Plaster z czytadła
W polskiej literaturze kobiecej króluje powieść terapeutyczna. Saga Małgorzaty Kalicińskiej jest najlepszym przykładem tego nurtu.

Od wielu miesięcy na listach bestsellerów, obok amerykańskiej serii książek o wampirach, króluje mazurska saga Małgorzaty Kalicińskiej. Trzeci tom „Miłość nad rozlewiskiem” czyta kobieta w metrze, studentka w pociągu, charakteryzatorka telewizyjna sięga po książkę w przerwie pomiędzy pudrowaniem kolejnych gości. Właśnie zaczynają się zdjęcia do polsatowskiego serialu na podstawie sagi.

Wszystko zaczęło się w 2006 r., kiedy wydano pierwszy tom – „Dom nad rozlewiskiem”. Do tej pory sprzedało się ponad 200 tys. egzemplarzy. To było spore zaskoczenie, bowiem debiutantka liczyła skrycie najwyżej na jakieś 7 tys. Drugi tom „Powroty nad rozlewiskiem” rozszedł się w 170 tys., a ostatni, najnowszy – „Miłość nad rozlewiskiem” – w 150 tys. Kalicińska dorównała popularnością Katarzynie Grocholi (ukazała się właśnie jej powieść „Kryształowy anioł”), której każda książka sprzedaje się powyżej 100 tys. egzemplarzy. Kalicińska jednak nie nazywa siebie pisarką, ale kobietą piszącą. Dzięki sukcesowi natychmiast stała się autorytetem medialnym w wielu dziedzinach: pisze felietony do pisma „Bluszcz”, poleca książki innych pisarzy, występowała jako twarz Partii Kobiet Manueli Gretkowskiej, za chwilę zapewne znajdziemy gdzieś bigos a la Kalicińska (z jej książek wynika, że mógłby być wyśmienity). „Pisarka jest już instytucją kulturalną. To rola ważna, lecz nadzwyczaj niebezpieczna. Jeśli ktoś ciągle uczy, komentuje, napomina, to staje się moralizatorem. Ale trzeba przyznać, że o miłości Kalicińska potrafi pisać wyjątkowo pięknie” – zauważył Andrzej Rostocki pisząc o ostatnim tomie sagi.

Na pociechę

Przez ostatnie lata nurt kobiecych czytadeł bardzo się w Polsce rozwinął, nie kopiuje wzorów zachodnich, ale ma własne odmiany. Króluje u nas nie tyle harlequin, co powieść terapeutyczna, pokazująca, jak kobieta radzi sobie w trudnych warunkach – powieści Kalicińskiej są najlepszym przykładem tego nurtu. Zamiast bajkoromansów z wyższych sfer, kobiety wolą czytać o bohaterkach, które mają podobne problemy i walczą z polskimi realiami. Jest więc powieść środowiskowa – o życiu studenckim pisała choćby Izabela Sowa, o życiu bogatych singielek z miasta ostatnio Agnieszka Niezgoda. W Polsce największe wzięcie mają jednak bohaterki nieco starsze niż Bridget Jones czy Carrie Bradshaw, takie jak Judyta z „Nigdy w życiu”. Gosia, bohaterka Kalicińskiej, jest jeszcze starsza i też zaczyna życie na nowo. Tutaj podstawowy schemat romansowy: utrata mężczyzny – perypetie – odnalezienie księcia mocno się komplikuje, ale Kalicińska odniosła sukces przede wszystkim dlatego, że pojawiła się nowa jakość – azyl, dom na Mazurach, gdzie kultywuje się polskie tradycje, piecze domowy chleb na słoninie, lepi pierogi, smaży konfitury i gdzie kobiety po przejściach wreszcie czują się dobrze. W każdej z trzech części wiele miejsca zajmują opisy świąt, kolejności potraw, od śledzia i mrożonej wódki poczynając. Czytelnicy piszą z podziękowaniami, że mogli się przy tych książkach ogrzać.

Kalicińska sama potrzebowała takiej książki-pociechy. Na Mazurach prowadziła pensjonat, który zbankrutował. Straciła wszystko. Nie przetrwało też jej małżeństwo. – W pewnym momencie podczas pobytu na Mazurach pomyślałam: Boże, jak chciałabym przeczytać książkę, taką… jakiej nie mam na półce. Postanowiłam więc ją napisać. Miały to być takie „Dzieci z Bullerbyn” dla dorosłych. „Dzieci z Bullerbyn” były moją ulubioną książką w dzieciństwie. Pocieszała mnie, gdy było mi źle. „Dom nad rozlewiskiem” miał być powieścią, która miała mnie dotulić – mówiła w wywiadzie.

Wcześniej, przed pensjonatem, Kalicińska była współwłaścicielką agencji reklamowej Casco-Media i pracowała w telewizji przy realizacji programu „Kawa czy herbata”, ale najlepiej czuła się w domu, wychowując dwójkę dzieci, nawet na wizytówkach kazała sobie napisać „cura domestica”. Jej bohaterka Gosia, po rozstaniu z mężem i stracie pracy, ucieka z Warszawy na Mazury, do matki. Wrasta w wiejskie życie, wreszcie czuje, że robi coś pożytecznego zamiast wciskać ludziom kit o proszkach do prania – zajmuje się niepełnosprawną przybraną siostrą mamy i pensjonatem. Pojawiają się przelotne romanse i jedna poważna miłość. Janusz, miejscowy dentysta, jest alkoholikiem, więc miłość najeżona jest kolcami i komplikacjami, których wystarczyło na dwa tomy, pierwszy i ostatni. Środkowy tom sagi opowiada o losach Basi, mamy Gosi, czyli o czasach tużpowojennych i późniejszych. Basia, tak jak później jej córka, porzuca miasto. Nie był to łatwy wybór, bo razem z miastem Basia porzuca też swoją córkę. Nie ma z nią kontaktu przez wiele lat i spotykają się dopiero nad rozlewiskiem, w matriarchalnym edenie. Kobiety u Kalicińskiej wykraczają poza schemat romansowy, nie są to bowiem kruche istotki, które szukają oparcia w mężczyznach. Są silne, tak jak ich babki i prababki, dźwigają ciężary życia, zahartowane przez lata trudów. Potrafią poradzić sobie w czasie głodu i biedy. Kalicińska pokazała polski matriarchat domowy, który pozwalał przetrwać w trudnych czasach. Podobny pean na cześć matek i córek zawarła Maria Nurowska w nowej książce „Sprawa Niny S”. Ramą opowieści jest śledztwo w sprawie zabójstwa adwokata, ale najważniejsza jest w niej kobieca więź: pisarka samotnie wychowuje dwie córki bliźniaczki. Razem budują tamę przeciw męskiemu złu, uosobionemu w zamordowanym adwokacie. Kalicińska i Nurowska piszą o kobiecej, rodzinnej solidarności.

Teraz wiedźmy

Mężczyźni pojawiają się we wszystkich tomach powieści Kalicińskiej, ale pozostają w tle, są zazwyczaj słabi i toksyczni. To kobiety tworzą sieć nawzajem się podtrzymującą. Wszystkie bohaterki czują swoją moc, również seksualną. Mówią o sobie: wiedźmy. Kalicińska jest dosadna, pisze o dojrzałych kobietach, które znają swoje potrzeby i wiedzą, co im sprawia przyjemność. Nie zadowolą się byle romantycznymi mrzonkami. Córki otwarcie rozmawiają z matkami o zdradach i kochankach. Bezpruderyjność w opisach scen miłosnych podoba się czytelnikom, bo jest życiowa. Tutaj nikt nie udaje, że przemiany obyczajowe się nie dokonały. „Całował ze znawstwem i pewną maestrią, ale jak na moje potrzeby, ma ciut za wąskie i sztywne usta. Może spięty?”. Bohaterki Kalicińskiej w pewnym momencie zdają sobie sprawę, że czas na przełom. Czasem samo życie decyduje o tym bez udziału ich woli. Dość, że wracają na wieś, gdzie panuje matriarchat, bo tutaj kobiety muszą chronić dom, gniazdo, na ich barkach spoczywa przetrwanie rodziny.

Kobiety odnajdują się nie w roli matki Polki, ale wspomnianej wiedźmy, która spełnia się w życiu i nie rezygnuje z siebie. Może być sama albo z kimś, kto zaakceptuje jej siłę. Bądźcie wiedźmami, które wiedzą, czego chcą – uczy Kalicińska. Jej książki są bowiem przede wszystkim skierowane do kobiet zagubionych, niosą pociechę tym, które nie nadążają za rytmem współczesnego życia.

Tym samym pisarka nie tylko pociesza, ale i usypia kobiety, sprawia, że jej bohaterki oddają pole walki, rezygnują całkowicie z życia społecznego. Kobiety Kalicińskiej nie angażują się w rzeczywistość poza sferą prywatną, nie ciekawi ich, co się dzieje w kraju. To nieco kłóci się ze wzorami społecznikowskimi, które ponoć są bliskie autorce. Jej postacie sporo czytają, ale literatura ma dla nich wartość czysto praktyczną – powinna nieść wzorce do zastosowania w życiu. I tak Basię rozczarowuje „Anna Karenina”, bo jak tu ją naśladować?

Przymus optymizmu

– Wiem, że moje książki nie mają wielkiej wartości literackiej. Za to mają może walory terapeutyczne – mówiła w wywiadzie Kalicińska. Nie raz słyszała, że odmieniła czyjeś życie. Przypomniała komuś, że najważniejsza jest rodzina. Podobnie jak w przypadku Grocholi, pisanie było jej własną terapią i próbą wyjścia z impasu. Okazało się, że nawet koło pięćdziesiątki można gruntownie przemeblować swoje życie. Kalicińska stara się więc propagować dobre wzorce. Choćby takie, jak się rozstawać z klasą. Gosia i jej mąż Konrad nie dość, że rozchodzą się w pokoju, to omawiają swoje nowe związki. Aby zaleczyć rany, u Kalicińskiej wystarczy szczera rozmowa. Jeszcze mniej wiarygodnie wypada spotkanie matki i córki po kilkudziesięciu latach. Kiedy dorosła Gosia przyjeżdża nad rozlewisko, wszystkie lata nadrabiają w ciągu kilku wieczorów. Nie ma między nimi żadnego żalu ani poczucia krzywdy. Błędy życia znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Wiadomo, że kobieca literatura popularna obawia się ciemności, nieszczęścia i złych zakończeń. To się gorzej sprzedaje. Tymczasem najlepsze książki Grocholi to te, które opowiadają o sprawach trudnych i mrocznych: „Przegryźć dżdżownicę”, gdzie świetnie oddała świadomość kobiety zdradzonej, i przedostatnia powieść „Trzepot skrzydeł”, gdzie opisała piekło domowe, o którym świadczą jedynie skrzętnie ukrywane siniaki. Natomiast najnowszy „Kryształowy anioł” powtarza schemat znany z optymistycznych książek o Judycie, przy czym nowa bohaterka nie ma w sobie niczego, czym mogłaby przykuć uwagę czytelnika. Po kilku stronach wiemy, jak potoczą się jej dalsze losy. Więc po co to dalej czytać? Katarzyna Grochola pisze – co sama przyznaje – „ku pokrzepieniu serc”, historia ma być optymistyczna, ciepła, a wszystko inne schodzi na drugi plan. Tak powstają książki – produkty przygotowane do szybkiej konsumpcji. Kalicińska ma tę zaletę, że stworzyła swój rozpoznawalny mikroświat, pełen zapachów dobrego jedzenia, choć i tu czuje się przymus optymizmu.

Saga się skończyła, ale powroty się nie kończą: Kalicińska pisze teraz swoją autobiografię, a właściwie opowieść o dzieciństwie, o latach 60. – Mieliśmy wspaniałe dzieciństwo – mówi. Tym razem będzie to plaster z ciepłych wspomnień.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj