Meandry popkultury
Obciach uwznioślony
Na przykładzie kariery słowa obciach, a także zmieniających się jego znaczeń, można doskonale prześledzić meandry dzisiejszej kultury popularnej.

Słowo „obciach”, wywodzące się z języka dawnej więziennej grypsery, oznaczało przyłapanie kogoś na gorącym uczynku. Na początku lat 70. subkultura gitowców przeniosła zwyczaje grypsery z więzień i zakładów poprawczych poza ich bramy i obciach zaczął wchodzić do standardowej mowy młodzieżowej, przy czym pierwotne znaczenie ulegało systematycznej modyfikacji. Słowo oderwane od swojego pierwotnego grypserskiego kontekstu i używane przez inne środowiska zyskało zrazu gombrowiczowski sens przyłapania kogoś na czymś wstydliwym, niestosownym, by wreszcie zafunkcjonować jako synonim czegoś nieadekwatnego w stosunku do kultywowanego przez grupy wzorotwórcze gustu. Jak widać, na początku była obawa złodzieja przed wpadką, na końcu zaś jest lęk przed wykluczeniem z dobrego towarzystwa.

 

Poczucie obciachu istnieje tylko wtedy, jeśli istnieje owo dobre towarzystwo wyznaczające miarę atrakcyjności i przyzwolenia, orzekające, co aktualnie jest na topie, a czego należy się wystrzegać. Oczywiście grupy wzorotwórcze i jednostki pełniące rolę przywódców opinii nie funkcjonują dziś tak, jak opisywał to 50 lat temu Paul Lazarsfeld. Dziś działają raczej na zasadzie trendsetterów. Raczej reklamują niż informują, poza tym istnieje wiele różnych środowisk i odpowiadających im nisz kulturowych, z których każda potencjalnie dysponuje swoimi własnymi propagatorami mody, stylu życia czy gustu estetycznego.

I tak uchodzący za symbol twórcy obciachowego Michał Wiśniewski, dla setek tysięcy (lekko licząc) swoich fanów pozostawał idolem per se, a jego piosenki wpisywały się najwidoczniej w gust masowy, o czym świadczyły tłumy na koncertach i rekordowe nakłady płyt. W tym samym czasie, kiedy Wiśniewski znajdował się na szczycie kariery, stali bywalcy muzycznych klubów warszawskich bawili się przy muzyce zupełnie nieznanej szerszemu ogółowi.

W grę wchodzi zresztą nie tylko różnica między gustem masowym a niszowym, ale też różnice o międzyniszowym charakterze. W ostatnich paru latach dała o sobie znać choćby animozja między zwolennikami bardzo modnego do niedawna stylu emo a fanami rocka gotyckiego. Choć oba te środowiska fascynowała podobna w gruncie rzeczy ciężka i ponura muzyka, wśród gotów nazwa emo funkcjonowała na zasadzie prześmiewczego przytyku (Nie bądź taki emo), natomiast dla emo goci właśnie byli przykładem obciachu jako reprezentanci stylu przebrzmiałego.

Poznański polonista Mariusz Wesołowski komentując wydaną niedawno „Małą encyklopedię obciachu” zaproponował taką oto definicję: „Obciach to każda niezamierzenie nieudana, nieświadomie bezwstydna próba pozostawania w określonym porządku, sprowadzająca się do groteskowego wyjścia poza ten porządek. Wielość porządków powoduje wielość obciachów”.

Tropem kiczu

Warto zauważyć, że poczucie obciachu, czyli wyczucie stylu, zmienia się w czasie, co dobrze pokazuje historia społecznego odbioru kiczu.

Kicz w swojej klasycznej dziewiętnastowiecznej postaci odwoływał się bezpośrednio do wzoru sztuki wysokiej, był jej naiwnym naśladownictwem, nieudolnym powtórzeniem, a niekiedy spóźnionym echem estetyki, która wcześniej mogła się cieszyć uznaniem wyrafinowanych elit, ale z czasem uległa spospolitowaniu. Jeszcze pół wieku temu wytrawny meloman gotów był uznać za kicz kanoniczne skądinąd dzieło jak „Jezioro łabędzie” Czajkowskiego, zaś termin „czajkowszczyzna” sugerował, że mamy do czynienia z nazbyt prostym muzycznym przekazem, symulującym piękno prawdziwie wartościowej sztuki.

Antropolog kultury Tomasz Szlendak proponuje spojrzenie na kicz z perspektywy psychologii ewolucyjnej. Zauważa mianowicie, że największymi fanami kiczu są dzieci: „To dzieci marzą o różowych lakierowanych botkach podpatrzonych u bohaterek kreskówek dla japońskich nastolatek, o równie różowej pozytywce wysadzanej plastykowymi diamentami i powłóczystych »wróżkowych« pelerynkach załączanych do odrażająco tęczowych pisemek dla małych dziewczynek. To wreszcie małe dziewczęta i mali chłopcy uważają hiperkiczowatą lalkę Barbie za ideał urody”.

Dlaczego zatem kicz robi tak wielkie wrażenie na dzieciach właśnie i ludziach mniej wykształconych, tudzież pozbawionych snobizmu? Szlendak widzi w tym dowód na estetyczny atawizm, którego początków należałoby szukać u zarania dziejów gatunku Homo sapiens. Tzw. kultura wysoka jest efektem rozwoju trwającego nie więcej jak 10 tys. lat. Tymczasem landszaftowe pejzaże, także te malowane za młodu przez Adolfa Hitlera i te całkiem nowe, pokazane choćby w jednej ze scen filmu „Gladiator”, gdzie tytułowy bohater tuż przed śmiercią widzi złote łany dojrzałego zboża w łagodnym krajobrazie przetykanym cyprysami, nie są niczym innym, jak powtórzeniem obrazu terenu wokół wschodnioafrykańskiego jeziora Turkana sprzed trzech i pół miliona lat. Taki obraz wisi w nowojorskim American Museum of Natural History. „To teren, na którym gatunek człowieka po raz pierwszy ujrzał światło dnia. Zielonozłote połacie ziemi nad urokliwą wodą, do których zaadaptował się nasz umysł”.

Kiedy rozważa się relacje pomiędzy kiczem stanowiącym przykład obciachu w kręgach elitarnych a sztuką wysokoartystyczną, dobrze zdawać sobie sprawę, że dziś samo pojęcie sztuki wydaje się problematyczne i nie chodzi tylko o banalne przykłady artystycznych prowokacji, które od stu lat burzą faktyczne i domniemane reguły, lecz o sprawy mniej oczywiste, a wynikające ze zmian cywilizacyjnych i politycznych. Rozwój technologiczny w dziedzinie komunikowania pozwala bardziej niż kiedykolwiek w przeszłości nadawać, a nie tylko odbierać i niegdysiejsze hasło Josepha Beuysa „każdy artystą” realizuje się w postaci sztuki Internetu – blogów, kompilacji muzycznych, grafiki, a nawet samodzielnie redagowanej przez internautów elektronicznej namiastki prasy. Nie zmienia to jednak sytuacji, w której szczególnie uprzywilejowany czuje się odbiorca domagający się coraz to nowych podniet. Demokratyzacja, sprzyjając potencjalnie upowszechnianiu kultury kanonicznej, realnie zamyka ów kanon w granicach elementarnej edukacji, oferuje zaś na co dzień kulturę przyjemności i technicznych gadżetów. Rośnie w siłę kulturowy populizm, dla którego układem odniesienia nie jest już tradycyjnie rozumiana sztuka, ale to, co potocznie nazywamy kulturą masową.

Sztuka użytkowa, sztuka popularna, projektowanie – terminy, które zostawiło nam w spadku ubiegłe stulecie, świadczą o dominacji pragmatycznego podejścia do twórczości. W Polsce ostatnich lat słowo galeria oznacza centrum handlowe. Na świecie artyści bywają ekspertami wielkich korporacji albo firm reklamowych, a NASA zdecydowała się na kilka lat zatrudnić awangardową piosenkarkę Laurie Anderson w wymyślonej przez siebie roli artysty-rezydenta. Sztuka niedookreślona przymiotnikami, czyli tzw. sztuka wysoka, nawet w przestrzeniach muzealnych funkcjonuje na zasadzie komercyjnego widowiska, największe zaś emocje znawców rozbudzają wielkie aukcje dzieł sztuki. W szerokim odbiorze społecznym twórczość artystyczna pełni rolę podobną (jeśli nie tożsamą) jak rozrywka – czyli konsumpcyjną i ludyczną, a rozrywkę traktuje się autotelicznie, jak niegdyś sztukę.

Kultura masowa, jaką znamy z opisów White’a i Rosenberga, Davida Riesmanna czy Ernesta van den Haaga, jest przeszłością, tak jak dla niej samej przeszłością była wysokoartystyczna kultura kanoniczna XIX w. i w pewnej mierze kultura ludowa. Dzisiejszym odpowiednikiem mass culture z lat 50. ubiegłego stulecia staje się kultura tabloidowa, obliczona na aplauz odbiorcy spragnionego sensacji, plotek i ciekawostek. Taki model kultury operuje treściami nie tyle aktualnymi, ile doraźnymi, odbiorca zaś tychże treści nie wychowywał się na książkach, ale na informacyjnej, a przede wszystkim rozrywkowej telewizji. Jednocześnie współczesny przemysł kulturalny (tak kulturę masową nazywali przedstawiciele szkoły frankfurckiej: Max Horkheimer, Herbert Marcuse, Theodor Adorno) lubi wykorzystywać przeszłość o tyle, o ile owa przeszłość może być obecna w biograficznym doświadczeniu odbiorców. W grę nie wchodzi historia jako taka, ale historia (niezbyt długa, sięgająca do lat 50. ubiegłego wieku) rozrywki: stare przeboje muzyczne, filmy, dawni bohaterowie masowej wyobraźni, którzy lubią powracać.

Swojska popkultura

Dominujący typ wrażliwości ma w tej sytuacji charakter paradoksalny: z jednej strony nastawia się na zmienność, migotliwość i ulotność, z drugiej zaś nostalgicznie tęskni za zmitologizowaną przeszłością. Zmieniającej się co sezon modzie towarzyszą spektakularne powroty do minionych dekad. Przemysł kulturalny w równym stopniu żeruje na owej zmienności, jak i nostalgii, stwarzając przy tym pozory niczym nieograniczonej różnorodności oferty dla wszystkich i dla każdego. Na świecie co najmniej duże tryumfy frekwencyjne święcą rozgłośnie radiowe emitujące muzykę popularną już nie tylko z lat 60., ale 50. i 40. Brytyjski piosenkarz Rod Stewart wywindował się na szczyty listy „Forbesa” najlepiej zarabiających celebrytów dzięki albumom ze starymi amerykańskimi piosenkami, które jeszcze nie tak dawno uważane były nawet przez jego fanów za obciachowe. Kręcone dekady temu horrory klasy B i C stają się wzorcem dla nowej twórczości najmodniejszych dziś reżyserów, z Quentinem Tarantino na czele. W telewizji wielką publiczność mają programy rozrywkowe i teleturnieje, w których chodzi o przypomnienie sobie śmiesznych, ergo obciachowych, staroci. Nawet fryzura „na czeskiego piłkarza” wzbudza raczej nostalgię niż śmiech.

Są to wszystko procesy o charakterze globalnym, jednak w Polsce czy – szerzej – w pokomunistycznej Europie zostały uruchomione stosunkowo niedawno i może dlatego wydają się nam tak intensywne i dojmujące. Komercjalizacja, ekspansja nowych mediów, rozrost centrów handlowych zbliża nas do Zachodu, ale nie eliminuje specyfiki lokalnej. Niekiedy bywa odwrotnie i, jak pisał Derrick de Kerckhove, tendencji do kulturowego globalizmu towarzyszą przejawy hiperlokalizmu. Tym można tłumaczyć tryumf disco polo w latach 90., nieustającą popularność rodzimych komedii powstałych jeszcze w czasach PRL, zapotrzebowanie na festyny i budowanie swojskiego star-systemu. Oto kolejny paradoks: gust PRL odniósł zwycięstwo niejako pośmiertne.

Zasady państwowej polityki kulturalnej, formułowane przez PZPR, zakładały większą lub mniejszą selektywność w dopuszczaniu do masowego obiegu treści trywialnych, kontrolując przy tym ich ewentualny ideologiczny wpływ na odbiorców. Uprzywilejowana oficjalnie miała być sfera kultury przydatna edukacyjnie bądź propagandowo, a więc kultura kanoniczna, wysokoartystyczna oraz rozrywka, niekolidująca z rudymentami partyjnej ideologii. Ten lukacsowski, jak nazywał go Stefan Żółkiewski, model polityki kulturalnej posługiwał się więc gate-keeperami, odźwiernymi, którzy decydowali, co i w jakich proporcjach może trafić do wielkich audytoriów. Takie zjawiska jak płyta pocztówkowa, muzyczna twórczość Janusza Laskowskiego i Tercetu Egzotycznego, pozostałości kultury jarmarcznej, a nawet rodzima literatura sensacyjna, w ideologicznym planie partyjnych urzędników miały lokować się na marginesie głównych nurtów kultury, choć cieszyły się dużym wzięciem pozainteligenckiej części społeczeństwa, czyli jego przytłaczającej większości. Kiedy bariery urzędniczo-ideologiczne przestały istnieć, a decydować zaczął popyt, nastąpiła swoista retardacja (łac. retardatio, opóźnienie, lit. – zwalnianie biegu akcji) peerelowskiej kultury trywialnej, która w nowych warunkach zyskała rangę swojskiej konkurencji dla importowanej z Zachodu popkultury.

Swojskość może mieć charakter osobliwego folkloryzmu, dla którego podstawą jest folkloryzm bazujący dawniej na tzw. ludowym autentyku, co jawnie widać na przykładzie folkowej fali w polskiej muzyce rozrywkowej drugiej połowy lat 90. Swojskość może się również wyrażać w upodobaniach kulinarnych – moda na tzw. chłopskie jadło pojawiła się niemal u progu III Rzeczpospolitej, konkurując z importowaną nouvelle couisine i kuchniami etnicznymi. W warunkach dzisiejszych swojskość nie jest li tylko rekonstrukcją utraconej tożsamości, ale kolejną osobliwością na rynku. Co ciekawe, traktuje się ją tak, jak niegdyś traktowało się egzotykę.

Podobnie dzieje się ze wspomnianymi powrotami do przeszłości: choć starocie u starszych wzbudzać mogą nostalgię, młodym wydają się nowe i faktycznie są sprzedawane tak, jakby były nowościami. „Gazeta Wyborcza” dołącza dziś do swoich wydań filmy z przygodami „Czterech pancernych”, a kapitan Kloss cieszy się nieustającą popularnością właśnie wśród roczników urodzonych ponad 20 lat po premierze pierwszych odcinków. A przecież za czasów PRL nastawiona kontestacyjnie młodzież polska uważała te telewizyjne hity za obciach ewidentny i nawet niedługo przed końcem PRL postaci tych bohaterów masowej wyobraźni służyły twórcom graffiti za wielce wdzięczny materiał do ironicznego komentowania rzeczywistości.

Nowo odkrywana swojskość i przeszłość wpisują się w aktualny kontekst i dlatego stają się atrakcyjne. Mamy przeto do czynienia z kulturą paradoksu, na wytworzenie której pracowały awangardy, umasowienie, demokratyzacja, kulturowe dyfuzje, a wreszcie globalizacja. W takiej kulturze niczemu nie należy się dziwić. Nie trzeba się dziwić na przykład sytuacji, w której to, co jednego żenuje, innemu wydaje się fascynujące; to, co dawniej uchodziło za tandetne i wulgarne, dziś zajmuje centrum kultury popularnej. Poza tym mody zmieniają się w tempie zawrotnym – szybciej, niż następuje ich przyswajanie przez szerszy ogół. Bardzo zatem łatwo wypaść z obiegu i narazić się na zarzut obciachowości.

„Wokół obciachu – pisze Mirosław Filiciak, badacz nowych mediów – toczy się nieustanna gra, w której oceniający (i wydający sądy o obciachowości) chwilę później może nieoczekiwanie stać się ocenianym – zwłaszcza że we wszystkich sferach kultury tak istotną rolę odgrywa dziś gra z konwencją i nigdy nie wiadomo, czy mamy do czynienia z obciachem, czy może już z nowym trendem wykorzystującym pozorną obciachowość do wyrafinowanej zabawy. Image w konwencji »krótko z przodu, długo z tyłu i wąsy na przedzie« śmieszy u kierowcy autobusu, ale wzbudza uznanie, gdy prezentuje go, powiedzmy, właściciel butiku w hipsterskiej nowojorskiej dzielnicy Williamsburg”.

Podobne wrażenie ma publicysta „Przekroju” Bartek Chaciński: „Ostatnio przetoczyła się przez portal Gazeta.pl dyskusja – jedni pisali tam, że noszenie białych kozaczków i zdejmowanie butów u znajomych jest obciachowe, a drudzy – że obciachowe jest wytykanie innym białych kozaczków i zdejmowania butów”.

Obciach odwrócony

Kluczowym problemem nie jest jednak degradacja czy rozpad kultury kiedyś rzekomo spójnej i wartościowej, ale stosunek ludzi do kultury skutkujący uwzniośleniem tego, co w innych warunkach byłoby niestosowne, żenujące, tandetne i wstydliwe. Dawniej mówilibyśmy zapewne o uwzniośleniu kiczu, dziś lepszym słowem wydaje się slangowy obciach. Słówko to kryje w sobie treść wieloznaczną, podobnie zresztą jak kicz, ale semantyczny punkt ciężkości, w odróżnieniu od najbardziej rozpowszechnionych definicji kiczu, leży nie w estetyce, ale w społecznej pragmatyce. Obciach nie jest etykietą trwałą i uniwersalną, jego adres zmieniać się może z obiektu na obiekt, z sytuacji na sytuację, przy czym tak jak w przypadku kiczu stosuje się często procedury brania obciachu w nawias, lokowania go na metapoziomie. Obciach, tak jak kicz w ujęciu Abrahama Molesa, bywa nie tylko żenujący, ale i zabawny i jego świadome eksponowanie często zabawie służy. Jest w tym spory ładunek perwersji, ale też dobra okazja dla przemysłu rozrywkowego, który obciachem się żywi.

Moda na obciach może się przejawiać w prostej dominacji tandety i kiczu, ale też może być wynikiem postmodernistycznej gry z pogardzaną estetyką, wyrazem szczególnego rodzaju przerafinowania. Na tym zasadza się specyfika m.in. prozy Michała Witkowskiego czy Doroty Masłowskiej, sztandarowym zaś przykładem tego typu, chwytu w rodzimej muzyce popularnej wciąż pozostaje „P.O.L.O.W.I.R.U.S.” zespołu Kury Tymona Tymańskiego.

Owa gra, wspominana przez cytowanego wyżej Mirosława Filiciaka, choć odbywa się w ostatnich czasach nieustannie, natrafia jednak na istotną trudność, ponieważ toczy się w warunkach równoprawności rozmaitych stylów, upodobań i miar przyzwolenia. Reguły gry tracą czytelność.

Nowa sytuacja w kulturze polega na tym, że aksjologia kapituluje przed uzusem. To, co w danym momencie staje się popularne i modne, nie potrzebuje żadnych uzasadnień i umyka tzw. obiektywnej ocenie. Nie znaczy to jednak, iż nie należy tropić i oceniać funkcji oraz skutków społecznych owej mody i popularności. Czym innym jest niestosowność gustu, zachowania czy języka świadomie i z premedytacją wykorzystywana, czym innym taka, której nie towarzyszy dystans i którą przyjmuje się jako normę bądź oczywistość. Istotne znaczenie mają nie tylko indywidualne upodobania i kompetencje, ale przede wszystkim środowisko społeczne, w którym obciach w różnych zastosowaniach funkcjonuje. Dzisiejsza, paradoksalna jako się rzekło, kultura ma bowiem jeszcze jedną ważną cechę: de facto stanowi konglomerat kultur środowiskowych, z których każda wypracowuje właściwe sobie standardy.

Dobrze to widać na przykładzie tak zwanych muzycznych fanships (kręgów fanów). Dla zapamiętałego miłośnika metalu obciachem muzycznym będzie zarówno cały główny nurt popu, jak i konkurencyjne style o bardziej alternatywnym charakterze. W ubiegłej dekadzie fani elektroniki tudzież hip hopu za obciachowy instrument uważali gitarę. Teraz zaś hip hop jest w odwrocie, a publiczność gitarowego avant popu czy zjawisk związanych z tzw. nową rewolucją rockową właśnie w hip hopie widzą ewidentny obciach. Zasadniczo styl uznany przez grono pretendujące do wyznaczania granic między topowym i obciachowym za przebrzmiały bywa przejmowany przez środowiska mniej zaznajomione z nowymi trendami. Dawniej odbijało się to na podziałach miasto–wieś czy metropolia–prowincja, dziś w większym stopniu decyduje o tym stopień udziału w transgranicznej, zglobalizowanej kulturze popularnej oraz (zwłaszcza u nas) możliwości finansowe.

Na koniec trzeba podkreślić, że aktualny stan popkultury w Polsce zmierza do uwznioślenia obciachu. Trywialne formy mają największy zasięg oddziaływania, telewizja popularyzuje uchodzący niegdyś za szczyt obciachu taniec towarzyski, a na studenckie juwenalia zaprasza się zespoły disco polo. Generalnie wszystko jest dopuszczalne i w tej sytuacji obciach zwycięża nie tylko wtedy, kiedy jest przedmiotem gry estetycznej.


We wrześniu 2008 r. odbyła się w Elblągu ogólnopolska konferencja kulturoznawcza „Moda na obciach. Co Polacy robią z kulturą popularną”. Teraz ukazała się książka, pod patronatem medialnym m.in. „Polityki”, zawierająca materiały z tej konferencji. Powyższy tekst stanowi rozwinięcie jednego z prezentowanych tam referatów; autor nawiązuje przy okazji do innych opublikowanych w książce wystąpień konferencyjnych.


W 17 numerze Niezbędnika Inteligenta czytaj także:
 

Dodatek NIEZBĘDNIK INTELIGENTA dostępny również w E-wydaniu wraz z 8. numerem Polityki  

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj