szukaj
Aluzje i iluzje
Wycofanie się państwa z obszaru kultury jest czymś podobnym do rezygnacji z powszechnej oświaty.

Wywiad z prof. Jerzym Hausnerem, ekonomistą, którego minister kultury i dziedzictwa narodowego powołał na przewodniczącego zespołu mającego przygotować strukturalną reformę polskiego życia kulturalnego, „Gazeta Wyborcza” anonsowała tytułem „Rewolucja kulturalna!”. Profesora nie drażni bynajmniej komercjalizacja kultury, wszechwładza kryteriów rynkowych i zamiana teatrów na supermarkety, lecz zgoła odwrotnie – martwi go stan, w którym, jego zdaniem, „kultura cierpi na rozdwojenie jaźni, część instytucji działa według zasad rynkowych, część za państwowe pieniądze, jak w PRL”. Trzeba dokonać „nowego otwarcia i zmiany reguł” – mówi.

Komentatorzy kulturalnego planu Hausnera (nazwa ta kojarzy się z niegdysiejszym planem wicepremiera Hausnera w gospodarce, który pogrążył ostatecznie ówczesny rząd lewicy) mówią otwarcie, iż impulsem do obecnej reformy nie jest wcale chęć oczyszczenia struktur życia kulturalnego z pozostałości peerelowskich, lecz prozaiczny fakt, że według prognoz rządowych wydatki państwa na kulturę spaść mają w najbliższych latach o 2–3 proc. Jest to u nas zwykły bieg rzeczy, że gdy pojawiają się trudności gospodarcze lub finansowe, cięcia nakładów państwa na kulturę następują jako pierwsze i uważa się je za najmniej bolesne.

Inwestycja w kulturę

W rzeczonym wywiadzie prof. Hausner sam mówi słusznie, że „kultura jest jednym z mechanizmów rozwoju społecznego, wspomagając kulturę wspomagam kapitał ludzki, czyli podnoszę przyszłe dochody. Strategicznie myślącemu państwu opłaca się taka inwestycja”. Cóż z tego jednak, kiedy w tej samej rozmowie czytamy dość spokojnie wypowiedzianą opinię, że na spadku nakładów na kulturę ucierpią przede wszystkim „publiczne instytucje kultury, szczególnie w mniejszych miastach, na wsi. Większą szansę obrony przed kryzysem ma kultura w wielkich miastach”, a więc tam, dodajmy, gdzie nie tylko sytuacja kulturalna jest względnie lepsza, ale gdzie istnieją także i działają wielkie instytucje kultury, teatry, filharmonie, opery czy muzea, finansowane dotychczas przez państwo i stanowiące oś infrastruktury kulturalnej.

Tymczasem celem planu Hausnera jest przede wszystkim „zmienić instytucje kultury”. „Dziś ta instytucja jest dziwolągiem prawnym, finansowym i organizacyjnym. To zakład pracy z poprzedniej epoki”. W istocie „pod zarządem ministra powinno pozostać około 20, maksymalnie 30 najważniejszych instytucji narodowych, każda powołana mocą ustawy, aby nie dało się zbyt łatwo tworzyć nowych”.

Większość instytucji kulturalnych miałaby być przerzucona bądź to na barki samorządów, które już dzisiaj odgrywają na tym polu znaczącą rolę, bądź do sektora prywatnego. Plan ten przewiduje także przejmowanie nierentownych teatrów przez zespoły aktorskie. „Instytucje kultury – jak mówi prof. Hausner – mogą prowadzić uniwersytety. Dlaczego nie miałyby powstać teatry uniwersyteckie albo uniwersytecka filharmonia?”.

W myśl tych założeń wszystkie podmioty, państwowe, prywatne, społeczne i samorządowe, mogłyby też korzystać w równym stopniu ze środków publicznych na zasadzie konkursowej, występując o finansowanie poszczególnych projektów. Wynika z tego, że ministerstwo zostanie równocześnie obciążone obowiązkiem rozstrzygania, które projekty powinno poprzeć, a które odrzucić.

Ambitne plany

Wszystko to do tej pory – jakkolwiek zadziwiające – nie odpowiada jednak na pytanie: skąd, przy zmniejszonych nakładach budżetowych, pochodzić mają pieniądze na realizację tych zamierzeń i wypełnienie zapowiadanej luki finansowej. Otóż autorzy planu odpowiadają, że pieniądze te mogłyby pochodzić z prawa odpisu 1 proc. z podatku CIT (od instytucji i przedsiębiorstw) na cele kulturalne, w sposób analogiczny do odpisu z podatku PIT na cele charytatywne. Część funduszy, przeznaczonych tym razem na konserwację zabytków, pochodzić ma z kar nakładanych na inwestorów za samowolę budowlaną. Największe zaś nadzieje wiąże się, rzecz jasna, z pieniędzmi pochodzącymi od prywatnego biznesu. Plan Hausnera nie przyjmuje także do wiadomości, że istnieją obszary kultury, które stale, z natury rzeczy, należeć będą do deficytowych i „jeżeli instytucja nie płaci zobowiązań, to zostanie zlikwidowana i jej zadanie przejmie inna”, choć nie wiadomo jaka. Według planu, istnieć będzie także „pewien obszar konsumpcji kulturalnej, który w ogóle nie będzie zależał od środków publicznych, jak kinematografia”.

Ten plan wyrasta z błędnej lub wręcz księżycowej diagnozy nie tylko naszej sytuacji kulturalnej, ale i ogólnospołecznej. Nikt na przykład nie zauważył, aby 1-procentowy odpis z PIT, poza moralną satysfakcją podatnika, przynosił trwałe utrzymanie jakiejkolwiek dziedzinie życia społecznego i wiara w odpis z CIT, jako fundament kultury, wydaje się cokolwiek naiwna. To samo można powiedzieć o samowoli budowlanej jako podstawie ochrony zabytków.

Wiadomo również, że przerzucaniu zadań na samorządy nie towarzyszy bynajmniej wyposażanie ich w jakiekolwiek środki pozwalające sprostać rosnącym obowiązkom. Idea Polski samorządowej jest ideą znakomitą, jedną z najbardziej twórczych, jakie wyrosły w okresie przełomu 1989 r., niestety jednak z upływem lat zdążyła już ona zamienić się w swoją własną parodię, kiedy to samorządy, pozbawione środków materialnych, wybierać muszą pomiędzy rozwojem oświaty a oczyszczaniem ścieków, promocją kultury a łataniem dróg i wybierają, rzecz jasna, to drugie.

Od przygody do przygody

Podobnie nadzieje na pieniądze biznesu, mające skierować się w stronę kultury i nauki, są iluzją, której uległ nie tylko Hausner. Złudzeniom tym hołdował również w krótkim okresie swego ministerialnego urzędowania Andrzej Celiński, żywił je także Waldemar Dąbrowski. Pamiętamy przecież transmitowaną wręcz przez telewizję publiczną konferencję naszego wielkiego biznesu, w trakcie której tuzy krajowego kapitału deklarowały swoją miłość i poparcie dla kultury narodowej, z czego w rezultacie nic nie wyszło.

Nasz krajowy biznes jest biznesem pierwszego pokolenia, olśniony swoim osobistym sukcesem i łapczywy na wystawną konsumpcję, zajęty jest mnożeniem swego majątku i zabezpieczaniem sobie dobrobytu na dwa pokolenia wprzód. Jeśli więc myśląc o nim mamy w głowie fundacje Forda czy Rockefellera, to, owszem, narodziły się one w trzecim pokoleniu wielkich fortun, dla którego osobisty dobrobyt i przepych stały się już nudnym banałem. Ale na to musimy jeszcze ze dwa pokolenia poczekać.

Trudno jest również traktować poważnie pomysły takie, jak teatry czy filharmonie kierowane przez uniwersytety albo konkursowe rozgrywki o publiczne pieniądze, toczone pomiędzy instytucjami państwowymi, prywatnymi i społecznymi, przy czym stawką tych rozgrywek miałyby być poszczególne projekty artystyczne. Żadna poważna inicjatywa kulturalna nie może istnieć bez ogólniejszego planu programowego, od przygody do przygody. Nie jest zaś żadną tajemnicą nawet dla skrajnych laików, że program teatru operowego na przykład układać można na serio jedynie na dwa–trzy lata naprzód, mając przy tym pewność, że posiada się środki na jego realizację.

Wiadomo na przykład, że Teatr Wielki stawać począł na nogi w ostatnim okresie właśnie dlatego, że jako instytucja uzyskał godziwą i stabilną bazę finansową z budżetu ministerstwa. Kinematografia zaś, którą prof. Hausner wyłącza w ogóle z zakresu środków publicznych, przynosić zaczęła pewne owoce, także artystyczne, dopiero od momentu, kiedy Polski Instytut Sztuki Filmowej otrzymał stabilne fundusze, pozwalające na współfinansowanie 60 produkcji filmowych rocznie.

Po latach bolesnych niekiedy eksperymentów wykształciła się u nas struktura, w ramach której ociężałemu często, lecz również coraz częściej skutecznemu działaniu wielkich i utrzymywanych przez państwo instytucji kultury towarzyszy coraz bardziej widoczna sfera inicjatyw prywatnych, społecznych, samorządowych, a więc najogólniej mówiąc, pozarządowych, w postaci wystaw, galerii, przedstawień, koncertów, festiwali, klubów, a także zdarzeń kulturalnych o charakterze bardziej kameralnym i wyszukanym. Idealnym nieomal, i jak na razie niedościgłym, przykładem takiej działalności służyć może choćby warszawska Fabryka Trzciny Wojciecha Trzcińskiego. Istnienie obok instytucji państwowych tego właśnie pozarządowego obszaru daje wrażenie intensywności życia kulturalnego, jest także terenem, gdzie rodzić się mogą nowe pomysły artystyczne, a także nowe relacje międzyludzkie, co przecież w ostatecznym rachunku jest celem wszelkiej aktywności kulturalnej.

Dwa światy

Jednakże – i o tym milczy zarówno plan Hausnera, jak i trafne i rzeczowe opinie jego licznych już krytyków – wszystko to razem nie zasypuje dramatycznej przepaści, jaka istnieje i pogłębia się pomiędzy życiem kulturalnym we wszelkich jego formach, a życiem przytłaczającej części mieszkańców i obywateli tego kraju. Frazes o tym, że inżynier elektronik będzie lepszym kapitałem ludzkim, jeśli wysłucha kwintetu fortepianowego Szostakowicza, najlepiej w wykonaniu Marty Argerich, pozostanie frazesem tak długo, dopokąd ogromna większość naszego narodowego kapitału ludzkiego pozostawać będzie w ogóle poza obrębem wszelkiego działania kultury, nawet tej telewizyjnej, co dzieje się obecnie na skutek zawstydzającej degrengolady kulturalnej programów telewizyjnych.

Wymowną ilustracją tego, co się dzieje naprawdę z polską kulturą, są głośne ostatnio dane dotyczące rynku książki. Otóż wiadomo już, że 62 proc. mieszkańców kraju między Bugiem a Odrą nie miało w ciągu roku ani jednej książki w ręku, procent ten wzrósł zaś w ostatnim czasie, ponieważ niedawno wynosił jeszcze „tylko” 50 proc. Równocześnie jednak wystarczy wejść do księgarni, aby przekonać się z satysfakcją, że oferta czytelnicza jest coraz bogatsza i coraz bardziej zróżnicowana, a nawet wyszukana, dane wskazują również na to, że egzemplarzowa sprzedaż książek rośnie.

Co znaczy ten paradoks? Znaczy on, że zamożniejsza i kulturalniejsza część społeczeństwa, owych – nazwijmy to tak optymistycznie – 38 proc. czyta więcej i lepiej. I że równocześnie traci wszelką więź z pogrążoną w przygnębiającej ciemnocie większością. Społeczeństwo rozłamuje się pod względem kulturalnym na dwa nieprzylegające do siebie światy, a rzeczywista wartość społecznego kapitału ludzkiego marnieje.

Wykluczenie demokracji kulturalnej z perspektyw polityki państwowej jest czymś podobnym do rezygnacji z obronności kraju albo z powszechnej oświaty, albo do nagłej utraty zainteresowania dla komunikacji kolejowej czy lotniczej, ponieważ sporo ludzi ma już samochody, a niektórzy nawet samoloty.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj