szukaj
Polska w dresach
Zekranizowana przez Xawerego Żuławskiego „Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną” to kolejny przyczynek do debaty nad mentalną kondycją rodaków.

Książkowy debiut maturzystki z Wejherowa wywołał siedem lat temu niebywałą burzę. Opinia podzieliła się na entuzjastów talentu Doroty Masłowskiej i obrażonych strażników literackiej poprawności. Masłowskiej uhonorowanej Paszportem „Polityki” zarzucano fascynację moralną zgnilizną i fałszowanie obrazu Polski i Polaków, a przy okazji braki warsztatowe. Książka została szybko zaetykietowana jako „powieść dresiarska”, bo odkryto, że Silny – narrator i bohater – to dresiarz, czyli reprezentant wyjątkowo niesympatycznej subkultury. W książce nie padają słowa „dresiarz”, „dresiarstwo”, a jednak monolog Silnego został odebrany w charakterze dresiarskiej autoprezentacji. W filmie nie ma już żadnych wątpliwości – grający Silnego Borys Szyc jest ogolonym na łyso mięśniakiem ubranym w dres z napisem Polska.

 

Istnieje ciekawy i chyba jedyny w swoim rodzaju dokument relacjonujący przebieg powstawania książki „Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną”. To „Netnowela. Kronika wojenna” – zbiór listów e-mailowych, które Dorota Masłowska wysyłała swojemu wydawcy Pawłowi Duninowi-Wąsowiczowi, coś w rodzaju blogu. I tam właśnie, a nie w wydanej potem książce, pojawia się przywołany dosłownie wątek dresiarski. „Dres mieszka u mnie w żołądku i odzywa się przeze mnie” – pisze Masłowska w „Netnoweli”, komentując pisarskie zabiegi w kreowaniu wizerunku Silnego. Nie ma zatem wielkiego błędu w zaakcentowaniu przez Xawerego Żuławskiego motywu dresu i dresiarstwa. Tyle że najmniej chodzi tu o strój i subkulturowy folklor. Raczej o stan ducha i społeczny wizerunek bohatera. Żuławski wychwycił to celnie i nieźle umiał pokazać.

Filmowy Silny wygląda zatem jak typowy „dres” i jak typowy dres się zachowuje. Aby to docenić, należałoby przypomnieć sobie co nieco o owym subkulturowym fenomenie. Otóż pojawił się on w pierwszym pięcioleciu III RP jako specyficzna sukcesja po dawniejszych agresywnych subkulturach: gitowcach i skinach. Wizerunek mięśniaka w dresie i sportowym obuwiu z łańcuchem na szyi upowszechnił się zwłaszcza wśród tych młodych ludzi, dla których atrakcyjnym wzorem był gangster, „człowiek z miasta”, czyli żołnierz mafii, złodziej samochodów, rewolwerowiec i paker, który czas wolny spędza głównie na siłowni (pakuje mięśnie). W 1998 r., kiedy Dorota Masłowska rozpoczynała naukę w szkole średniej, zespół Dezerter, legenda polskiego punk rocka, śpiewał: „Dresy przyszły ze wschodu/nie z Ameryki i nie z zachodu”. Rzeczywiście, była to subkultura o osobliwie swojskim charakterze, manifestacyjnie niezależna od trendów obowiązujących w modnych klubach muzycznych Warszawy czy Trójmiasta, wyraźnie plebejska i naznaczona piętnem odrzucenia. Dresiarz miał zakaz wstępu do większości topowych lokali rozrywkowych. Stosowne tablice przed wejściem informowały, że nie wpuszcza się osób w sportowych butach i czapkach bejsbolówkach.

Styl dresiarski zdominował sporą część zaniedbanej społecznie młodzieży, stał się niezwykle popularny nie tylko na prowincji, ale i w wielkomiejskich blokowiskach. Wmontował się w estetyczny chaos kultury bazarów, festynów i dyskotek. Zdominował nie tylko środowiska gangstersko-przestępcze, ale również młodociany żywioł drobnych handlarzy, uczniów zawodówek oraz fanów disco polo. Był elementem kulturowego galimatiasu wytworzonego przez nowe pisma młodzieżowe i koniunkturę na konsumpcjonizm.

Życie na spidzie

Film Żuławskiego, notabene dość wiernie odwzorowujący książkę, pokazuje cały ten entourage. Widzimy przeto hiperkiczowate, prowincjonalne wybory miss sponsorowane przez lokalnego biznesmena, który jest „właścicielem wytwórni piasku”, mamy też festyn i koncert disco polo, małe miasto z klockami domów wybudowanymi jeszcze za Gierka i nowobogackie zamknięte osiedle z identycznymi białymi niby-willami, z których każda ma taką samą niby-kolonialną kolumnadę. Przede wszystkim jednak obserwujemy bohaterów, którzy do tego świata należą. Oto Silny. W zasadzie nie wiadomo, czym się zajmuje. Przed dziewczynami szpanuje, że ma „fabrykę wesołych miasteczek”. Pewne jest tylko to, że żyje na spidzie, czyli amfetaminie, być może gdzieś pokątnie załatwia drobne interesy. Mieszka w domu rodziców, którzy na co dzień pracują, a w weekendy grillują. Kobiety, które spotyka, z reguły mają jakiś problem w radzeniu sobie z rzeczywistością. Magda, dziewczyna Silnego, nastawiona głównie na nowe znajomości, kompletnie zagubiona, jest kimś w rodzaju zdegradowanej Emmy Bovary. Andżela, która traci z Silnym dziewictwo: trochę satanistka, trochę anarchistka, poza tym wegetarianka i (deklaratywnie) zwolenniczka radykalnej ekologii. Natasza, ekstremalna konsumentka amfy, typowa dresiara z flagą Polski naszytą na kurtce. Ala, religijna, naiwna, próbująca wydobyć z Silnego ukryte głęboko dobro, co się oczywiście nie udaje. Żadna z nich nie wie do końca, w co wierzyć, z czym się utożsamiać. Rządzą nimi emocje i używki.

 

Wszyscy wokół mówią o wojnie polsko-ruskiej, która toczy się od jakiegoś już czasu, choć trudno powiedzieć czym się przejawia. Nie ma tu przecież prawdziwej, militarnej batalii, oddziałów wojska, wybuchu bomb. Może jest jakiś rodzaj tajemnej okupacji, ale raczej w sferze duchowej niż innej. Tytułowa metafora owej wojny zarówno w książce, jak i w filmie odsyła nie do polityki, ale do psychiki. Poniekąd też do kultury. Owszem, mityczni „Ruscy” są w pewnym sensie realni jako przybysze ze wschodu – handlarze, sezonowi robotnicy czy gangsterzy. Ciągnie się za nimi historyczna zaszłość z sowieckiej przeszłości, ale akurat o tym prawie wcale się nie mówi. Mówi się za to o podrabianych towarach z przemytu – fałszowanych papierosach czy tandetnym sidingu, który, zdaniem Magdy, ozdabia dom Silnego. „Ruscy” to przede wszystkim metafora tandety właśnie. Tandety i obciachu. Ale kiedy Dorota Masłowska pisała swoją książkę, dresiarska młodzież posługiwała się już nieco innym skojarzeniem wokół hasła „Ruscy”. Otóż było to skojarzenie z mafią i ta rosyjska mafia na początku obecnej dekady stała się nawet tematem polskich sensacyjnych seriali telewizyjnych. Poczucie kulturowej wyższości w stosunku do „Ruskiego”, raczej powszechne w czasach PRL, uległo pewnej neutralizacji: mafioso ze wschodu nie był już śmieszny, biedny i skomunizowany, ale groźny i bogaty, a to naszemu dresowi musiało imponować.

„Dresy przyszły ze wschodu”. Rzeczywiście, dres jako strój na co dzień należał do atrybutów przybyłych ze wschodu handlarzy ze Stadionu Dziesięciolecia. Jeszcze wcześniej, w dekadzie gierkowskiej, cieszył się dużą popularnością wśród odwiedzających Polskę turystów z NRD. Pod tym względem piosenka Dezertera mówi prawdę. W tym kontekście filmowa (i książkowa) wojna polsko-ruska nabiera znaczenia symbolicznej walki w łonie tej samej estetyki i – w gruncie rzeczy – takiej samej kultury, a właściwie subkultury: postkomunistycznej, będącej ubocznym produktem fundamentalnej zmiany.

Koniec dresu

Wypowiadane przez Silnego kwestie nie bardzo pasują do utrwalonego stereotypu dresiarza. Bohater „Wojny polsko-ruskiej” powtarza, że jest antyglobalistą, deklaruje również niechęć do obcego kapitału, nacjonalizm przeplata mu się z kosmopolityzmem, a dystans do mitycznych „Ruskich” raczej nie ma u niego charakteru ksenofobicznego. Realny, subkulturowy dresiarz byłby słabo zainteresowany tymi wszystkimi problemami, a jeśli już coś by słownie manifestował, to nienawiść do wszelakiej obcości. Silny jest, jak wszystko wskazuje, nosicielem ponadsubkulturowej cechy odkrytej niegdyś u młodych Polaków – śmietnika symbolicznego. Jest to syndrom całkowitego braku spójności między deklarowanymi wartościami a orientacją życiową, do czego jeszcze dochodzi wyrywkowe i chaotyczne traktowanie wszelkich możliwych ideologii. Silny wypowiada dużo słów, używa też pojęć o znaczeniu ogólnym, ale nie rozumie ich sensu. Nie jest to i nie była bynajmniej przypadłość li tylko dresiarzy, o czym wie każdy pracownik szkolnictwa z nauczycielami akademickimi włącznie.

Dzieło Żuławskiego i Masłowskiej (która pojawia się w filmie osobiście między innymi w roli policyjnej protokolantki) nie jest jednak wiwisekcją konkretnej subkultury. Oboje dobrze wiedzą, że dziś prawdziwych dresiarzy już nie ma. Ich miejsce zajęli najpierw hiphopowi blokersi, a potem chuligani bez wyraźnej identyfikacji subkulturowej. Silny ucieleśniony przez Szyca, podobnie jak cała rzeczywistość w filmie pokazana, ma charakter bardziej paraboliczny niż dosłowny. Symbolizuje, jak powiedziałby zmarły niedawno papież postmodernizmu Jean Baudrillard, „pustynię sensów”, szczególnego rodzaju koniec świata, osobliwą (już nie z Konwickiego) „małą Apokalipsę”. Ten świat ginie w nastroju komediowym, w tonie niskim, a nie wzniosłym. Wiele jest w tym filmie scen naprawdę śmiesznych, ale owa śmieszność buduje się na radykalnej krytyce stanu rzeczy. Jest chaos, czyli nie ma nic – i z tego się śmiejemy.

 

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj