szukaj
Polak nad Polakiem
Czego może nas dziś nauczyć Witold Gombrowicz, autor „Trans-Atlantyku”? Przede wszystkim tego, by nie zakrzepnąć w pozornej dojrzałości.

Ciekawe, że Gombrowicz, uważany za najbardziej antyromantycznego spośród polskich pisarzy, mówi w swojej twórczości mniej więcej to, co Mickiewicz w „Odzie do młodości” i w III części „Dziadów”. Fragment „Salonu warszawskiego”: „(...) Nasz naród jak lawa,/Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa,/Lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi;/Plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi”, mógłby być mottem „Trans-Atlantyku”. W przedmowach do kolejnych wydań Gombrowicz dwoi się i troi, by pokierować czytelnika we właściwą stronę, niby od niechcenia wbijając mu do głowy swoją wymarzoną interpretację. A ta nie neguje wartości patriotyzmu, ale zakłada, że można „(...) będąc Polakiem, być jednak kimś obszerniejszym i wyższym od Polaka!”

Literatura, która żywi się filozofią i służy jedynie zilustrowaniu doktryny, rzadko bywa wybitna. Dzieło Gombrowicza – dzięki swej językowej dynamice i kubistycznej metodzie opisu – należy do wyjątków. Bazą wszystkich jego utworów jest kategoria Formy oraz filozofia bardzo zbliżona do laickiej odmiany francuskiego egzystencjalizmu.

J.M.G. Le Clézio, relacjonując w jednym z listów wizytę u Witolda Gombrowicza, ironicznie nadmienia, że ten miał pretensję do Sartre’a, bo sam doszedł do podobnych wniosków dużo wcześniej. Nie będziemy rozsądzać, kto był pierwszy, należy jednak powiedzieć, że pisarstwo autora „Ferdydurke” zasadza się na następującym postulacie: zadaniem człowieka jest stworzenie siebie. Można tego dokonać tylko poprzez walkę czy raczej ciągłe konfrontowanie się z Formą, a więc rolami, które narzuca nam społeczeństwo, zbiorowość, kultura. Czy można tę walkę wygrać?

Nie do końca. Ważne, by podejmować trud gry. „Usiłuję wycofać się tam, gdzie człowiek staje się Wytwórcą Formy, nie jej niewolnikiem” – czytamy w buńczucznej przedmowie do „Trans-Atlantyku” (1951 r.). Warto przypomnieć, że jest to pierwszy utwór Gombrowicza, którego bohaterem jest Witold Gombrowicz, zabieg ten przydaje książce autentyczności, pozwala pisarzowi śmiać się z siebie, przez co satyra na polskość staje się satyrą na tego, który z okowów myślenia bogoojczyźnianego, z tępej dumy sarmackiej próbuje siebie i innych wyzwalać.

Czym zatem miałby być patriotyzm, o którym mowa w powieści? „Zdolnością stwarzania Ojczyzny” – odpowiada pisarz, gotowością do codziennego badania w sobie proporcji między człowiekiem a patriotą, zawartości jednego w drugim, ustanawiania granicy między ja indywidualnym a bezpłciową zbiorowością, próbą odnalezienia owych miejsc wspólnych, gdzie to co moje może bezkonfliktowo współistnieć z tym co masowe. Taki też stara się być – niekiedy z groteskowym skutkiem – amorficzny narrator „Trans-Atlantyku”; znienacka się okazuje, że ten oszust i koniunkturalista uczy sztywnego, cnotliwego, rycerskiego Tomasza otwartości, zaś w degeneracie Pucie budzi patriotę, że ten typ amoralny w rezultacie zaprowadza zgodę i porządek, nadłamując zasady i przydeptując wartości czyni sprawiedliwość i zapobiega tragediom.

„Trans-Atlantyk” czytany dzisiaj jest zachętą do samokrytycyzmu i zdroworozsądkowości. A czy zdrowy stosunek do tradycji nie polega właśnie na jej elastycznym przewartościowywaniu? Wbrew temu, co się potocznie sądzi, Gombrowicz – pisarz, nie bohater powieści – wcale nie postuluje, by raz na zawsze zastąpić Synczyzną Ojczyznę. On upomina się o pewną odmianę krytycznej myśli, która wypełniałaby przestrzeń między tymi pojęciami, symbolami, jakościami, która biegłaby nie tylko od Ojca do Syna, ale także w przeciwnym kierunku, a do tego jeszcze wokół Ojca i Syna!

Przy okazji wznowienia „Trans-Atlantyku” nasuwa się pytanie, jak czytać tę książkę w czasach, gdy trudno już nie tylko o prawdziwych etosowców, ale nawet o karykatury etosu narodowego (nie mówię o tzw. elitach rządzących, ale o zwykłych obywatelach), gdy patriotyzm w wydaniu romantycznym jest dla młodszych pokoleń anachronizmem, terminem muzealnym. Powieść – wydaje mi się – traci dziś nieco na wyrazistości, lecz traktowana bardziej umownie i metaforycznie niż przed półwieczem – daje nam więcej ze swej głębi. Napór tego, co bezimienne, niezróżnicowane, masowe jest coraz silniejszy. „Trans-Atlantyk” czytany nie tyle w kontekście politycznym, czysto polskim, co globalnym, popkulturowym, może się nieoczekiwanie okazać książką arcykonserwatywną. Postawa Gombrowicza, będąca w dużym stopniu reakcją na ideologiczną uniformizację, jaka ogarnęła Europę w latach 30., imponuje swoim ponadczasowym heroizmem.

Nie jestem jednak pewien, czy oczyszczający spontaniczny śmiech, który w finale „Trans-Atlantyku” zrównuje wszystkich w człowieczeństwie i unieważnia światopoglądowe spory, to najlepsze antidotum na infantylność i błazenadę Babilonu.


SKLEP INTERNETOWY POLITYKI 



 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj