Rozmowa z Leszkiem Możdżerem
Muzyka jest używką
"Lubię się przebrać na scenę. Bez żadnego opakowania może wystąpić tylko bardzo charyzmatyczny muzyk " - mówi pianista i kompozytor

Katarzyna Janowska: - Mieszkanie w starej wrocławskiej kamienicy, kuchnia z dużym stołem, zapach, właśnie, czego?

Leszek Możdżer: - Kapuśniaku.

OK. Powinien być zapach ciasta, ale niech będzie kapuśniak. To jest twój dom?

Hm. Pojęcie domu jest dla mnie trochę niejasne. Nie wiem, co to jest dom. Miejsce, gdzie się trzyma swoje rzeczy?

Też, ale oprócz tego ktoś tam na nas czeka. Powinieneś wiedzieć, co to jest dom, bo w dzieciństwie taki miałeś. Pochodzisz z przykładnej gdańskiej rodziny. Mama informatyk, tata inżynier, siostra, babcia, z którą miałeś czułe relacje - to nie był dom?

Był, ale ja już tam nie mieszkam.

Czyli może w twoim adresie najważniejsze jest to, że mieszkasz naprzeciwko dworca?

Pewnie tak. Przyzwyczaiłem się, że jestem w trasie i mój dom jest tam, gdzie akurat się zatrzymałem. Trenuję w sobie zaufanie do życia.

Co to znaczy?

Jest mnóstwo ludzi pełnych podejrzliwości, którzy uważają, że wszyscy chcą ich oszukać. Ja tak nie chcę. Uważam, że świat jest miejscem bezpiecznym.

Zazdroszczę. Naprawdę tak myślisz? Nie widzisz, co się dzieje?

Negatywne wydarzenia są taką rzadkością, że pokazuje się je w dziennikach telewizyjnych. Kiedy tylko się orientuję, że odczuwam lęk, wtedy świadomie wzbudzam w sobie poczucie bezpieczeństwa. Zdarza mi się odczuwać strach przed koncertem, na ulicy, przed rozmową z nieznajomymi. Ale nie dam sobie wmówić, że świat jest zły, bo nie jest.

A ta bliska osoba, która mogłaby czekać na ciebie? Nie czeka?

Być z kimś, to nie znaczy tylko mieć klucze do tego samego mieszkania. W ubiegłym roku 80 proc. czasu spędziłem w trasie. Poza tym, dopóki nie nauczę się w pełni panować nad emocjami i nie obwiniać za nie innych, nie stworzę domu takiego, jaki bym chciał. Na razie mi to nie wychodzi.

Wspominałeś kiedyś, że chodzisz na psychoterapię, że pracujesz nad sobą. Próbujesz złapać równowagę w życiu?

Aby żyć w równowadze, trzeba nad tym nieustannie pracować. Jestem bardzo emocjonalnym człowiekiem i w tej chwili zależy mi, by żyć świadomie ze swoimi emocjami. Najbardziej poukładani wydają się ci wszyscy, którzy wypowiadają się na temat wartości życia. Ale zdaję sobie sprawę, że to też często jest show, że gdyby zajrzeć do ich prywatności, to pewnie nie wszystko wygląda tak prosto jak w ich poradach. Jakiś czas temu uważałem, że kultura Wschodu, gdzie energia twórcza poszła w rozpoznanie procesu życia, jest bardziej wartościowa niż nasza. Ale teraz myślę, że możemy się uczyć od siebie nawzajem.
 
Inspiracje i mistrzowie 
 

Kiedyś byłeś bardzo religijny. Napisałeś kompozycję „Talk to Jesus". To miała być modlitwa?

Chciałem, żeby tak było. Nadal jestem religijny, tylko w inny sposób. Z dala od instytucjonalnej religii. Boga się nie da zapisać na papierze. On jest funkcją świadomości, albo inaczej - jest czystą świadomością. Staram się wzbudzać w sobie wdzięczność za wszystko, co mam. To jest moja modlitwa. Kiedy zbliża się moment, w którym mógłbym popaść w depresję, dziękuję za to, że widzę, że słyszę, że czuję, że mam zdrowe ciało, że mam buty, jadę taksówką i mnie na to stać. To mi pomaga.

Napisałeś ostatnio utwór „Missa Gratiatoria". Msza to kompozycja jak każda inna?

Na pewno nie. Ten tekst ma wielką siłę. Wibruje duchowością ludzi, którzy go przez wieki wypowiadali. Pisząc muzykę, musiałem kontemplować każdą jego sylabę. Mocno to przeżywałem.

Jest w tej kompozycji radość, lekkość, ale w końcu napisałeś „Mszę" na 35-lecie Akademickiego Chóru Uniwersytetu Gdańskiego. Użyłeś instrumentów, które odsyłają do tradycji Wschodu. Jesteś zadowolony z tego, co wyszło?

Bardzo. Przy wyborze instrumentów kierowałem się doświadczeniami z koncertów w kościele. Pracowałem jako organista i wiem, że instrumenty, które są głośne i poruszają się w dolnych rejestrach, nie sprawdzają się w takiej akustyce. Dlatego postanowiłem napisać mszę na wysoko brzmiące instrumenty perkusyjne, posiadające mocny punkt na początku dźwięku, który stopniowo się rozchodzi.

Zastanawiasz się, jak twoja „Msza" ma się do tego, co stworzyli twoi poprzednicy?

Kompletnie mnie to nie interesuje. Mam nadzieję, że ta muzyka będzie się dobrze sprawdzała w czasie, że się nie zestarzeje. Jest dobrze nagrana, czuje się włożoną w nią energię. Jest równa, nie rozpada się na pojedyncze kompozycje. Jestem spokojny o tę płytę, nie ma się czego wstydzić.

Keith Jarrett po kilkudziesięciu latach grania doszedł do wniosku, że nie da się być dobrym pianistą zarówno jazzowym, jak i klasycznym. Nie żal ci klasycznej drogi? Pani profesor w szkole muzycznej powiedziała ci, że jak będziesz się bardzo przykładał, to może zostaniesz kimś znaczącym na Wybrzeżu. Widzę, że się śmiejesz.

Wtedy zrozumiałem, że to mnie nie interesuje. Czasami gram klasyczną muzykę, ale ona wymaga żmudnych ćwiczeń, wielokrotnych wykonań, szlifowania repertuaru. Zgadzam się z Jarrettem, że to są różne specjalizacje, choć akurat gdyby on się poświęcił muzyce klasycznej, byłby z pewnością wybitnym pianistą. Ja oczywiście też ćwiczę tyle, na ile pozwala mi czas i warunki w trasie. Daleko co prawda nie zaszedłem w muzyce poważnej, ale wiem, że są podobieństwa między graniem klasyki i jazzu. W obu przypadkach ważne jest, żeby na scenie przestać myśleć. Tylko grać.

Grałeś z Lesterem Bowie, Tymańskim, Stańką, Preisnerem, Makowiczem - to byli twoi mistrzowie?

Na pewno tak. Od każdego się czegoś nauczyłem. Tymon, w czasach zespołu Miłość, był głową naszego stada. Przez niego poznałem Lestera Bowie, który był potężnym gościem. Dużo od nas starszy, miał więcej doświadczenia, ogromną charyzmę i dystans do siebie.
Im więcej muzyków poznaję, tym bardziej się przekonuję, że nie chodzi o to, aby się napinać, nie chodzi o występy. Pracowałem ostatnio z muzykami w Anglii; z Davidem Gilmourem, z Philem Manzanerą nagrałem płytę „Firebird V11". To spotkanie było dla mnie lekcją procesu powstawania muzyki. Przekonałem się, że najlepiej jest, kiedy to się dzieje w prosty, naturalny sposób. Muzyka jest czymś prostym i zwykłym, staram się nie przejmować tą całą otoczką, tylko grać i tyle.
 
Ego musi być silne
  

Kiedy widzę cię na scenie, to odnoszę wrażenie, że ta otoczka nie jest dla ciebie bez znaczenia. Oglądałam niedawno stary koncert Chata Bakera. Zniszczony życiem bezzębny facet w rozciągniętym swetrze po prostu gra na trąbce. Nie ma w tym show. Jest tylko genialna trąbka. Dziś już się nie da zaistnieć bez opakowania?

A co jest więcej u mnie?

Fryzura, garnitury. Mam cię komplementować?

Nie mam żadnej fryzury, po prostu zapuściłem włosy. Ubieram się w garnitury, bo uważam, że scena jest miejscem odświętnym. To jest mój kostium, lubię się przebrać na scenę. Bez żadnego opakowania może wystąpić tylko bardzo charyzmatyczny muzyk. Poza tym uważam, że skoro ludzie płacą za bilet, to należy im się szacunek. W kontaktach międzyludzkich ważne jest pierwsze wrażenie, a ono jest tylko jedno. Po chwili grania ludzie zapominają, jak wygląda artysta. Koncentrują się na muzyce.

A ty nie jesteś charyzmatyczny? Brak ci pewności siebie?

Pracuję nad tym, ale równocześnie wiem, że jeżeli będę za bardzo pompował swoje ego, to prędzej czy później będę miał kłopoty. Ego musi być silne, żeby móc cokolwiek stworzyć, ale nie da się na nim zbudować poczucia wartości. Ja to już przerabiałem. Otaczanie się pięknymi kobietami, udzielanie wywiadów, dbanie o swój wygląd to teatr, który nie daje mi szczęścia, bo wokół wszystko się zmienia, czas płynie i każdy wizerunek prędzej czy później się roztrzaska. To jest nieuniknione.

Osho powiedział, że moment, w którym poczujesz się tylko sobą, będzie najszczęśliwszy w twoim życiu. Doświadczyłem tego i rzeczywiście chwila uświadomienia sobie, że jest się sobą w ciele, daje przyjemność, jakiej nie da się z niczym porównać. Zdaję sobie sprawę, że moje życie jest w dużej mierze efektem kreacji, że uczestniczę w różnych poziomach iluzji, ale staram się, by były one piękne i zabawne. Pamiętam, że wszystko, co myślę, czego życzę innym, odkłada się w moim osobistym magazynie wyobraźni, a to oznacza, że taką, a nie inną energię noszę w sobie. I to jest waluta, którą wypuszczam na zewnątrz. Inni odpłacają mi tymi sami monetami.

Medytujesz?

Ćwiczę oddech. Świadomy oddech jest dla mnie synonimem szczęścia.
 
Fazy przyjaźni
  

Adam Makowicz, z którym zagrałeś koncert w Carnegie Hall reklamowany jako pojedynek pianistów, jest dla ciebie mistrzem?

O tak, dzięki niemu przekonałem się, jak dużo jeszcze nie umiem. On jest Bruce'em Lee klawiatury, siedzi w temacie bardzo głęboko. Wspomniałaś o pojedynku. Zabawne, że moja świadomość przyjęła tę symbolikę. Po powrocie z koncertu wybrałem się do dentysty, który zresztą skasował całą moją wypłatę z Carnegie Hall i przez kilka dni po wizycie u niego byłem tak opuchnięty i posiniaczony, jakbym rzeczywiście odbył pojedynek.

Musisz uważać na podświadomość. Przyjaźniłeś się przez kilka lat ze Zbigniewem Prei­snerem, od niego też się czegoś nauczyłeś?

Nauczyłem się od niego mnóstwa rzeczy. Umiejętności budowania melodii, która składa się z pojedynczych nut. Jazz ma niestety tendencję do inflacji melodii i wyrzucania całych kaskad dźwięków. U Preisnera natomiast pojedynczy dźwięk ma bardzo duże znaczenie. Nauczyłem się znaczenia ciszy w muzyce, nauczyłem się robić wyśmienite spaghetti i tego, że w mieszkaniu ważne jest dobre oświetlenie, nauczyłem się przyciągać do siebie duże sumy pieniędzy oraz najważniejsze: czego nie należy robić w życiu.

Ale przyjaźń się skończyła?

Raczej przeszła w inną fazę. W pewnym momencie postanowiłem sprawdzać wszystko sam. Każdy jest inny, jesteśmy niepowtarzalni, w związku z tym reguły są wspólne tylko do pewnego momentu, potem trzeba już zacząć kreować własne. W przeciwnym razie zasilimy armię zuniformizowanych żołnierzy.

Ładnie wybrnąłeś z tego pytania. Masz przyjaciół? Przyjaźń to wymagająca więź.

Nie obarczałbym przyjaźni jakimiś szczególnymi wymaganiami. Nie chciałbym, żeby przyjaźń była kontraktem, z którego trzeba się wywiązywać. U mnie przyjaźnie wydarzają się spontanicznie. Dużo podróżuję, często mam wrażenie, że ludzie spotkani po raz pierwszy są moimi przyjaciółmi. Czasem, kiedy gra się z kimś na scenie, wytwarza się tak niesamowite porozumienie, zaufanie i w końcu wdzięczność za wspólne przeżycie, że potem w garderobie czujemy się skrępowani, bo uświadamiamy sobie, że tak naprawdę w ogóle się nie znamy i nie mamy sobie nic do powiedzenia.

Zohar Fresco, Lars Danielsson, twoi muzyczni partnerzy z płyty „The Time", to też przyjaciele?

Spędzamy w trasie mnóstwo czasu razem i oczywiście wtedy poznaje się także te strony osobowości, które mają mniej wdzięku, ale ciągle się lubimy. W trasie jest tak, że albo się musisz śpieszyć, albo musisz czekać. Trzeba dźwigać graty, przemieszczać się nieustannie, ale w sumie lubię tak żyć. Na szczęście w samolocie dobrze się penetruje własną świadomość, więc mam na to sporo czasu w podróży.
 
Dozuję wodę sodową
 

Nagrody, zdjęcia w kolorowych pismach, wywiady - to cię ciągle kręci? Sukces ciągle tak samo smakuje?

Sukces owszem kręci, ale traktuję go instrumentalnie, wiem, z czego jest zrobiony, więc ostrożnie sobie dozuję wodę sodową. Kiedy parę lat temu zaczął się ruch wokół mojej osoby, przeprowadziłem się do Wrocławia i zamieszkałem z przyjaciółmi. Chciałem mieć wokół siebie ludzi, którzy dadzą mi właściwe proporcje dla tego, co się działo. Kiedy się zaczyna robić tzw. karierę, pojawiają się pochlebcy, jacyś mętni ludzie, złodziejaszki. Trzeba się umieć w tym rozeznać. W tej chwili jest mi już łatwiej, coraz mniej mnie to kosztuje. Zawsze powtarzam, że dopóki nie docenisz swojego odrapanego taboretu w kuchni, nie będziesz szczęśliwy.

Wolisz grać w kameralnych salach czy przed 15-tysięcznym audytorium, jakie miałeś w Chile?

Jest mi to obojętne. Przy parotysięcznej widowni zaczyna się odczuwać na scenie dużą samotność, ale to też ma swój urok. Samotność trzeba zaakceptować, inaczej nie ma co marzyć, że skończą się depresje. Ale podczas koncertów zdarzają się czasem takie emocjonalne przejażdżki, że ciągnę za sobą kilkaset osób, jesteśmy razem, przynajmniej mnie się tak wydaje. Bywa, że to złudzenie, ale na przykład podczas koncertów z zespołem Miłość poczucie wspólnoty, nawet ekstazy, zdarzało się naprawdę.

Podejrzewam, że zespół Miłość ciągnął za sobą sporo osób także po koncercie.

Nigdy nie byłem za mocny w imprezowaniu. Byłem grzecznym chłopcem, który po koncercie wracał do domu. Dopiero teraz zacząłem mieć odwagę, by kosztować tych wszystkich rzeczy. Wcześniej sobie z tym nie radziłem.

Jesteś nieśmiały?

Do niedawna owszem, szczególnie w kontaktach z płcią piękną. Kompletnie sobie z tym nie radziłem. Na szczęście nauczyłem się podstawowych technik kontaktowania się z kobietami.

No chyba żartujesz? Ty, gwiazda, musisz się uciekać do jakichś technik?

Oczywiście, jest mi trochę łatwiej ze względu na scenę, ale kobiety bardzo zwracają uwagę na mowę ciała i tego się uczyłem. Trzeba być rozluźnionym, odchylać się od kobiety, kiedy się z nią rozmawia, swobodnie okazywać emocje. Niby proste, a zabrało mi rok, żeby się tego nauczyć. Ta praca zaowocowała osiągnięciem porozumienia i harmonii z samym sobą. Większość kobiet bezbłędnie widzi, kto kłamie, poznają to po ruchach ciała. Atrakcyjny mężczyzna jest radosny, silny, szczery i pewny siebie. Wcale nie musi być wysoki, ładny ani mieć złoconej fury. Cenną radą była też dla mnie sentencja mówiąca, żeby ustawić na właściwym miejscu miłość do matki. Jeżeli przywróci się matce należne jej miejsce w swoim sercu, to wszystkie relacje z kobietami zaczynają się uzdrawiać. Długo byłem pozamykanym, nieszczęśliwym człowiekiem.

Nieszczęśliwym?

Bardzo. Wydawało mi się, że wszystko, co mi się przytrafia, to jest kompletnie nie to. Dopiero od niedawna uważam, że jest w porządku, że jestem we właściwym miejscu.
 
Stare własne brzmienie
 

Przeglądałam twoją dyskografię - liczba projektów, w których bierzesz udział, jest porażająca.

No, niestety. To ma swoje dobre i złe strony, bo niektóre moje płyty są po prostu gówniane. Ale wychodziłem z założenia, że trzeba robić jak najwięcej, bo tworzenie jest jak sianie nasion: niektóre się przyjmują, niektóre nie, ale przy każdym projekcie czegoś się uczę. A zresztą w pewnym okresie mojego życia, kiedy nie radziłem sobie ze sobą, praca była formą ucieczki.

Twój ulubiony Miles Davis napisał „Kind of Blue", czyli swój the best, około trzydziestki. Twój najważniejszy utwór chyba ciągle przed tobą?

Czas pokaże. Płyta „Piano" okazała się sukcesem po siedmiu latach leżenia w szufladzie. Nikt nie chciał jej wydać. A kiedy się ukazała, w jednej z recenzji przeczytałem, że wreszcie odnalazłem własne brzmienie. Śmiałem się, bo to znaczy, że odnalazłem je już siedem lat wcześniej.

Dawno nie wydałeś solowej płyty.

No bo zacząłem się bardziej zajmować życiem. Wcześniej starałem się teoretycznie rozkminić warsztat muzyczny. Teraz wiem, że nie o to chodzi.

Piszesz bardzo dużo muzyki dla innych. Z twoich planów wynika, że w tym roku swojej płyty nie nagrasz.

Ja w ogólne nie mam żadnych planów. Nie mogę się koncentrować tylko na muzyce, która zresztą jest używką jak każda inna. Odkąd uzmysłowiłem sobie, że muzyka to używka, o wiele łatwiej mi się pracuje.

Widzę, że się wkurzasz, kiedy dopytuję o płytę?

Bo jest jakaś presja. Robiłem dużo, było źle. Robię mało, jest źle. A ja nagram jeszcze dziesiątki płyt. A tak na marginesie, mam szczere przekonanie, że cała muzyka przepadnie, wszystkie płyty, książki, encyklopedie. Wszystko kiedyś się skończy. Muzyki jest tak dużo na świecie, że dlaczego jeszcze ja mam coś dokładać do tego kotła bulgoczącego z nadprodukcji. Robię to oczywiście, bo lubię zajmować się muzyką, bo jestem w tym dobry, nic innego nie umiem, ale chcę to robić na luzie. Osho powiedział, żeby nie traktować świata jak poczekalni, tylko jako swój dom, który trzeba nieustannie upiększać po to, aby ci, którzy przyjdą po nas, mieszkali w piękniejszym miejscu. Mam poza tym poczucie, że swoją muzyką dokładam coś do dorobku polskiego narodu.
 
Ojczyzna, praca, zabawa
 

Jesteś patriotą?

Tak. Płacę podatki w Polsce i chcę być polskim artystą.

Dumny jesteś ze swojego kraju?

Jakbym się urodził Szwedem, to byłbym szwedzkim patriotą.

Łatwo ulegasz nałogom?

Nie, chociaż przez wiele lat byłem pracoholikiem, ale wynikało to z mojego wewnętrznego poczucia cierpienia. Uciekałem od tego w pracę. Zresztą pracoholizm jest chyba najzdrowszym nałogiem, bo przynajmniej przyniesie ci jakieś realne owoce, a nie tylko wyniszczy twój organizm.

Kilka lat temu, podczas pisania „Transopery. Romeo i Julia" dla Teatru Muzycznego w Gdyni, wyglądałeś na totalnie wyniszczonego pracą. Zaniedbany, wychudzony, z niezapłaconymi rachunkami. Dziś już potrafisz o siebie zadbać? Miło mieszkasz, budujesz studio nagrań pod Wrocławiem.

Wtedy miałem takie przekonanie, że wielka sztuka musi powstawać w cierpieniu. W naszym kraju, którego religijnym symbolem jest człowiek przybity gwoździami do krzyża, takie myślenie jest na porządku dziennym. Teraz uważam, że jest to wierutna bzdura, bo o wiele łatwiej i przyjemniej tworzy się w poczuciu szczęścia i spełnienia. Zacząłem sobie radzić z codziennymi sprawami, choć pieniądze ciągle gdzieś mi przeciekają, ale nie martwię się tym.

Piszesz muzykę dla teatru. Ostatnio do „Operetki" w reżyserii Michała Zadary, spektaklu Grzegorza Jarzyny, teraz przymierzasz się do „Idioty" Dostojewskiego w reżyserii Wojciecha Kościelniaka w Teatrze Muzycznym Capitol we Wrocławiu.

Do teatru wszedłem z ciekawości. Tam muzyka ma dopełnić czyjąś wizję, rozegrać się między scenami, chwilami być tłem. Przez jakiś czas myślałem, że teatr uczy mnie umiejętności działania w grupie, ale tego uczy też np. pchanie samochodu, więc nie trzeba koniecznie pracować w teatrze. Ja to po prostu lubię. „Idiotę" Dostojewskiego czytałem parę razy, kiedyś nawet się identyfikowałem z księciem Myszkinem. Każdy chciałby być taki czysty jak on, choć pewnie rzadko się to udaje. Niemal każdy cierpi na jakieś objawy skorumpowania. Ale z drugiej strony, nawet jak popełniamy błędy, to pozostajemy czyści, bo przecież chyba nikt nikomu nie chce tak naprawdę zrobić krzywdy. Dla mnie i tak najważniejsze jest to, żeby spokojnie oddychać i oglądać to, co mam w głowie.

Mówiłeś, że są muzycy, którzy popychają muzykę do przodu. A ty?

Nie myślę o tym, nie chcę nic popychać. Ale też wiem, że muzycy, którzy stworzyli coś nowego, rzadko mieli tego świadomość. Odkrycia zdarzały się z przypadku. Ktoś nie dojechał na nagranie, zabrakło jakiegoś instrumentu i trzeba było coś wymyślić. Ważne, żeby nie ograniczać swojej wyobraźni. Motto: „Jeżeli chcesz być kimś - musisz być nikim", bardzo mi odpowiada. Jak się zawierzy wyobrażeniom na własny temat, to się jest wielkim co najwyżej na miarę swoich wyobrażeń. Jeśli się odpuści, to można być wielkim jak cały świat, a przede wszystkim można reagować adekwatnie w każdej sytuacji. Nie chcę muzyki traktować jak pracy. Ona jest funkcją mojego istnienia. Teraz najbardziej cieszy mnie kreowanie własnego mieszkania, łazienki, spotkań z ludźmi, nawet przesyłek pocztowych. Chcę się dobrze bawić.

Fotografie: Leszek Zych
  

  • SZTUKA ŻYCIA - wydanie 3. Zobacz, co proponujemy w najnowszym dodatku do POLITYKI  

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj