Karpi śpiew
Zespół Shakin’ Dudi prowadzi akcję przeciwko playbackowi. To dobra okazja, by przyjrzeć się zjawisku udawanego śpiewania i grania.

Shakin’Dudi to rock’n’rollowe wcielenie Irka Dudka, który tak oto uzasadnia sens antyplaybackowej akcji: „Właśnie mija 25 lat od pierwszego koncertu Shakin’Dudi. Przez ten cały okres nigdy nie zagraliśmy koncertu z playbacku. Ba, nawet nie posiadamy profesjonalnie przygotowanych nagrań do takiego playbackowego czy też półplaybackowego oszustwa. (...) Przez ostatni rok dużo koncertowaliśmy po naszym pięknym kraju. I prawie wszędzie spotykaliśmy »artystów«, którzy zamiast rzetelnie śpiewać i grać, puszczali swoją muzykę z playbacku. A potem ruszali ustami jak karp przed Wigilią i udawali, że występują na żywo. Tragedia!”.

Publiczność nie zawsze wie, że wykonawca, zamiast śpiewać, „robi karpia”, ale generalnie playbacku nie lubi, o czym świadczą wpisy na stronie internetowej poświęconej akcji Irka Dudka i jego kolegów z zespołu.

Zbigniew Hołdys, który ostatnio występuje w telewizyjnej Dwójce w roli jurora programu „Hit Generator”, wytknął niedawno udzielającemu się tam zespołowi Pectus, że ten nie jest do końca uczciwy, bo używa dźwięków gitary akustycznej, a na scenie jej nie widać. – To faktycznie nie było uczciwe – powiada Hołdys – bo odtworzony został cały ślad gitary bardzo ważny dla tej piosenki, a w „Hit Generatorze” wykonawcy zobowiązują się, że będą grać na żywo.

Co do oceny samego fenomenu playbacku Hołdys nie jest radykałem: – Świat powinien być wolny, więc niech każdy występuje, jak chce, chodzi tylko o to, by nie wprowadzać ludzi w błąd. Powinni wiedzieć, czy ktoś gra z playbacku, czy nie, i informacja: „Uwaga, koncert z playbacku”, powinna znajdować się na biletach na imprezy.

Hołdys uważa, że nieźle radzą sobie z tym Amerykanie, bo w USA obowiązuje prawo, które rozróżnia pojęcia koncertu i show. Koncert jest popisem umiejętności, więc musi odbywać się na żywo, show jest widowiskiem, więc nie musi.

Niekiedy zdarza się, że specyfika widowiska uniemożliwia granie na żywo. Podczas ceremonii zaprzysiężenia Baracka Obamy cała muzyka miała być na żywo, ale z powodu zbyt niskiej temperatury trzeba było skorzystać z techniki w przypadku utworu wykonywanego przez wiolonczelistów Yo Yo Ma i Itzhaka Perlmana. Choć ci wybitni artyści faktycznie grali na swoich instrumentach, telewidzowie na całym świecie słyszeli dźwięki z playbacku.

Z udogodnień technicznych tego typu korzysta w czasie swoich koncertów Madonna. Jej występy jednak nie bez przyczyny określane są mianem show, bo polegają, jak wiadomo, na łączeniu w jedną całość muzyki i choreograficznych akrobacji. Będziemy mogli to sprawdzić 15 sierpnia w czasie warszawskiego koncertu artystki.

Epoka playbacku

Kiedy w połowie lat 60. Beatlesi zauważyli, że zgiełk widowni skutecznie zagłusza ich muzykę, postanowili zrezygnować z koncertów. Szanujący się band rockowy żadną miarą nie mógł sobie wówczas pozwolić na jakiekolwiek skojarzenia z rewią. Wszystko zmieniło się w latach 80., czyli okresie zwanym epoką MTV. To właśnie telewizja muzyczna z jej coraz bardziej wymyślnymi teledyskami przyczyniła się najwydatniej do tego, że koncert muzyki popularnej stał się spektaklem audiowizualnym z rozbudowaną scenografią, choreografią, efektami specjalnymi, a w rezultacie także z koniecznością wspomagania się playbackiem.

W efekcie w 1990 r. doszło do niebywałej kompromitacji show-biznesu. Otóż nagrodę Grammy otrzymał wówczas zespół Milli Vanilli, którego przystojni wokaliści okazali się zaledwie aktorami w teledyskach, zaś piosenki śpiewał za nich ktoś zupełnie inny. Założyciel tej osobliwej grupy producent muzyczny Frank Farian musiał w końcu przyznać, że chodziło o to, jak chłopaki się prezentują, a nie o to, czy umieją śpiewać. Cóż, nagrodę Grammy odebrano spryciarzom, co jest ewenementem w całej jej historii.

Na wpadce Milli Vanilli sprawa się jednak nie kończy. Okazało się bowiem, że i współcześnie estradowi celebryci w tajemnicy przed publiką udają, że śpiewają. Zdarza się tak nawet Britney Spears, zdarza się (vide: występ w Polsce kilka lat temu) Enrique Iglesiasowi. I choć wszyscy mieli wielką uciechę w momencie, kiedy zdemaskowano kompletny brak talentu wokalnego naszej rodzimej Mandaryny, tak naprawdę mało kto się dziwił, że ta, równie jak Madonna, roztańczona artystka dyskoteki musi stosować playback, bo po prostu inaczej nie umie. Tym bardziej nie powinniśmy się dziwić, że przecież nawet w dawnych czasach playback był w Polsce stosowany na potęgę. Dość przypomnieć telewizyjne programy muzyczno-rozrywkowe z lat 70. Konieczna była żywa publiczność, żywi konferansjerzy, ale piosenkarze z zasady robili karpia. Robił to nawet zespół Abba, zaproszony wówczas do naszej telewizji. Zdarzało się też, że nie całkiem na żywo, bo na przykład z tak zwanego półplaybacku, występowały zagraniczne gwiazdy festiwalu sopockiego.

Dziś jednak najwyraźniej koniunktura się przegrzała. Najpierw telewizje zachodnie, a ostatnio także i nasze coraz częściej unikają playbacku. Charakterystyczne, że nie ma playbacku nawet w programach typu talk-show. Czy to u Szymona Majewskiego, czy u Kuby Wojewódzkiego muzyka gra na żywo. Przybywa za to programów w rodzaju „Mam talent”, gdzie ocenie podlega właśnie umiejętność śpiewania. Całkiem słusznie zatem oburzają się internauci popierający akcję Irka Dudka, kiedy dowiadują się o playbackowych popisach Ryszarda Rynkowskiego czy Stachursky’ego. No bo skoro w telewizji, słynącej dawniej z playbackowego szaleństwa, rzeczona praktyka usuwa się w cień historii, to dlaczego ma pokutować na festynach i trasach koncertowych?

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj