szukaj
Gwiazda spadnie na Bródno
Stworzyć słońce może tylko Bóg lub artysta. Ten drugi nazywa się Olafur Eliasson. Jego słońce zabłysło przed sześciu laty w londyńskiej Tate Gallery i obejrzało je wówczas 2 mln osób. Artysta wybiera się też do nas.

Eliasson pokaże swoje prace w Poznaniu i Warszawie. Nowego słońca na żadnym firmamencie nie zawiesi, ale i tak warto zwrócić na niego uwagę. I to z kilku powodów. Przede wszystkim dlatego, że to jedna z najbardziej błyskotliwych karier ostatniej dekady. W najbardziej prestiżowym rankingu najważniejszych żyjących twórców (Kunstkompass) od trzech lat okupuje dziewiąte miejsce i ciągle jest zdecydowanie najmłodszym twórcą w pierwszej dziesiątce, choć dziś ma już 42 lata. Cóż, droga na światowe szczyty jest na ogół bardzo długa. O tym, jak daleko zaszedł Eliasson, może świadczyć fakt, że we wspomnianym zestawieniu wyprzedza takie gwiazdy światowej sztuki, jak Bill Viola, Matthew Barney, Damien Hirst czy Christo.

W jego CV nic nie pasuje do typowego wizerunku artysty. Rodzice pochodzą z Islandii, on urodził się i wychował w Danii; oba kraje raczej nie kojarzą się ze współczesną sztuką. Matka była krawcową, ojciec – kucharzem, a zatem i tutaj nie mamy punktu zaczepienia. Podobnie jak i w młodości samego Eliassona; jako nastolatka znacznie bardziej od dzieł Picassa interesował go breakdance, a w rytmicznych wygibasach sięgnął nawet po tytuł mistrza Skandynawii. Także jego wygląd nie zdradza artysty wizjonera. Bardziej przypomina profesora matematyki lub tłumacza z języków orientalnych. A jednak Eliasson nie tylko osiągnął uprzywilejowaną pozycję wśród światowych artystów, ale też na jego – wręcz wzorcowym – przykładzie można właściwie uczyć studentów mechanizmów i tendencji we współczesnej sztuce.

Zaskoczenie

Mechanizm pierwszy to spektakularność działań artystycznych. Czy to nam się podoba, czy nie, w dzisiejszej sztuce pozostaje coraz mniej miejsca na takie walory, jak wyrafinowanie, subtelność, intelektualna konstrukcja. Liczy się natomiast rozmach, zaskoczenie, kosztochłonność i pracochłonność przedsięwzięcia, niezwykłość itd. Kocha to publika, kochają i krytycy.

Dziś to, co niegdyś było wyjątkowe, staje się regułą. Zaskoczenie (obok wywołania skandalu, na czym np. karierę zrobił Hirst i cała jego formacja) pozwala być dostrzeżonym i wyłowionym z tłumu innych artystów. Nic dziwnego, że stało się jednym z podstawowych sposobów budowania kariery i elementem gry o widza. Nie wszystkim jednak się udaje. Eliassonowi się udało dzięki dwóm spektakularnym realizacjom, które mocno pchnęły jego karierę do przodu. Pierwsza, niewątpliwie ważniejsza, to „The Weather Project”, wspomniane sztuczne słońce, zawieszone w gigantycznej tzw. Sali Turbin Tate Modern. Efekt był tak sugestywny, że wielu widzów godzinami wylegiwało się pod nim jak na plaży. Tym bardziej że 3 tys. m kw. sufitu pokryto lustrami, wręcz zachęcającymi do patrzenia w to także sztuczne, odbijające nasz obraz, niebo.

I projekt drugi: cztery ogromne sztuczne wodospady, ustawione przed rokiem nad East River w Nowym Jorku. Każdy wysokości ponad 30 m, pompujący 100 tys. litrów wody na minutę. To dzieło już tylko utrwaliło pozycję duńskiego wizjonera.

Miał szczęście? Idealnie trafił w gusty, sentymenty i potrzeby widzów? Trudno powiedzieć, czy oba przedsięwzięcia były elementem świadomej strategii marketingowej, czy spontanicznej kreacji, ale na pewno go rozsławiły. Teraz artysta może już zmuszać widzów do namysłu nad bardziej subtelnymi projektami, których – na szczęście – też mu nie brakuje.

Warsztat

Kwestia druga to nowoczesny warsztat pracy. Przez ostatnie stulecia obowiązywał romantyczny paradygmat artysty, w samotności i twórczym szale tworzącego dzieła. Dziś powraca model średniowieczno-renesansowo-barokowy mistrza i pracowni. Pierwszy odświeżył ów model chyba Andy Warhol, bezczelnie wykorzystujący licznych znajomych i fanów do nużącej pracy nad kolejnymi serigrafiami. Pupilek mediów Damien Hirst w specjalnie założonej firmie Science Ltd zatrudnia ponad 120 osób, które produkują jego dzieła sztuki, mistrz zaś często zatwierdza je do sprzedaży wyłącznie na podstawie przesłanych Internetem zdjęć (co nie przeszkadza mu brać za nie dziesiątki i setki tysięcy dolarów). Prace wideoartu Matthew Barneya, choć zaliczane do świata sztuki, a nie kinematografii, przygotowywane są przez ogromne, wyspecjalizowane ekipy fachowców.

Przykłady można by mnożyć, bo praktycznie nie ma już artysty ze światowej czołówki, który nie wspierałby się w swej twórczości mniejszym lub większym zespołem pomocników. Wiele artystycznych instalacji to spore wyzwanie dla speców od komputerów i efektów specjalnych.

Podobnie jest z Eliassonem. W berlińskiej pracowni zatrudnia 40 osób. Stolarzy, elektryków, ślusarzy, ale też inżynierów optyków, elektroników, informatyków, matematyków itp. Bo współczesna sztuka coraz więcej ma w sobie z magii i iluzji. By nią oczarować widza, potrzeba wsparcia fachowców. Artysta ma ideę, a inni kombinują, jak najlepiej wprowadzić ją w życie. Nowojorskie wodospady kosztowały 15 mln dol., a większość tych pieniędzy została wydana na czysto inżynieryjne prace. Ale zatrudnił Eliasson także zespół złożony z prawników, specjalistów od PR i marketingu, którzy dbają, by artystyczne intencje twórcy zostały właściwie odczytane przez krytykę, media i publiczność oraz natychmiast interweniują, jeżeli uznają, że owe interpretacje odbiegają od wizji samego Eliassona. Należy on bowiem, wraz z Hirstem, Koonsem czy Tracey Emin, do wąskiego grona artystów, którzy funkcjonują już medialnie podobnie jak gwiazdy estrady lub kina i wymagają podobnej jak one oprawy.
 


Biznes

Gdzież te czasy, gdy twórca poważnie traktujący swą pracę brzydził się wszelkimi komercyjnymi przedsięwzięciami i związkami z biznesem, przemysłem, handlem. Dziś żadnych barier już nie ma. Przyjmowanie handlowych zamówień nie tylko nie hańbi, ale jest wręcz jednym ze świadectw sukcesu. Damien Hirst projektował dżinsy, Takashi Murakami – wzorki na torbach Louisa Vuittona. Artystyczne wizje butelek wódki Absolut kreowały już na zamówienie dziesiątki wybitnych twórców, od Andy’ego Warhola po naszego Mirosława Bałkę.

Gwiazdy sztuki bez skrępowania projektują flakony perfum, loga firm, wspierają swym talentem kampanie reklamowe itd. Eliasson nie jest wyjątkiem. W 2007 r. z wielkimi fanfarami pokazano światu zaprojektowany przez twórcę samochód przyszłości marki BMW. A właściwie artystyczną wariację napędzanego wodorem pojazdu, otulonego w kokon ze stali i lodu.

Rok wcześniej zaprojektował dla Vuittona specjalne lampy, które ozdobiły witryny wszystkich firmowych sklepów przed świętami Bożego Narodzenia. Cały zysk z tego przedsięwzięcia trafił na cel charytatywny (pomoc dzieciom z Etiopii) i przynajmniej to różni Eliassona od innych gwiazd plastyki, które kooperują z wielkimi koncernami tylko w celach komercyjnych.

Przesłanie

Krytycy lubią pisać o sztuce Eliassona, bo dostarcza wdzięcznego przedmiotu do interpretacji. Artysta najchętniej sięga po materiały naturalne: wodę, lód, powietrze, światło, ziemię. Ale w swych instalacjach wykorzystuje też przeróżne zdobycze techniki. W pewnym sensie zaciera więc granice między tym co sztuczne a tym co naturalne. Cóż to może znaczyć? Czy stara się uwznioślić naturę i zdeprecjonować cywilizację? A może na odwrót? Może marzy mu się zatarcie granicy między tymi światami? A może jedynie ubiera w efektowny kostium duchowości i natury całkiem inne problemy: ludzkiej percepcji przestrzeni, światła, barw, zjawisk natury. Każe bawić się mgłą i tęczą lub opalać przy sztucznym słońcu, by dociekać, jak nasza fizjologia i prawa fizyki potrafią omamić i zwodzić, co jest prawdą, a co fałszem?

Tak czy inaczej, Eliasson uprawia sztukę, jaka w ostatnich czasach zdaje się podbijać międzynarodową widownię. Efektowną, łatwą w odbiorze, niosącą proste i słuszne przesłania, z wyraźnym ukłonem w stronę popkultury, jednak nie prostacką. Chwytającą za serce, ale sprawiającą też wrażenie niepozbawionej intelektualnego ładunku. A przede wszystkim wysyłającą do publiczności wyraźny komunikat: jestem dla ludzi. Artysta zresztą wielokrotnie i przy różnych okazjach deklarował, że tworzy z myślą o dostarczaniu przyjemności innym, że jego miejsce jest nie przed dziełem, ale daleko za nim. „W pewnym sensie przywróciłem mieszkańcom Nowego Jorku ich rzekę” – stwierdzał z satysfakcją po uruchomieniu wodospadów. A większości prac nadaje nazwy zawierające wyraz „your” (twój). Jednym słowem, pokorny sługa widowni, wszelako czerpiący z tego niemałe profity.

Kalejdoskop

Olafur Eliasson dotychczas prezentował się w Polsce tylko raz. W 2005 r., zaledwie rok po oszałamiającym sukcesie londyńskiego słońca, przyjął zaproszenie Fundacji Galerii Foksal. W jej niewielkiej galerii zbudował współczesny model camery obscury, rzutujący odwrócony obraz Pałacu Kultury z portretem papieża.

W najbliższym czasie przypadkowo spotkają się w Polsce aż dwa projekty sygnowane nazwiskiem Eliassona. W końcu maja w poznańskim Starym Browarze pokazanych zostanie kilka prac duńskiego artysty. Część to zapisy wideo, część – prace na papierze, a wszystkie dotyczą tego, co Eliassona frapuje od dawna – postrzegania przestrzeni i konstruowania obrazów w naszej świadomości. Natomiast na warszawskim Bródnie (druga połowa czerwca) zapowiada się otwarcie Parku Rzeźby. Jego inicjatorem jest Paweł Althamer, a wśród pierwszych prac znajdzie się dzieło Eliassona „Kalejdoskop lodowy”.

Na razie wiadomo o nim tylko tyle, że będzie to zagłębiona w ziemi na ok. 2,5 m instalacja, dzięki której „będzie można odnieść wrażenie obcowania ze spadającą gwiazdą”. Ciekawe, czy także przyciągnie 2 mln widzów?
 

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj