Kulą w splot
Na ekrany kin wszedł od dawna oczekiwany „Baader-Meinhof”. Ale to nie film o terrorystach lat 70. jest wydarzeniem, lecz nowa debata o fanatycznej tęsknocie do krwawej rewolucji.
W dniu premiery berlińskie kina wypełniła w większości młoda publiczność. Chciała przejść – jak napisała szwajcarska „Neue Zürcher Zeitung” – przez jedno z trzech wielkich pól minowych niemieckiej historii najnowszej. Pierwsze to odpowiedzialność Niemców za hitleryzm, drugie to uwikłanie enerdowców w stalinizm, a trzecie to źródła i przyczyny terroryzmu w powojennej niemieckiej demokracji. I jak na potwierdzenie tej tezy tuż przed „Kompleksem...” pokazywano zajawki dwóch nowych filmów: „Walkirii” Toma Cruise’a – o nieudanym zamachu na Hitlera 20 lipca 1944 r., oraz „Anonimów” – o gwałtach żołnierzy radzieckich na Niemkach podczas ostatniej wojny. Czyżby była to sugestia, że terroryzm grupy Baader-Meinhof to bunt dzieci Hitlera przeciwko rodzicom nazistom? Nic podobnego. Twórcy „Kompleksu...” niczego nie wyjaśniają. W błyskawicznym skrócie opowiadają łańcuch wydarzeń z lat 1967–1977.

Film zaczyna się piosenką Janis Joplin „Boże, czy nie kupisz mi Mercedesa-Benza...” i sceną z 2 czerwca 1967 r. Na plaży nudystów wzięta dziennikarka Ulrike Meinhof z dwójką małych dzieci ogląda lukrowane zdjęcie cesarzowej Iranu. Wpada na pomysł jadowitego komentarza do wizyty szacha Iranu tego dnia w Berlinie Zachodnim. Za chwilę odczyta go na garden party w swej willi. Tyle że tę willę zaraz straci, bo porzuci męża, gdy go przyłapie in flagranti z jakąś nudystką.

Tego samego dnia w Berlinie, podczas brutalnej szarży na protestujących przeciwko wizycie szacha Iranu, jeden z policjantów strzałem w głowę zabija studenta. Równocześnie na południu Niemiec młoda dziewczyna, Gudrun Ensslin, z dzieckiem i narzeczonym, oburza się na swego ojca pastora za jego bierność wobec przemocy i niesprawiedliwości na świecie.

Obraz bez podtekstów

Potem dalsze migawki. Gorączkowy mityng, na którym studencki trybun, Rudi Dutschke, krzyczy, że należy przejść od legalnych akcji do nielegalnych aktów sabotażu, bo przemoc wobec ludzi nie jest uprawniona, ale wobec rzeczy – jak najbardziej. I znów na ekranie pojawia się Ensslin, ale już jako przyjaciółka dość szmirowatego lowelasa Andreasa Baadera, przygotowującego podpalenie domu towarowego. Potem będzie proces rozchichotanych podpalaczy i ich warunkowe zwolnienie. Ucieczka do Włoch. I powrót za namową adwokata przekonującego, że powstaje tajna grupa. Przypadkowe aresztowanie Baadera i wściekłość Ensslin, domagającej się od towarzyszy wyciągnięcia go na wolność.

Do tego miejsca film – choć doskonale zagrany – przypomina komiks. Nie szuka podtekstów. Sygnalizuje jedynie najprostsze związki przyczynowo-skutkowe. Najpierw bije i strzela policja. Potem studenci podpalają samochody rozwożące znienawidzoną bulwarówkę. A nad tym wszystkim love story niemieckich Bonnie and Clyde. Gudrun nazywa Andreasa Bejbi, on ją natomiast – Kotką. Ale to ona ma drajw, a nie on – zazdrosny, niedouczony, brutalny maminsynek.

Jedynie Meinhof jest w tym filmie postacią żywą i w gruncie rzeczy tragiczną. W swych felietonach domaga się czynu. Ale dręczy ją to, że produkuje jedynie słowa. W czasie procesu podpalaczy jest pod wrażeniem absolutnej bezkompromisowości Ensslin. Daje też temu wyraz w swych felietonach. Jednak gdy Bejbi w 1969 r. powtórnie trafi do więzienia, to właśnie Meinhof podsunie Kotce łatwy plan działania. Republika akurat próbuje więcej demokracji, więc w 1970 r. skazany podpalacz uzyskuje zgodę na podjęcie – pod strażą i kierownictwem dziennikarki – pracy naukowej w bibliotece instytutu socjologicznego. Tam wystarczy pomachać pistoletami. Jednak dochodzi do strzelaniny. Padają ofiary. A Ulrike Meinhof, która miała być jedynie przykrywką całej akcji, pod wpływem impulsu wyskakuje przez okno w ślad za uciekinierami. Miał to być skok ku samorealizacji poprzez udział w antyimperialistycznej wojnie. Okazał się skokiem ku śmierci wielu ludzi i samozniszczeniu.

Tak naprawdę Meinhof do tej grupy, którą media natychmiast nazwą jej imieniem, nie należy. Pojedzie wprawdzie ze wszystkimi do obozu partyzantów palestyńskich. Będzie też brała udział w napadach na bank. I drewnianym językiem formułowała ideologię Frakcji Czerwonej Armii (Rote Armee Fraktion, RAF). Ale będzie cierpieć z braku kontaktu z dziećmi. Podczas procesu nie wytrzyma stresu i świadomości, że zmarnowała swoje i cudze życie. Szykanowana przez resztę grupy powiesi się w celi w 1976 r.

Akcja bez impetu

Druga część to niemal wyłącznie kino akcji. Napady, zamachy bombowe, strzelaniny z policjantami. I wpadki niemal całej pierwszej generacji RAF, Baadera, Ensslin, Meinhof i innych. Potem proces. Niezbyt zgodna z prawem, psychicznie wyniszczająca totalna izolacja więźniów. I śmierć głodowa jednego z nich. Po czym akcje solidarnościowe drugiej generacji: zajęcie ambasady niemieckiej w Sztokholmie, egzekucje sędziów i przemysłowców jako przedstawicieli faszystoidalnego państwa.

Wreszcie, jesienią 1977 r., porwanie samolotu Lufthansy i przewodniczącego izby przemysłowców Hannsa-Martina Schleyera, by wymusić uwolnienie przywódców RAF z więzienia. Władze jednak się nie ugięły. W nocy, w której jednostka antyterrorystyczna odbiła w Mogadiszu samolot, uwalniając wszystkich pasażerów, czekający na wyjście na wolność więźniowie popełnili samobójstwa, pozorując morderstwo przez więzienny szwadron śmierci. Kilka dni później porywacze zastrzelili także Schleyera...

Cała ta historia jest dobrze znana z setek dokumentów, powieści i filmów. Toteż krytyka bez trudu wyłapała przemilczenia i przeinaczenia. W galopadzie filmowych obrazów nie ma słowa o tym, że u początków RAF była jedna z najpaskudniejszych prowokacji. To agent policji podrzucił terrorystom pierwsze materiały wybuchowe i pierwszą broń. Nie ma też mowy, że to administracyjny bałagan nie pozwolił uratować Schleyera. Zbagatelizowano wskazówkę, gdzie się znajduje.

Po premierze recenzje były niechętne, i to akurat w tych pismach, które uprzednio robiły „Kompleksowi...” klakę. Jak gdyby młodzi czekali na okazję, by dopiec redakcyjnej starszyźnie. „Spiegel-Online” grymasi: „Kino akcji, bez żadnego impetu”, „lekcja historii bez żadnego stanowiska”. „Frankfurter Allgemeine” jeszcze gorzej: „to tylko polit-porno”. W innych gazetach podobnie. „Więcej strzelaniny niż siły wybuchowej” – to „Zürcher Zeitung”. Dobrze pasuje do dominującego dziś trendu, pisze „Süddeutsche”: to tylko film... i to dość jałowy.

Więcej niż komiks

Zjawisko Baader-Meinhof dotyka jednak nazbyt głębokiego kompleksu, by je móc potraktować wyłącznie jako pirotechniczno-strzelecki komiks. Trzeba bowiem zrozumieć, co i dlaczego wówczas się w Niemczech działo. Z jakich pokładów bundesrepublikańskiej rzeczywistości wziął się ten paroksyzm przemocy młodzieży z dobrych domów oraz zdeklasowanych proletów? RAF dotknął w istocie splotu słonecznego niemieckiej samowiedzy i dlatego zajmowali się nim filozofowie, psycholodzy i socjolodzy, pisarze i filmowcy, nie licząc tabunów publicystów i dziennikarzy.

W swych właśnie wydanych wspomnieniach „Światło, cień i ruch” Volker Schlöndorff opisuje ołowianą atmosferę w republice po zamordowaniu Schleyera i samobójstwach w więziennych celach. Grupa znanych reżyserów w krótkim czasie nakręciła składankę „Niemiecka jesień”, która pozostaje klasykiem.

Schlöndorff wraz z Alexandrem Kluge filmował wtedy oba pogrzeby w Stuttgarcie: państwowy – Hannsa-Martina Schleyera, i pokątny – trójki terrorystów-samobójców. Oba były upiorne. Nad tym oficjalnym ciążył niemy wyrzut rodziny zamordowanego, że państwo z zimną krwią poświęciło go, nie godząc się na wymianę – choć uczyniono to rok wcześniej w podobnym wypadku. Nad drugim pogrzebem ciążyła zawiesina bezradnej nienawiści: kordon uzbrojonej po zęby policji, setki otępiałych sympatyków RAF. Żadnych mów. Tylko okrzyki pod adresem policji: Mordercy, mordercy!

Wspomina Schlöndorff: „Poprzedniego dnia szukając motywów pojechaliśmy na cmentarz. Strażnik otworzył trumny w kaplicy i spojrzeliśmy na trzy straszliwie zniekształcone twarze. W pośpiechu zrobiliśmy kilka zdjęć, których jednak nigdy nie opublikowaliśmy. Zbyt przerażające były te czaszki, sama skóra i kości. Zniekształciła je obdukcja. Czaszki przepiłowano, by wyciągnąć z nich mózgi, potem wypchano sianem i znów zaszyto. Rutynowe postępowanie, które jednak pozostawiło na czołach ukłucia niczym po koronie cierniowej...”.

To, że terroryści nie zostali anonimowo pogrzebani byle gdzie, było zasługą burmistrza Stuttgartu, syna feldmarszałka Rommla, zmuszonego przez Hitlera do samobójstwa za kontakty ze spiskowcami. Ten ludzki gest miał jednak swe granice. Christiane Ensslin daremnie walczyła o to, by jej siostrę pochowano razem z Baaderem. Bez świadectwa ślubu – niemożliwe.

Po pogrzebie Schlöndorff odwiedził rodziców terrorystki. Matka – siwowłosa pani pastorowa – przywitała reżysera słowami, że teraz zarówno zmarli, jak i republika mają wreszcie spokój. Po czym, wskazując na wiszący w przedpokoju obraz ukrzyżowanego, dodała z goryczą: „Jeśli już małe dzieci muszą patrzeć na coś takiego, to nie ma się czemu dziwić... Niech pan spojrzy na te krople krwi na pordzewiałych gwoździach. Są dokładnie na wysokości oczu sześciolatka”. Pastor Ensslin słuchał tego w milczeniu.

Takie sekwencje „Niemieckiej jesieni” na długo pozostają w pamięci. Podczas gdy wszystkie te kunsztownie pozorowane obrazy „Kompleksu...” przemkną bez śladu. To psychika tej „szóstki, która wypowiedziała wojnę sześćdziesięciu milionom” – jak mówił pisarz Heinrich Böll – a nie obrazy strzelaniny są tym, co naprawdę dręczy Niemców.

Kto robi historię?

I właśnie dlatego Schlöndorff nakręcił „Strajk” o Annie Walentynowicz i powstaniu Solidarności. Ten film był nie tylko hołdem dla polskich stoczniowców, ale i wielkim wyzwaniem, rzuconym pokręconej niemieckiej tęsknocie do rewolucji jako masakry dokonywanej przez garstkę fanatycznych sędziów i katów pewnych swych absolutnych racji.

„Nakręciłem »Strajk« – wspomina Schlöndorff – by odpowiedzieć sobie na pytanie: kto właściwie robi historię? Czy »wielcy ludzie«, jak Stalin, Churchill, Mao, Napoleon? Czy też historia powstaje z walki klas, z gry sił wewnątrz społeczeństwa? Czy też jest to heglowski Duch Czasu? Strajk w stoczni im. Lenina, który na dalszą metę spowodował pierestrojkę i upadek muru berlińskiego, a więc doprawdy wydarzenia wpływające na bieg historii światowej, spowodowała postawa jednego jedynego człowieka, który nawet nie miał programu. Czyż to możliwe, zastanawiałem się, by historię, podobnie jak i ewolucję, tworzyły jedynie minimalne mutacje?”.

Na polskim przykładzie bezkrwawej rewolucji niemiecki reżyser chciał obalić niemieckie tęsknoty do krwawej rozprawy w imię wartości absolutnych. Ten wnikliwie zrobiony film przeszedł jednak w Niemczech bez echa. W pewnej mierze zawiniła tu nasza własna małoduszność. Gdy film padł w Polsce, zbojkotowany w wyniku walk między weteranami strajku, został także zignorowany w Niemczech.

Teraz Niemcy przeżuwają swoją własną rewolucję – niedokonaną, ale za to krwawą. Stefan Aust, były naczelny „Spiegla” i autor scenariusza, płakał ze wzruszenia, gdy zobaczył na ekranie swoją młodość. Zaś Uli Edel, reżyser „Kompleksu”, przyznał, że podziwiał kiedyś Ulrikę Meinhof i dla jej komentarzy kupował „Konkret”. Pamięta jej słynne zdanie: „Człowiek w mundurze to świnia, i oczywiście wolno strzelać!”.

Dziś wróg jest nieuchwytny – ciągnie Edel – ale wtedy był konkretny: „filozofowie Szkoły Frankfurckiej twierdzili, że kapitalizm monopolistyczny nieuchronnie doprowadzi do nowego faszyzmu. Najpierw zastrzelono Kinga, potem Che Guevarę, następnie postrzelono Dutschkego, zamordowano także Roberta Kennedy’ego. W Mexico City za jednym zamachem skoszono 500 demonstrantów. I to wszystko w ciągu kilku tygodni. A przecież wciąż trwała wojna w Wietnamie, w Hiszpanii panowała dyktatura, w Portugalii – także, a w Grecji właśnie ją wprowadzono”. To w takim momencie garstka straceńców wypowiedziała wojnę niepewnej jeszcze niemieckiej demokracji.

Pokolenie smętnych

Ale przecież to historia dzisiejszych emerytów. Co doświadczenie RAF przekazuje dwudziestolatkom, którzy ją odgrywają na ekranie? Przemoc prowadzi donikąd, mówi Moritz Bleibtreu, który w „Kompleksie...” gra Baadera. Jednak upadek socjalizmu w 1989 r. pokazał, że także inna droga wychodzenia z kapitalizmu prowadzi w ślepą uliczkę. Jesteśmy generacją niemrawą i smutną. Dowodem tego są protesty alterglobalistów w czasie szczytów G8. Ale co mam robić? Naśladować RAF? Przecież przemoc jest nieskuteczna. A bez przemocy także niczego nie można osiągnąć.

Młodzi wcale nie chorują na tumiwisizm – zarzeka się Bleibtreu. Im po prostu brak wyraźnych perspektyw. Wtedy było dziesięć razy mniej powodów do rewolucji niż teraz – mówi. Ale dziś nie wiadomo, na czym skupiać energię. Ulotki? Łańcuch ludzi dobrej woli z płonącymi świeczkami w rękach? Jednak wściekłość w nas jest. Moja odpowiedź jest względnie pragmatyczna. W tym kapitalistycznym systemie, w którym mnoży się zarówno bogactwo, jak i bieda, jakoś musimy się do siebie zbliżyć i pomóc sobie nawzajem.

Ale to wszystko jest poza „Kompleksem...”, który żadnych pytań nie stawia i na żadne nie próbuje odpowiedzieć.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj