szukaj
Kazania księdza Józefa Tischnera
Myśli o nadziei
Z tekstami księdza Józefa Tischnera jest jak z winem – im starsze, tym lepsze.
Wojciech Druszcz/Agencja Gazeta

Gdybyśmy nie wiedzieli, że wydany właśnie przez Znak tom „Wiara ze słuchania” jest zbiorem kazań wygłoszonych przez krakowskiego księdza w latach 1980–1992 w kościele sióstr klarysek w Starym Sączu, to dalibyśmy sobie odciąć rękę, że są to teksty, które powstały teraz, by opisać nasze burzliwe czasy, by obudzić w człowieku, który lęka się o swoje jutro, nadzieję i by pozwolić nam zrozumieć, z jak pokrzywionego drzewa wystrugana jest istota ludzka. Od razu zapytacie, jak to możliwe?

Pierwsza odpowiedź jest prosta: Tischner to Tischner. Miał on w sobie jakiś niezwykły dar przyciągania ludzi. Dostrzegł to Antoni Kępiński, filozof, lekarz i psychiatra. Tischner powtarzał, że odczuwał lęk wobec swojego mistrza, gdy miał odwiedzić go w szpitalu. Bał się, że zabraknie mu odpowiednich słów. Kiedy stanął w progu, to Kępiński pierwszy rzucił: „Bo wiesz co... Bo ty masz taką uzdrawiającą gębę”.

Po drugie, w obecności Tischnera człowiek chciał być lepszy. Jest prawdą, że – szczególnie już w wolnej Polsce – ksiądz profesor stał się medialną gwiazdą. Jego wielkość nie na tym jednak polegała, że był częstym gościem szklanego ekranu. Chodzi o to, że w rozmowie z nim człowiek przestawał być anonimowy. Tischner potrafił wydobyć ze swego rozmówcy to, co w nim najszlachetniejsze. Przy nim po prostu ludzie chcieli być nie tymi, którymi byli, ale tym i, którymi mogli być, gdyby tylko „chcieli chcieć”.

I wreszcie – Tischner jest nasz. To znaczy: góral z krwi i kości, Polak z miłości. Za Norwidem wciąż mówi: „Ojczyzna to wielki zbiorowy obowiązek”. Nie byłby tym, kim był, gdyby nie Słowacki, Wyspiański czy Norwid, którzy wciąż współmyślą z Tischnerem na kartach „Wiary ze słuchania”. Ale nie byłby także tym, kim był, gdyby nie góry. Górskie szlaki stawały się miejscem narodzin idei filozoficznych. Tischner pisać wychodził w góry. Zmagał się z nimi, jak drwal zmaga się z karczowaniem lasu. „Po wielu latach chodzenia po górach i bycia w nich zrodziła się we mnie pewna filozoficzna przestrzeń. Dostrzegłem, że poprzez przestrzeń wyraża się idea wolności człowieka. Myśl tę można wyrazić prosto – jaka jest Twoja przestrzeń, taka jest Twoja wolność”.

Co ważne: w polskości Tischnera nie ma lęków i fobii. Polskość znaczyła dla niego otwarty umysł i czyste serce. Dlatego chciał być filozofem Sarmatów. „W mojej naturze leży egoizm – napisze przewrotnie. – Nie mam zamiaru ratować nadziei Niemców, pokazując im Husserla, ani Francuzów, ucząc ich Bergsona czy Ricoeura. Ja sam jednak nie mogę nie znać tych panów. Powinienem ich znać, bo z tego może być pożytek przy szukaniu odpowiedzi zrodzonych na tej ziemi. Egoizm jest zawsze źródłem ciasnoty. Wybrałem, aby być ciasnym i tępym filozofem Sarmatów”.

Ale Tischner był też księdzem i kaznodzieją. Tyle że kapłaństwo nie stanowiło dla niego celu życia, a jedynie środek do celu, którym było ratowanie ludzkiej nadziei. Świadectwem tej hierarchii wartości jest dowcip, jaki Tischner opowiedział kiedyś na swój temat, ściągając na siebie święte oburzenie. Zapytany, czy bardziej czuje się księdzem, czy filozofem, rzucił: „Najpierw czuję się człowiekiem, potem filozofem, a dopiero na trzecim miejscu księdzem”. Czy jednak nie był to tylko kolejny błyskotliwy bon mot?

Tych, którzy znali Tischnera, nie trzeba przekonywać, że to nie był pusty frazes. Nigdy nie mówił kazań tonem nieznoszącym sprzeciwu. On nie tyle mówił do ludzi czy ponad głowami ludzi, ale rozmawiał z ludźmi. Jak człowiek z człowiekiem. Wierzył, że przepowiadania Dobrej Nowiny nie można sprowadzać do powtarzania utartych banałów, wypracowanych przez teologię moralną, nauczanie papieży czy odczytywanie biskupich listów. Dobra Nowina w jego interpretacji jest próbą odpowiedzi na bóle, jakie nosi w sobie człowiek, na dramaty, które sprawiają, że ziemia usuwa mu się spod nóg. Czy zadanie kaznodziei polega więc na tym, by człowieka w tych cierpieniach i grzechach pognębić, czy też rzucić mu koło ratunkowe?

Zazwyczaj słyszymy, idąc do Kościoła, jacy to źli jesteśmy, jak bardzo nikczemni i grzeszni. Kaznodzieja, mówi Tischner, wchodząc na ambonę, widzi przed sobą nie tyle ludzi, ale grzeszników. To tak jak dentysta, który z racji profesji dostrzega ubytki w uzębieniu. Taki rodzaj zwichnięcia zawodowego. Tyle że analogiczne skrzywienie zawodowe księży nie jest niewinne.

Mamy przed sobą krzyż. Idea kazania jest taka: zobaczcie, jakimi jesteście grzesznikami, skoro to wasze grzechy przyczyniły się do ukrzyżowania Syna Bożego. Ale możliwe jest też inne odczytanie: zobaczcie ludzie, jacy wy jesteście cenni, skoro Bóg umiera za was na krzyżu. Można więc do tej samej sceny ukrzyżowania podchodzić tak, że się człowieka gnoi, ale można i tak, że się go wywyższa. Tischner był zwolennikiem tej drugiej pedagogii. Dlaczego, gdy dziś czytamy starosądeckie kazania, nie mamy poczucia, że straciły one cokolwiek ze swej aktualności?

Bo Tischner jest staromodny. To nie jest kaznodzieja, który – by pokazać słuchaczom, jak bardzo jest cool – odwołuje się do tzw. medialnych przykładów czy życiowych perypetii serialowych bohaterów i telewizyjnych osobowości. Tischner karmi się Ewangelią. To ona stanowi pryzmat, przez który czyta świat. Kto chce odnaleźć sedno chrześcijaństwa, musi sięgać do Ewangelii. Tam są słowa życia. Nie znajdzie jej w pocieszeniach swojego proboszcza, abstrakcyjnych rozważaniach teologa czy w publicystyce takich pismaków religijnych jak choćby ja. Z powrotem do Ewangelii – mówi Tischner i ubolewa, że gdy przygląda się codziennej polskiej rzeczywistości, to wydaje mu się ona taką, jakby ludzie „nigdy Ewangelii nie przeczytali, jakby ta Ewangelia była dla nas tekstem zupełnie obcym”.

Czy przyglądając się naszemu dzisiejszemu krajobrazowi, także nie należałoby stwierdzić, że Ewangelia jest ostatnim tekstem, którym się karmimy? Czytając słowa ks. Tischnera miałem w pamięci uwagę mojego protestanckiego przyjaciela, który kiedyś zauważył: „wy, katolicy, zamiast czytać Biblię, tylko ją okadzacie”.

Bo przecież gdyby tak się w tę Ewangelię wczytać i gdyby się tym, co się przeczytało przejąć, to rewolucja gotowa. Czyż nie? Ks. Tischner, przywołując postać ks. Jerzego Popiełuszki, pokazuje jasno, że ten dynamit, który rozsadza społeczne dogmaty i porządki, sprowadza się w jego przypadku do jednego zdania Dobrej Nowiny: „zło dobrem zwyciężaj”. Tego uczynić, dodaje, nawet aniołowie nie potrafią, gdyż nie doświadczają zła. A człowiek zła doświadcza i może z niego budować dobro. „Człowiek nie potrafi z niczego stworzyć drzewa, kamieni, domów, ale potrafi zrobić większy cud: ze zła stworzyć dobro. W ten sposób człowiek może przekreślić dawny stary świat, by budować nowy świat. W ten sposób człowiek może stawać się kamieniem węgielnym królestwa bożego na ziemi”.

A oto kolejny dowód aktualności analiz Tischnera. Dziś za dogmat uchodzi twierdzenie, że religia – co w Polsce oznacza przede wszystkim katolicyzm – zniewala i pęta ludzi. Tymczasem krakowski kapłan mówi coś zupełnie przeciwnego: odkrycie wolności leży u źródeł chrześcijaństwa. Zaś źródłem wyzwolenia jest łaska, która ma moc wyzwalającą. A co, jeśli chrześcijaństwo wciąż wydaje się człowiekowi opresywne, jeśli – jak sądzi – krępuje jego wolność? „Jeżeli czujesz się w religii istotą zniewoloną, to rzuć tę religię, bo ona nie jest twoją religią prawdziwą, bo jest w gruncie rzeczy zabobonem, a nie religią. Religia, wiara, łaska niesie ze sobą doświadczenie wolności. Wolności służącej, wolności obowiązkowej, wolności związanej – niemniej jednak wolności”.

Jeśli Tischner tak mocno opowiada się po stronie wolności, to dlatego, że wielkość Boga na tym polega, iż wobec Niego niczego człowiek nie musi, ale wszystko może. Bóg nie przychodzi do człowieka jako tyran, który zmusza go do tego lub owego. „Człowiek nie jest wolny wobec kromki chleba, kiedy jest głodny. Kiedy mu się chce pić, nie jest wolny wobec szklanki wody. Kiedy mu się chce spać, traci wolność i zasypia. Musi spać, musi pić, musi jeść. Ale wobec Boga niczego nie musi”. Tylko wobec Boga wszystko mogę, choć niczego nie muszę.

O ile dziś za poszerzanie pola wolności gotowi jesteśmy wchodzić na barykady, o tyle zatraciliśmy zupełnie poczucie tego, czym jest autentyczna miłość. A przecież nie ma wolności bez miłości, tak jak nie ma miłości bez wolności. By ten problem rozwikłać, Tischner bez żadnej intelektualnej taryfy ulgowej dla swych słuchaczy proponuje następującą analizę. Porównajmy dwie postacie: Abrahama i Adama. Co robi Adam, kiedy po imieniu wzywa go Bóg? Ucieka, chowa się do kryjówki. Co robi Abraham w analogicznej sytuacji? Odpowiada: „Panie, oto jestem!”. Mamy dwie postawy: jeden ucieka, chcąc znaleźć na tej ziemi miejsce, w którym mógłby się przed Bogiem skryć. Drugi wychodzi wyzwaniu naprzeciw i odpowiada: „oto jestem”. Abraham na wybór odpowiada wyborem, odsłaniając istotę biblijnego obrazu miłości. Na czym polega jego specyfika?

Nie ma tu doświadczenia piękna, jak to jest np. w filozofii Platona. Abraham nie widzi Boga. Ale także i Bóg nie podziwia w Abrahamie urody. Mamy zupełnie inne doświadczenie – doświadczenie wybrania. Kochać – znaczy wybrać. Mówi Tischner: „Bóg wybiera, człowiek odpowiada na wybór, wybierając Boga”. Jaka władza dokonuje wyboru? Mówimy: wola człowieka. Nowa wizja człowieka opiera się bardziej na woli niż na zmysłowym podziwie. Tak zawiązuje się więź, którą nazywamy wiernością.

Co to znaczy: być wiernym? To znaczy nieść w sobie raz dokonane wybranie. Jak mówi poeta: „Uczyniwszy na wieki wybór, w każdej chwili wybierać muszę”. Miłość oznaczałaby wierność. Czyż jednym z głównych dramatów naszych ponowoczesnych czasów nie jest to, że miłość i wierność traktuje się dziś jak ogień i wodę? I czy świat współczesny, jak powie krakowski ksiądz, nie choruje dziś na brak miłości rozumianej jako wierności?

Wiara, o czym za św. Pawłem zapewnia ks. Józef Tischner, bierze się ze słuchania. Kogo mamy słuchać? Odpowiedź jest jasna: Boga. Oraz tych, którzy byli przed nami, a którzy, jak choćby Hiob, uwierzyli nadziei wbrew nadziei. Pisze Tischner: „Wierzę, to znaczy, że moje »oto jestem« jest z Abrahamem, jest w jakimś sensie z Lutrem, w jakimś sensie z Chrystusem, który mówi »czemuś mnie opuścił«, i także z matką Jezusa, która mimo wszystko po tych słowach nie odchodzi od krzyża. (...) Kościół to ci, co wierzą, ci, którzy mówią: »jestem«. Więc nie ma wiary samotnej. To wiara tworzy Kościół. I w wierze jest miejsce Kościoła”.

Sęk tylko w tym, by człowiekowi, jak poucza kaznodzieja Sarmatów, chciało się chcieć wierzyć.

 

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj