Całkiem ludzki cyborg
Do kin wchodzi właśnie czwarta część „Terminatora” i pierwsza, w której Arnold Schwarzenegger nie zagrał głównej roli.

Nowego „Terminatora” wyreżyserował McG, mało znany reżyser, którego nazwisko może kojarzyć się tylko z klapą, jaką były zrealizowane przez niego kilka lat temu „Aniołki Charliego. Zawrotna prędkość”. „Terminator: Ocalenie” raczej klapą nie będzie. Po nieudanej trójce, która stała się niezamierzoną parodią poprzedniczek, film McG nie wypada najgorzej. Autorzy zapowiadali, że to początek nowej trylogii, więc warto zobaczyć, jak wyobrażają sobie kontynuację i czy zdecydowali się wrócić do dzieła Jamesa Camerona, reżysera dwóch pierwszych „Terminatorów”.

„Terminator: Ocalenie”, w którym Schwarzenegger pojawia się tylko na chwilę (jego postać została wygenerowana komputerowo z pierwszego „Terminatora”), rozgrywa się w 2018 r. w postapokaliptycznej przyszłości, w której maszyny dążą do całkowitego wyniszczenia ludzi. Na każdym kroku widać tu znane motywy z innych filmów s.f. Wielka, dwunoga maszyna, pojawiająca się na pustyni, to oczywiste nawiązanie do „Transformers”, pościgi po wymarłych drogach – do „Mad Maxa”, ludzie chwytani masowo do ogromnych, przenośnych klatek – to obrazek z „Wojny światów”. Wygląda to trochę tak, jakby McG, nie mając własnych pomysłów, wykorzystał te, które wcześniej już się sprawdziły.

Jest jednak w nowym „Terminatorze” postać intrygująca, która wnosi do całej historii coś świeżego. To cyborg przekonany o tym, że jest człowiekiem, i który staje po stronie ludzi, bo czuje się wśród nich jak wśród swoich. Został zbudowany z połączenia ciała skruszonego zbrodniarza i najnowszych mikroprocesorów. Trudno w tym wątku nie dostrzec elementów jednej z wersji legendy o Golemie: w filmie McG bohater ten buntuje się przeciwko konstruktorowi, próbując ratować resztki swojego człowieczeństwa. Dzięki tej postaci fabuła ciekawie się komplikuje, a odpowiedź na pytanie, kim może być w tej wojnie przeciwnik człowieka, staje się mniej jednoznaczna niż dotychczas.

Zrodzony ze snu

Pomysł na postać Terminatora zrodził się z koszmarnego snu, który James Cameron miał na początku lat 80., gdy któregoś lata w Rzymie leżał w łóżku z gorączką. Obraz ze snu przeniósł wkrótce na papier. Wychodzący z płomieni cyborg kształtem przypomina człowieka, ale od razu można poznać, że jego szkielet jest metalowy. Motyw cyborga w płomieniach pojawił się potem zresztą w pierwszym „Terminatorze” (1984) – w scenie wybuchu cysterny.

Cameron nigdy nie ukrywał fascynacji człekokształtnymi maszynami, ale zdecydował się nakręcić ten film przede wszystkim po to, aby prześcignąć wszystko, co dotychczas opowiedziano o tego rodzaju robotach. Reżyser – jak sam wspomina – chciał zobaczyć na ekranie doskonałą w formie maszynę. Czas, w którym powstawał scenariusz, dodawał tej koncepcji głębszych znaczeń. Postępująca komputeryzacja, wykorzystująca na przykład najnowsze zdobycze nanotechnologii, kazała już wówczas się zastanowić, do czego doprowadzi postęp i czy zawsze nowe osiągnięcia naukowe będą człowiekowi służyć. Dochodziła do tego wielka polityka – początek prezydentury Ronalda Reagana i kolejna faza zimnej wojny.

Reżyser stworzył w „Terminatorze” wizję przyszłości, w której maszyny – kierowane przez komputer Skynet, zbudowany niegdyś na potrzeby wojska – buntują się przeciw ludziom, chcąc doprowadzić do ich zagłady. Po wojnie nuklearnej ci, którzy pozostali przy życiu, kryją się w podziemnych bunkrach, tropieni przez maszyny. Ich ostatnią nadzieją jest John Connor, który wie, jak walczyć z Terminatorami i kierującym nimi komputerem. Maszyny, które wiedzą, że schwytanie Connora w 2029 r. niewiele zmieni, decydują się wysłać w przeszłość Terminatora, który zabije matkę Johna, Sarah, jeszcze przed jego narodzinami. Terminator (model T-800) wyglądem przypomina człowieka. Ludzie zdobywają urządzenie do podróży w czasie i w ślad za cyborgiem wysyłają w przeszłość samotnego wojownika Kyle’a Reese’a, który ma bronić Sarah. Do starcia dojdzie w majową noc 1984 r.

Kyle ratował Sarah przed Terminatorem, a jednocześnie został ojcem Johna. Dorosły John z przyszłości oczywiście o tym wiedział, musiał więc zdawać sobie sprawę, że wysyła do 1984 r. swojego przyszłego ojca, w dodatku na pewną śmierć. Z kolei naukowcy z naszych czasów nigdy nie zaczęliby zaawansowanych badań nad budową człekokształtnej maszyny, gdyby nie znaleźli roztrzaskanego procesora z tego egzemplarza Terminatora, który miał zgładzić Sarah.

Arnold nieruchoma twarz

W pierwszym filmie cyklu Cameron przeprowadził zawoalowaną krytykę pędu ku mechanizacji. Walka Reese’a i Sarah z Terminatorem jest właściwie do końca walką straceńczą, bowiem maszyny dostępne w 1984 r. działają prawie zawsze na korzyść cyborga z przyszłości. Terminator spogląda na panoramę Los Angeles jak zdobywca.

W roli cyborga Cameron obsadził Arnolda Schwarzeneggera, który kilkoma propozycjami rozwiązań aktorskich ostatecznie ustalił nieludzki charakter tej postaci. Terminator nie wykonywał żadnego zbędnego ruchu, a jego twarz przez cały film pozostawała nieruchoma. Dla Schwarzeneggera była to rola życia, nic dziwnego, że to przede wszystkim on namawiał Camerona na nakręcenie drugiej części filmu. Reżyser dość długo się wahał. Przekonał go w dużym stopniu postęp w tworzeniu efektów specjalnych. W pierwszym, kosztującym zaledwie 6 mln dol., „Terminatorze” musiał zrezygnować z kilku pomysłów fabularnych tylko dlatego, że miał ograniczone środki finansowe i możliwości techniczne. Przy sequelu nie chciał być już niczym skrępowany. Dostał 200 mln dol. i mógł wprowadzić do fabuły zupełnie nowego cyborga T-1000 z płynnego metalu. Programy do efektów specjalnych Morph i Make Sticky pozwoliły pokazać model Terminatora, który dowolnie zmienia kształty i wyłania się na przykład z podłogi w szpitalu.

W „Terminatorze 2” (1991), rozgrywającym się 10 lat po wydarzeniach z poprzedniej części, Cameron pokazał rzeczywistość, w której maszyny przejmują wprawdzie coraz więcej zadań człowieka, lecz ten stopniowo uczy się, jak nad nimi panować, by nigdy nie wymknęły się spod kontroli. Tę zmianę widać przede wszystkim w pojawiającej się po raz kolejny postaci Terminatora T-800, który choć został zniszczony w pierwszym filmie, w sequelu wraca jako następny egzemplarz tego samego, produkowanego taśmowo modelu – oczywiście z twarzą Schwarzeneggera. Tym razem jego zadaniem nie jest walka przeciwko ludziom, lecz ochrona dziesięcioletniego Johna, którego matkę miał zabić jego poprzednik. T-800 został zaprogramowany tak, by wykonywać rozkazy Connora. John jest zafascynowany własnym Terminatorem, a jednocześnie pełen obaw, które podsyca w nim matka – że cyborg stanie się prędzej czy później ich przeciwnikiem. Dopiero gdy oboje zdobywają absolutną pewność, że panują nad decyzjami Terminatora i że ten będzie walczył o ich życie do końca, zaczynają mu ufać; chłopiec nawet się z nim zaprzyjaźnia.

Terminator z dwójki uczy się ludzkich odruchów, sposobu mówienia. I choć nie będzie w stanie nigdy odczuwać, zaczyna odróżniać ludzkie emocje. A jego gest samounicestwienia zamykający film można odczytywać również jako wyraz świadomości zagrożenia, jakie mimo wszystko stanowi dla ludzi.

To jeszcze nie koniec

Amerykańscy krytycy zarzucali nawet Cameronowi, że zbyt uczłowieczył Terminatora. Ale tak naprawdę filmowy T-800 ani na chwilę nie przekroczył ram programu, zakładającego po prostu możliwie najdoskonalszą adaptację do otoczenia. Nawet gdy Sarah zaczyna widzieć w Terminatorze najlepszego kandydata na przyszywanego ojca Johna, widzi w nim po prostu maszynę bez ludzkich słabości, kogoś, kto „nigdy nie uderzy Johna, nigdy na niego nie krzyknie, zawsze będzie miał dla niego czas”.

W drugim „Terminatorze” Cameron pokazał, czym może stać się maszyna, jeśli człowiek nią odpowiednio pokieruje. Uspokajający był ogólny ton filmu: to człowiek nadal dominuje w tej relacji, od niego wszystko zależy. Sarah i John – z pomocą cyborga – niszczyli zalążek Skynetu i nie dopuszczali do wybuchu wojny. W teraźniejszości nie pozostawał praktycznie żaden ślad po tej wersji przyszłości, w której maszyny przejmowały kontrolę nad światem. Taki finał uniemożliwiał właściwie nakręcenie jakiejkolwiek sensownej kontynuacji. Sam Cameron od razu zapowiedział zresztą, że nie zamierza kręcić kolejnego „Terminatora”. W 1996 r. wyreżyserował jeszcze tylko kilkunastominutowy „T2-3D: Battle accross time”, w którym Terminator wraz z Johnem wyruszają w przyszłość. Film był pokazywany wyłącznie w siedzibie Universal Studios jako główny element trójwymiarowego show.

Jednak w 2003 r. Jonatan Mostow wyreżyserował trzecią część na podstawie scenariusza Johna Branicato i Michaela Ferrisa. Film, zgodnie z przewidywaniami, nie wyszedł poza schemat, który wykorzystał Cameron w swoich filmach: do naszych czasów zostaje przysłany obrońca Johna oraz cyborg, który ma go zabić. Ale co nowego w ramach tego schematu można było wymyślić? Było więc dużo prawdy w twierdzeniu, że właściwie cykl o Terminatorach skończył się wraz z wycofaniem Camerona. Ale nie dla producentów… Dla telewizji nakręcono dwie serie serialu „Kroniki Sarah Connor”, który odnosił się do wydarzeń z drugiej części filmu. Słaba oglądalność spowodowała jednak, że stacja FOX zdecydowała się zakończyć produkcję.

Kinowy „Terminator” to jednak co innego. Na promocję czwartej części poszły dziesiątki milionów, dlatego McG wydaje się pewny sukcesu i tego, że wyreżyseruje kolejne wersje. Zdradza już nawet, że w „Terminatorze 5” powróci cyborg z płynnego metalu.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj