchać, jak Masłowska, i kochać ludzi, jak Myśliwski. Niech nie czuje metafizyki, jak Stasiuk, i niech choć trochę nie umie wciągać, jak Tokarczuk. Niech nie ma wyczucia socjologicznego Głowackiego i zblazowanego fermentu Pilcha. Niech ma coś własnego. A przede wszystkim niech nie podpisuje zaraz po sukcesie pięciu umów z wiodącymi domami wydawniczymi.

We wspomnianym ferworze przednoworocznych podsumowań „Dziennik” posunął się nawet do tego, że zapytał kilku facetów, co to podobno przeczytali wszystko, o dwadzieścia najważniejszych książek polskich, czyli listę lektur obowiązkowych. Obrzydza mnie zmuszanie dzieci do czytania tego, czego „pod ławką” nigdy by nie przeczytały. Uważam, że prawdziwie żywa literatura to ta, którą się czyta, aby uciec od lektur. Ponieważ nie umiem zastanawiać się, czy ważniejsza jest „Bogurodzica”, czy „Treny”, ograniczyłem listę tylko do literatury w miarę współczesnej i w pełni ukazał się zatrważający obraz. Niech już on nawet nie będzie supermanem, ale niech po prostu będzie i umie jako tako pisać! Zatęskniłem choć za pisarzami średnimi, autorami literatury popularnej. Może należałoby, szlachetnym socrealistycznym wzorem, zamiast na stypendia do Niemiec wysyłać pisarzy na roboty do Niemiec? Osobiście żyję z pisania i wiem, jak taka sytuacja ogranicza kontakt ze światem. Podczas targów w Finlandii rozmawiałem z pewnym pisarzem amerykańskim, który powiedział mi tak: w Ameryce prawie nikt nie żyje z pisania, ja pracuję jako taksówkarz i stąd się rodzi moja literatura. W ogóle w literaturze amerykańskiej wszystko jest nieco bardziej osadzone w rzeczywistości, a mniej w bibliotece: „nazywam się tak a tak, opowiem wam o tym i o tym, jak jechałem tu i tu, tylko nie mówcie moim starym, boby mnie zabili”. W ten mniej więcej deseń zaczyna się „Buszujący w zbożu”.

Gdybym więc miał sobie i Państwu życzyć na nowy rok nowego literackiego objawienia, powiedziałbym: niech on nie przychodzi do nas z biblioteki, tylko z ulicy, niech pisze, jakby opowiadał przy ognisku! Niech ominą go wszystkie polskie zmanierowania i miny (w tym gombrowiczowskie) i – na Boga – niech ma choć trochę pieniędzy! Takiemu facetowi czy facetce bez wahania można by wręczyć następny Paszport „Polityki”.

  

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj