Pliki podróżne
Rzeka Mao

Jego twarz jest wszędzie, dlatego po pewnym czasie mam wrażenie, że należy bardziej do świata przyrody niż do człowieka. Wyrasta w najmniej oczekiwanych miejscach – na murach budynków, na etykiecie wody mineralnej, na portfelach, tiszertach i tarczy budzika. Powoli wszystkie inne twarze stają się do niej podobne – te z figurek buddów, z komiksów dla dzieci i te z ulicy.

– Jak to możliwe? – pytam miłego człowieka, z którym gawędzę już pół wieczoru. – Jak to możliwe, że adoruje się człowieka, który przyczynił się do śmierci tylu ludzi?

Odpowiada ze spokojem:

– Mao jest jak rzeka – potężny, nieprzewidywalny i ma moc zmieniania świata. Nie można mieć pretensji do rzeki o to, że wylewa i niszczy wszystko na swej drodze. Trzeba pamiętać, że każda powódź nanosi muł i dobroczynny szlam, że użyźnia ziemię, na której można budować od nowa.

Mówi to pogodnie i z wielkim przekonaniem.

Widmowa wycieczka

Przewodniczka pokazuje z entuzjazmem miejsca, których nie ma, a które – najwidoczniej – widzi wciąż przed sobą wewnętrznym natchnionym wzrokiem. Jej twarz jest pomarszczona i wiotka. Skóra na niej delikatnie drży, gdy wargi formułują foremne zdania piękną arystokratyczną angielszczyzną. Polega ona na tym, żeby słów nie wypowiadać do końca, a tylko je tknąć w taki sposób, by zabrzmiały same, jakby się brały prosto z natury.

– Tu mieliśmy kościół baptystów, a wyżej – tor wyścigowy – mówi, i to „my” połączone z czasem przeszłym przywołuje nastrój herbatek, wytwornych kapeluszy i starych dobrych czasów, gdy pod liściem figowca można było spotkać białe, smukłe wiktoriańskie elfy.

Ale uczestnicy wycieczki, zaciekawieni na początku, teraz zaczynają tracić cierpliwość. Szemrają między sobą. Nie podoba im się ta kobieta. Skąd ona się tu wzięła? Jak tak w ogóle można mówić? Skąd ten kolonialny sentymentalizm? Ten jej angielski jest denerwujący. Poza tym jest gorąco, parno i hałaśliwie. Nie ma tu nic ciekawego, same wysokie szklane wieżowce i ciągnące się w nieskończoność pasaże handlowe.

Kobieta już wie, że zraziła ich do siebie i że jej podopieczni rozejdą się za chwilę po sklepach w pasażach. Nie bardzo rozumie, co ich tak drażni w jej opowieściach. Uważa, że powinni jej słuchać, choćby z grzeczności; jest od nich dużo starsza. Wyciąga przed siebie rękę, biała rękawiczka ściska białą parasolkę, i wskazując zejście do metra mówi z dumą:

– A tu mieliśmy szkołę dla dziewcząt – już jednak widzi, że część z jej słuchaczy odeszła i przygląda się teraz holograficznej reklamie na wystawie jednego ze sklepów.

Edukacja Chinek

– To piękna idea – te szkoły dla Chinek – mówi z namysłem Cheung Lee.

Tam małe chińskie dziewczynki uczono czytać, pisać, konwersować i malować akwarele. Poświęcało się im wiele czasu i wyrastały na cywilizowane, miłe panny. Na rautach i balach żony gubernatorów i kapitanów z poświęceniem organizowały zbiórki pieniędzy, dopóki nie zorientowały się, że wyedukowane, inteligentne młode kobiety stawały się wkrótce utrzymankami ich mężów.

Wtedy, w czasie jednej z herbatek, zgodziły się bez wyjątku, że nadmierna edukacja sprzyja zepsuciu i niemoralności, i szkoły zostały zamknięte.

Otwarto je dopiero w 1889 r. po tym, jak rolę metres przejęły Japonki, o czym nasze damy dowiedziały się z ulgą.

Dwie kuchnie

Pewna dwujęzyczna osoba opowiadała mi w czasie lunchu o tym, że ma zupełnie inne jedzeniowe nawyki w zależności od języka, którym mówi. W jednym ma zawsze apetyt, lubi eksperymentować, je z przyjemnością. Pociągają ją krewetki, ryby i ostrygi; lubi też dziwne zestawienia smaków – jak na przykład wędzone mięso z miodem albo twardy ser z czekoladą. Mówiąc w tym języku, zawsze przybiera na wadze.

Ale przejście na drugi język natychmiast wprowadza u niej inny porządek. Je mało i tylko proste rzeczy. Najpierw obywa się bez pieczywa i mleka. Po jakimś czasie przebywania w tym języku w ogóle przestaje jeść i jest to coś w rodzaju logoanoreksji. W końcu musi uciekać stamtąd, ewakuować się w tamten drugi język, inaczej niechybnie grozi jej śmierć.

Czas zero

Lotnisko zamknięto z powodu strajku. A może chodzi o coś innego – obalenie rządu, niskie płace, protest przeciwko stacjonowaniu obcych wojsk? Taksówkarze w imieniu kraju przepraszają zdezorientowanych turystów i odwożą ich do coraz bardziej przepełnionych hoteli. Co lepsze linie lotnicze robią wrażenie, że interesują się losem swoich klientów i w nerwowym pośpiechu organizują alternatywne możliwości powrotu do domu. Nikt nie wie jednak jakie. Lecz inne linie, te tańsze, skapitulowały pod naporem chaosu. Ich klienci, porzuceni, robią teraz dobrą minę do złej gry i cieszą się, że udało im się przynajmniej znaleźć wolne miejsce w jakimkolwiek hotelu.

Jasne, że są trochę zdezorientowani. Spędzają teraz całe dnie włócząc się po głównej ulicy, jedząc tanie owoce i penetrując w nieskończoność te same kramy z kolorowymi ubraniami. Późnym popołudniem, gdy słońce staje się litościwsze, zmęczeni, chętnie korzystają z usług speców od dredów i tatuaży, których jest tu wielu na ulicy; uradowanych nieoczekiwanym źródłem zarobku.

Dzień po dniu wszyscy stają się do siebie podobni: kolorowe ubrania, dredy, tatuaże – te prawdziwe albo tylko z henny (żeby dało się je zmyć, kiedy trzeba będzie w końcu wrócić do biura), wolny leniwy krok. Obsiadują stoliki w kawiarniach i krawężniki wąskich ulic. Potem już rozpoznają się i zaczynają traktować jak starych znajomych. Powoli przypominają członków tego samego plemienia, które porzuciło jakąś niewyobrażalną ojczystą krainę i odtąd błąka się po świecie. Wieczorami zbierają się w kawiarniach i omawiają sytuację, śledząc wiadomości w telewizji, same obrazki, bo fonii nie słychać z powodu gwaru. Ale wychodzi na to, że świat nie bardzo interesuje się tym zaginionym plemieniem i zdaje się, że nawet nie wie, iż się zgubiło.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj