Era Open'era
W dniach 2-5 lipca na gdyńskich Babich Dołach trwa wielkie święto fanów muzyki, ale również i marketingu. O tym, jak stworzono Open’er, dziś jeden z najważniejszych festiwali w Europie, rozmawiamy z autorem jego sukcesu, Mikołajem Ziółkowskim.
Joanna Wojdas: Zaczynając w 2002 roku mieliście wizję stworzenia wielkiego festiwalu na wzór tych zachodnioeuropejskich?
 

Mikołaj Ziółkowski: Taki plan istniał od początku, natomiast sama droga realizacji to już kwestia organicznego rozwoju, małych kroków i rozbudowywania formuły rok po roku. Postanowiliśmy rosnąć wraz z publicznością. Myślę, że obecnie osiągnęliśmy założony poziom.
 

A gdyby miał Pan porównać w liczbach Open'er z 2002 roku i Open'er z 2009 roku?
 

Liczba scen z dwóch wzrosła do siedmiu. Przestrzeń ponad dwudziestokrotnie. Ilość publiczności - dwudziestokrotnie większa. W tym roku przy festiwalu pracuje trzy tysiące osób. Kilkukrotny wzrost na wszystkich poziomach.
 

Wiele tego typu inicjatyw upada. Co sprawiło, że Open'er przetrwał, rozwija się i to w spektakularny sposób? Kwestie ekonomiczne, marketing, podpatrywanie innych festiwali, atrakcyjny program dla masowego odbiorcy?
 

Wszystkie te czynniki. Przede wszystkim wizja, plan i strategia. Ale poparta cierpliwością i ogromną, wieloletnią pracą. Dzięki temu po ośmiu latach osiągnęliśmy zamierzony cel. Ponadto oczywiście znajomość rynku muzycznego i trendów, wieloletnia strategia marketingowa, śledzenie potrzeb publiczności, czerpanie z dobrych przykładów ze świata.
 

Czy jest coś takiego jak sztuka robienia festiwalu?
 

Tak. Praktyczna wiedza jest kluczowa. To trudne, dlatego wiele festiwali najczęściej upada. A my po prostu umiemy już to robić. Trzeba mieć pewne umiejętności, które nabywa się latami.
 

Open'er ma niewiele wspólnego ze świętem wyzwolonego rock'n'rolla, to impreza dla modnych, młodych, z miasta, czyli idealne pole działania dla reklamy. W związku z tym nie macie problemu ze sponsoringiem. W jakim stopniu festiwal opiera się właśnie na sponsorach? Jaki mają oni wpływ na kształtowanie festiwalu?
 

Open'er to festiwal mieszczański, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. I taki chce być. Jest dedykowany do młodzieży miejskiej i wielkomiejskiej, studentó i młodych specjalistów. Korzysta z tego, co jest najmodniejsze, najświeższe w sensie muzycznym i nie tylko, bo przestrzeń naszej działalności jest szersza. Sama idea nie jest niczym nowym. Analogiczne festiwale Roskilde, Glastonbury, czy Rockwerchter mają czterdziestoletnią historię. W związku z rozwojem Internetu najbliższym czasie wiele się zmieni na rynku muzycznym i medialnym, a festiwale są i będą, ponieważ to specyficzny sposób spędzania wolnego czasu. Przed czterdziestu laty ta formuła funkcjonowała dobrze, a obecnie funkcjonuje jak nigdy dotąd. Festiwal zawiera w sobie i spotkanie z muzyką i pewną wspólnotowość. Jeśli umiejętnie słucha trendów i pozostaje blisko tej grupy, do której jest skierowany, wróży to sukces. Open'er jest o tyle interesujący, że jest z jednej strony masowy, a z drugiej elitarny. To najtrudniejsze do osiągnięcia. Jeśli sprzedaje się dziesiątki tysięcy biletów na Bjork, Arctic Monkeys czy Moby'ego, to sukces. Choć nie są to promowani przez media artyści, okazuje się, że są w stanie przyciągnąć trzy, czterokrotnie większą publiczność niż popowe gwiazdy.
 

Młoda modna wielkomiejska młodzież to świetny klient...
 

Marki, z którymi współpracujemy, są dedykowane do tej grupy odbiorców. Nie ma drugiego takiego miejsca, jak Open'er, nie ma takiej drugiej przestrzeni w Polsce, gdzie ci wszyscy ludzie, klienci tych marek, liderzy opinii, spotykają się. Zdarza się to raz do roku, tutaj. W związku z tym w sposób naturalny udaje nam się współpracować z poszczególnymi firmami. Jednocześnie nasz główny partner - piwo Heineken - jest marką, która chce się identyfikować z muzyką. W tym roku mamy dwudziestu partnerów na festiwalu. Staramy się, aby każdy partner wnosił jakiś dodatkowy element, czy to jest nowa przestrzeń, nowa scena, itp.
 

Na ile impreza finansuje się z biletów - myślę, że w tym momencie jest to już potężna kwota - na ile dzięki wsparciu miasta Gdynia, a na ile z pieniędzy sponsorów?
 

Budowa nowoczesnego festiwalu, mogącego rywalizować z największymi festiwalami europejskimi, musi być oparta o te wszystkie czynniki. De facto nie rywalizujemy lokalnie, ale na forum międzynarodowym. W ten weekend odbywa się dwanaście imprez w Europie, w tym najważniejsze, czyli Roskilde i Rockwerter. Kwota zarobiona na sprzedaży biletów jest ogromną częścią budżetu. Partnerstwo z Heinekenem, a także pozostałe wpływy marketingowe są niebagatelnie. Miasto Gdynia wspiera nas finansowo i infrastrukturalnie. Festiwal nie odczuwa kryzysu gospodarczego, przeciwnie, mamy rekordową sprzedaż. Dwa razy więcej obcokrajowców przyjedzie do Gdyni z całej Europy. Inaczej niż na przykład Roskilde. W tym roku po raz pierwszy mamy dwa razy większą sprzedaż biletów niż oni.
 

A miasto Gdynia od początku postrzegało festiwal jako potencjalną wizytówkę?
 

Trójmiasto z natury jest dość progresywne. Wiadomo też, że Polska jest bardzo zróżnicowana pod względem przyzwyczajeń cywilizacyjnych. Nieprzypadkowo osiedliliśmy się i rozbudowujemy nad morzem. Gdynia z jednej strony jest dynamicznie rozwijającym się miastem, ambitnym i dobrze zarządzanym. Prezydent Szczurek od lat wygrywa w rankingach na najlepszego samorządowca. Opowiedziałem mu o wizji, aby na przestrzeni kilku lat rozbudować małe wydarzenie do takiego formatu, że będzie nie tylko wizytówką Gdyni, ale i Polski.

To była luka dla zagranicznych turystów. Zazwyczaj jeśli już przyjeżdżają, to ze względu na historię, zabytki, uroki przyrody, tani alkohol. Miasto uwierzyło nam i wsparło. Obecnie powstaje więcej festiwali, miasta chcą się promować poprzez muzykę, kulturę, a nawet konkurują na tym polu. Myślę, że dzieje się to pod dużym wpływem sukcesu Open'era. Widzą, że stosunkowo małym kosztem można wypromować miasto, pokazać je mocno i długofalowo.

 

Reklamujecie się za granicą, czy dzieje się to w sposób bardziej oddolny: ludzie śledzą trasy swych ulubieńców, porównują line-upy?
 

W przeciwieństwie do koncertów poszczególnych gwiazd, gdzie niewielka ilość osób jest skłonna specjalnie przyjechać z zagranicy (ciężko jechać na dwugodzinny koncert do Warszawy i wracać potem przez pół Europy) - tu przyjeżdża się na cztery dni, widzi stu kilkudziesięciu artystów. Najwięksi artyści oczywiście przyciągają, ich trasy są śledzone. Przykładowo na Arctic Monkeys przyjeżdża sporo osób z Wielkiej Brytanii. A z drugiej strony prowadzimy kampanię informacyjną w Europie, głównie w Wielkiej Brytanii, Skandynawii, krajach bałtyckich. To daje efekt po latach. Pojawił się komentarz, że Open'er został wybrany przez „The Sunday Times", największy tygodnik brytyjski, najlepszym festiwalem na świecie, ponieważ mamy świetny PR w Wielkiej Brytanii. Zbudowanie go zajęło wiele lat i to jest wielki sukces.
 

Ile kosztuje taki festiwal?
 

Niestety nie odpowiem - to tajemnica. Ale jest to ogromne miasto, budowane przez trzy tygodnie, zajmuje olbrzymią przestrzeń i jest bardzo dużym przedsięwzięciem.
 

Ale pewnie są jeszcze niedociągnięcia logistyczne?
 

Jak w normalnym mieście zdarzają się awarie, brak prądu, ulewa, powódź. Lata pracy sprawiły, że organizacja jest na europejskim poziomie. Natomiast to żywa materia: pracuje tu tysiące osób, zużycie prądu jest porównywalne do średniej wielkości miasta. W związku z tym zdarzają się usterki i zdarzać będą, to jest wpisane w festiwal. Jak będzie deszcz, to będzie błoto, tego nie da się uniknąć. To nie jest hala, gdzie można wszystko perfekcyjnie zaplanować, to jest siedemdziesiąt hektarów.
 

Open'er jest bezpiecznym miejscem? Zdarzają się wykroczenia, izba wytrzeźwień, narkotyki? Oczywiście to nieuniknione i ludzkie, ale na ile jest opanowane, na ile jest to miejsce, na które można się wybrać z małym dzieckiem?
 

Z perspektywy naszego kraju to bardzo bezpieczne miejsce. Skala tego typu zdarzeń jest kompletnym marginesem. Na jakimś forum przeczytałem, że teraz się to zmieniło, bo ktoś komuś ukradł bluzę. Mogę się tylko uśmiechnąć pod nosem. Jakbyśmy wzięli sześćdziesięciotysięczne miasto: jednego dnia rodzą się dzieci, są wypadki samochodowe, itd. U nas, przy tak ogromnej skali wydarzenia, ze względu na to, kim jest odbiorca festiwalu, jest niebywale bezpiecznie, wręcz ma się wrażenie, że człowiek znajduje się w trochę innym świecie. Wiadomo, że w tak dużej grupie ludzi, ktoś może stracić przytomność, bo jest chory, ktoś może dostać ataku padaczki, to jest normalne, dzieje się zawsze i wszędzie.
 

Mówiliśmy o tym, że Open'er jest równorzędną konkurencją dla innych europejskich festiwali, a czym się wyróżnia?
 

Festiwal wyróżnia to, że odbywa się w Polsce i dlatego ma swoją specyfikę. Jest miejscem, gdzie wiele osób spotyka się raz do roku. Ludzie mają ograniczoną ilość czasu, żeby się spotykać, a festiwal jest ku temu dobrą okazją. Każdy festiwal ma swoją specyfikę: Roskilde - skandynawską plus daleko idąca niezależność, zaangażowanie społeczne. Największy festiwal w Hiszpanii, odbywa się nad pięknym Morzem Śródziemnym i duża część, także pozamuzyczna, odbywa się w plażowym klimacie. Siłą Open'era jest jego polskość i europejski standard.
 

Profil festiwalu to muzyka alternatywna, ale dosyć szeroko rozpoznawalna, czy w związku z rozwojem będziecie otwierać się na bardziej niezależne zespoły?
 

Ale co to znaczy „bardziej niezależne"? Moim zdaniem najbardziej niezależny jest Kings of Leon, a nie zespół, który ma dwie gitary, jeździ busem i martwi się, co będzie następnego dnia. Kings of Leon reguluje swoje rachunki, decyduje z kim gra, po co gra i dla kogo gra. A małe zespoły grają tam, gdzie ktoś je zaprosi. To błędna kategoria, która funkcjonowała, kiedy wielkie wytwórnie były silne. Teraz jest mitem. Wytwórnie mają niewielkie możliwości narzucania zespołom czegokolwiek. To może dziać się w przypadku klejenia gwiazd popu, ale nie w przypadku tego typu zespołów.
 

Pewnie jednak nie da się do końca pozostać niezależnym, mając sukces i pieniądze. Mówiliśmy wyżej o reklamie i trendach. Ale chodzi mi także po prostu o indywidualizowanie festiwalu poprzez wprowadzanie smaczków, niszowych ciekawostek.
 

Tak się dzieje! Mamy siedem scen i trudno powiedzieć, że nasi wykonawcy są powszechnie rozpoznawalni, na przykład Crystal Castles, czy zupełnie nowa Priscilla Ahn, Speed Caravan, a z drugiej strony Kings of Leon, Faith no More, czy Moby. Jest ponad trzydziestu artystów zagranicznych, od mało rozpoznawalnych po największe gwiazdy. Wprowadzamy także innego rodzaju aktywności: w tym roku Fashion'er, czyli młodzi projektanci na festiwalu, nowe sceny, części teatralne.
 

W jakim kierunku będzie rozwijał się Open'er?
 

W tej chwili osiągnęliśmy zaplanowany poziom. Rozwój w takim momencie opiera się na śledzeniu trendów w muzyce, w kulturze, tego, co można wykreować jako nowe wydarzenie. Nie musimy się silić na poszerzanie publiczności, budowanie rozpoznawalności marki. Z badań wynika, że jesteśmy najbardziej rozpoznawalnym festiwalem w Polsce, bardziej niż festiwale telewizyjne. W tym momencie na festiwalu funkcjonują określone sceny, ale jeśli pojawi się nowe zjawisko, jesteśmy otwarci.

 

Rozmawiała Joanna Wojdas, POLITYKA.PL 

  

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj