Dzieci słonioluda
Dla indyjskich, prawie nieznanych bohaterów filmu 'Slumdog. Milioner z ulicy' baśń trwa dalej. Takiej światowej kariery nie zrobił nawet Mahatma Gandhi.

Szkoda, że film pomija to, co wyjaśnia powieść „Q&A”, („Pytanie i odpowiedź”, w Polsce – pod tym samym tytułem co film), przetłumaczona na 35 języków, w tym również na polski. Właścicielem firmy sprzedającej licencje na teleturniej „Miliarderzy” jest w niej pan Michajłow, diabli wiedzą skąd. Nie ma pieniędzy na wypłacenie miliarda rupii nagrody, którą wygrał biedak ze slumsów. Dlatego policja jest uprzejmie proszona, żeby za pomocą tortur wyciągnąć od laureata zeznanie, że oszukiwał, więc nagroda mu się nie należy. Inspektor policji słyszy od wysłannika licencjodawcy miłe dla ucha „dziesięć procent”, kiedy pyta, co z tego będzie miał. Michajłow zakładał, że nagroda padnie najwcześniej po ośmiu edycjach, a przez ten czas napłyną pieniądze z reklam. A tu wygraną zgarnia niepiśmienny brudas już w pierwszej serii.

Miliard rupii to w przeliczeniu na złotówki około 100 mln zł. Chłopak, który wygrał, zarabiał jako roznosiciel herbaty może 50 rupii (5 zł) dziennie. Tak wysokie nagrody w Indiach nie zdarzają się, i to jest bajka. Ponieważ film indyjski musi być bajką, przedłużeniem „Mahabharaty”, to reżyser z apetytem na największą na świecie widownię musi odpowiednio dozować bajkę i prawdę, czynić choćby symboliczne gesty w stronę estetyki Bollywood.

Jeśli ktoś chce oglądać życie w slumsach – a widownia kin indyjskich to przede wszystkim ludzie ubodzy – nie musi wychodzić z domu i wyrzucać 20–150 rupii za bilet w błoto. Dlatego reakcja na osiem Oscarów dla „Slumdoga. Milionera ze slumsów” jest różna. Krytyczna, bo jak można przedstawiać nędzę, brutalność policji, korupcję, pogromy i mafie w kraju, który należy do czołówki nuklearnej świata i jest ogromną potęgą gospodarczą? Pozytywna, bo osiem Oscarów za film o Indiach należy wpisać na poczet sukcesów tego kraju, zwłaszcza że dwa z nich przyznano autorowi muzyki i piosenki A.R. Rahmanowi, którego okrzyknięto Mozartem z Madrasu.

Mollywood/ Bollywood 

Film oparty jest na prościuteńkim pomyśle. Pytania teleturnieju dotyczą takich doświadczeń w nieszczęśliwym, koszmarnym życiu uczestnika-zwycięzcy, analfabety, że odpowiedzi zna ze swojej tragicznej przeszłości. W książce jest więcej takich pomysłów – bohater ze slumsów mówi, że biedni mogliby zorganizować teleturniej dla bogatych, w którym uczestnicy musieliby wiedzieć na przykład, kto wyprodukował pierwszą fałszywą płytę DVD w slumsach Bombaju (trudno mówić Mumbaiu, bo trzeba by powiedzieć Mollywood, a już przyjęło się Bollywood).

Autorem książki jest czynny indyjski dyplomata Vikas Swarup, który urzędował już w Turcji, USA, Etiopii, Wielkiej Brytanii, a teraz urzęduje w RPA. Dyplomaci indyjscy to świetni i doskonale wykształceni fachowcy, znakomicie reprezentujący kraj, który jest źródłem wszelkiej kultury, krynicą wszelkich wartości. Czy w dokumentalnej powieści o Indiach może być opis latryny, do której wpada dziecko biegnące po autograf supergwiazdora filmu indyjskiego Amitabha Bachchana? Czy w prozie indyjskiego urzędnika może być opis pogromów antymuzułmańskich, urządzanych przez bojowników skrajnej prawicy wielkohinduskiej spod znaku Siv Sena (Armii Śivy), która rządzi Mumbaiem? Czy w „docu fiction” na podstawie powieści ambasadora może być scena torturowania elektrowstrząsami przez mundurową policję Maharasztry, jeśli Indie oficjalnie odrzucają zarzuty Amnesty International na temat łamania praw człowieka?

Czy to się rzeczywiście dzieje w Agrze, koło pomnika śmierci i miłości Tadż Mahal, a nie w Johannesburgu czy Moskwie? Czy ambasador może kierować scenarzystę na ulicę Falkland w Bombaju, którą kiedyś odwiedzali marynarze, a przy której zmusza się do prostytucji dziewczynki z Nepalu, a także z wiosek i slumsów indyjskich? Czy przedstawiciel głowy państwa nie wie, że prostytucji w Indiach nie ma, bo jest zakazana?

Wszystko to – a nawet jeszcze gorsze rzeczy – w książce się znalazło. Dlatego powieść jest bardziej drastyczna od filmu.

Kariera naturszczyków 

Film o Indiach musi choć na moment zwracać uwagę na słynnego w Indiach Amitabha Bachchana, który zagrał w filmie epizod. Karierę zawdzięcza talentowi, ale to, że jest synem osobistego sekretarza pani premier Indiry Gandhi, zapewne mu nie przeszkodziło. Wtedy film w tym kraju był czystą fabryką snów i największym środkiem masowego przekazu, zakazu i nakazu. Rządził się przejrzystymi prawami, a dziś, co sugeruje „Slumdog. Milioner z ulicy”, sterują nim, podobnie jak mediami elektronicznymi i teleturniejami, mafie muzułmańskie, które kontrolują świat podziemnego Mumbaiu.

Prawdziwymi bohaterami filmu i zwycięzcami teleturnieju są dzieci – naturszczyki ze slumsów, aktorzy nagrodzonego filmu – a nie jego twórcy i bohaterowie fikcji. To one zrobiły niewyobrażalną karierę. Nie tylko zagrały w pełnometrażowym obrazie angielskiego reżysera, ale jeszcze zostały zaproszone do Hollywood, były na oscarowej gali, otrzymały honoraria – niewielkie, żeby rodzice nie zagospodarowali pieniędzy – (resztę dostaną, jak będą pełnoletnie). Otrzymały też stypendia.

Całe slumsy Bombaju siedziały na ulicach przed telewizorami, żeby podziwiać swoich dwóch kolegów i koleżankę, która zdobyła taki fantastyczny posag. To dziś najsławniejsi mieszkańcy tego magicznego miasta, którego patronem jest Ganeśa, słoniolud, syn Śivi i Parvati, ten, co usuwa przeszkody, patron podróżników, kupców i złodziei, duchowy bohater filmu.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj