Muzyka z Saturna
Sun Ra Arkestra, na czele z osiemdziesięciopięcioletnim saksofonistą Marshallem Allenem, wyląduje na czterech koncertach w Polsce.

Całości doglądać będzie sam Sun Ra z macierzystego Saturna. Tu - jak za życia głosił - narodził się w roku, którego ze względu na tajemnice numerologiczne nie może zdradzić. Tu też wrócił po swej ziemskiej śmierci w 1993 roku. Po kilku latach przerwy członkowie zespołu dostrzegli jego mistyczną obecność i wrócili do grania.

 

Skupili się głównie na koncertowaniu, podczas gdy przed laty bynajmniej nie zaniedbywali działalności fonograficznej. Ilość ich płyt idzie w setki, nie istnieje zapis ich pełnej dyskografii. Spora część albumów wyszła w limitowanej liczbie kilkudziesięciu egzemplarzy, z białymi, albo ręcznie zdobionymi okładkami. Czasem do nowej płyty dodawana była jedna strona ze starej. Te same wydawnictwa ukazywały się pod różnymi tytułami. Żadnych sztywnych reguł, kalejdoskop. Podobnie było w muzyce. Początkowo kilkunastoosobowa orkiestra grała bebop. Potem przerzuciła się na dużo bardziej swobodne i eksperymentalne granie.

Sypiący pomysłami jak z rękawa Sun na bazie transowego, psychodelicznego i dosyć awangardowego (nowatorska instrumentacja, poszukiwanie nowych brzmień, polirytmia, nieskrępowane użycie perkusji) free jazzu łączył przeróżne inspiracje. Często afrykańskie. Podobnie jak inni czarni muzycy (ruch AACM, nowojorski loft jazz) uważał muzykę za sposób manifestacji dumy z afroamerykańskiej tożsamości, bogatej historii i kultury. Podkreślał jej duchowy charakter. Wskazywał na afrykańskie korzenie jazzu.

Jednak chciał tworzyć muzykę uniwersalną, czytelną w każdym miejscu świata. Pomóc w tym miała wizualna, symboliczno-mistyczna otoczka: Sun Ra odwoływał się chętnie do egipskich znaków, wieszczył powrót tamtejszych bogów, wierzył w teleportację i numerologię. Występy grupy miały parateatralny charakter: jej członkowie, ubrani w kolorowe, odnoszące się do Egiptu i kosmosu togi oraz egzotyczne nakrycia głowy, grali na instrumentach, tańczyli, śpiewali, wchodzili między publiczność. Mogło to trwać kilka godzin. Miało parareligijny wydźwięk. Część muzyków mieszkała w wielkim domu swego przywódcy, stosując się do narzuconej przez niego ascezy (zakaz używania narkotyków i alkoholu). Tu odbywała próby i tu nagrywała płyty. Sun był ich niekwestionowanym liderem, człowiekiem, o którym do tej pory mówią z pełną sympatii czcią. O ile ich muzyka spotykała się z uznaniem, o tyle często pokpiwano z nawiedzonej,wręcz sekciarskiej otoczki. Z czasem coraz bardziej doceniono kulturowy wydźwięk tego niecodziennego i - trzeba przyznać - szalonego przedsięwzięcia.

Największym argumentem legitymującym legendę i wartość całego zjawiska jest kilkudziesięcioletni staż. Ci wiekowi muzycy wciąż mają w sobie wiarę i energię, która pozwala im przez trzy godziny trwania koncertu oddawać się muzycznym i duchowym uniesieniom. Co prawda, trudno ludziom z innego pokolenia, o innej mentalności i o bardziej nowoczesnym guście muzycznym, uczestniczyć z zapałem w świętowaniu, ale nie sposób nie patrzeć na to jedyne w swoim rodzaju zjawisko z fascynacją.

  • 23.03.2009, Warszawa, Fabryka Trzciny, godz. 20
.
  • 24.03.2009, Katowice, Jazz Klub Hipnoza, godz. 20
.
  • 25.03.2009, Bielsko Biała, Bielskie Centrum Kultury, godz. 18.
  • 
26.03.2009, Świdnica, Teatr Miejski, godz. 19.30

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj