szukaj
Rozmowa z Hanną Samson
Wszyscy jesteśmy uwikłani
Pisarka, autorka książki „Flesz', opowiada o zaplątaniu w popświadomość, gwiazdach jako punkcie odniesienia i złotej klatce.

 


W Pani książce, „Flesz", w pewnym momencie jest taka scena. Jedna z bohaterek znajduje zegarek warty 6 tys. złotych. Chce go sprzedać, ale w ofercie otrzymuje tylko 1 tys. Decyduje się więc go zatrzymać. Potem idzie na rozmowę o pracę. Dostaje ją dzięki zegarkowi dostrzeżonemu przez szefa. Tak przynajmniej ona twierdzi. „Pieniądz rodzi pieniądz" - kwituje druga z bohaterek. Scena absurdalna, ale - jak dla mnie - wymowna dla całości książki... Pani wie, co się stało z naszą świadomością?

Stała się popświadomością. To książka o tym, co tak naprawdę mamy w głowach jako zbiorowość w czasach, w których żyjemy i z których, w gruncie rzeczy, nie ma ucieczki przed popkulturą. Inwazja pewnych popkulturowych przekazów jest bardzo mocna. I zdecydowana.

Aż tak?

Aż tak. Wystarczy zajrzeć do kiosku i zobaczyć, jakie tam są pisma. „Flesz" spokojnie mógłby być jednym z nich. One wszystkie są zresztą bardzo podobne. Ich ważną częścią są  seriale z życia gwiazd. Zawsze byłam ciekawa, kto je czyta.

Dlatego wzięła Pani udział w badaniach fokusowych. To była inspiracja?

Miałam okazję obserwować badania fokusowe pewnego nowopowstającego pisma i zobaczyć jego potencjalne czytelniczki. Te badania fokusowe oczywiście nie wyglądały dokładnie tak jak w książce. Ale uczestniczki badań były bardzo podobne. Zobaczyłam, że one naprawdę tym wszystkim żyją.

Co je łączyło?

Wspólnym mianownikiem okazało się po prostu... czytanie pism plotkarskich. Nie wiek, nie wykształcenie, nie poglądy. Potrzeba uczestniczenia w życiu gwiazd była najsilniejsza. I włączania gwiazd do swojego życia.

Czuła Pani wobec tych osób dystans?

Zrozumiałam, że jestem świadkiem czegoś ważnego, z czego istnienia dotąd nie zdawałam sobie sprawy. Jasne, że byłam  outsiderką, łatwo się tak poczuć, kiedy się patrzy zza szyby. Ale pisząc książkę, weszłam w świat swoich bohaterek.

Poczuła Pani, że są one bliskie.

Na tych badaniach zobaczyłam, że tymi pismami żyją normalne kobiety - że to nie są jakieś istoty bardzo różniące się od nas. Zaczęłam więc szukać, słuchać, patrzeć, co tak naprawdę my wszyscy mamy w głowach. Moja książka jest o tym, a nie o jakiejś grupce kobiet, które różnią się od nas.

To książka raczej o tym, co się dzieje, że niektórzy widzą je jako „głupie", tak?

Nie, tym się nie zajmuję. Ale myślę, że bardzo łatwo się odciąć, kiedy czyta się te wszystkie absurdy, które tak naprawdę wszyscy jakoś tam mamy w świadomości, bo nie sposób się przed nimi obronić.

Popświadomości.

Nasza świadomość przestała być nasza, indywidualna, niepowtarzalna. Kształtują ją media, czy chcemy tego, czy nie. Na początku zafascynowało mnie, kim są ci, którzy chcą.

To proste. Mówiąc w kategoriach kapitalistycznych tymi, którzy chcą, są konsumenci.

Konsumpcja jest tu bardzo ważnym słowem. Kapitalizm też. Mateusz Halawa, socjolog, odczytał „Flesz" jako książkę o tym, jak kapitalizm kształtuje nasze potrzeby, jak je zaspokaja, a jednocześnie jak rodzi następne i zmienia nas w konsumentów. Mnie niepokoi, jak z tej pozycji mamy mało możliwości, żeby zachować dystans i krytycznie podchodzić do tego, co dostajemy. I że na to wszystko pozwalamy.

A pozwalamy?

Jako kultura, jako czasy, jako społeczeństwo - tak. Wszyscy jesteśmy w to uwikłani. To, co się nam oferuje, jest coraz bardziej papkowate i łatwe do przyjęcia. Dlatego wchłaniamy to bezrefleksyjnie. I właściwie nie mamy szans, by się zatrzymać i zobaczyć, czego tak naprawdę chcemy, co jest nasze, a co obce. Trzeba byłoby się wyłączyć ze świata. Bo to nie jest kwestia tylko gazet o gwiazdach. Te wszystkie pop-przekazy docierają do nas bez przerwy z różnych stron. Nawet jeśli nie chcemy oglądać telewizora czy czytać gazet, to znajdą się sklepy, reklamy, billboardy. Wszystko wokół nas. Kultura dba o to, byśmy się do tego nie ustosunkowywali, ale to wchłaniali. Bezrefleksyjnie, bez namysłu.

Zaczarowany kapitalizm?

Zaczarowany kapitalizm czasów popkultury.

To kapitalizm właśnie produkuje nasze potrzeby?

Nawet jeśli jakiś produkt jest odpowiedzią na nasze potrzeby, to przecież zaraz będzie następny, który jeszcze lepiej je zaspokaja, a potem następny. Nie chodzi o to, co było najpierw: jajko czy kura, ale o to, że to się cały czas napędza, im większa kura, tym większe jajko, im większe jajko, tym większa kura i tak dalej, bez opamiętania. Kiedyś była „Kobieta i życie". Na końcu jedna rubryka plotkarska. „plotki o panach i paniach". Ludzie czytali to chętnie - z tego, co pamiętam. I ta niewielka dawka była jakoś wystarczająca. A w tej chwili okazuje się, że tak naprawdę śledzimy losy gwiazd - nie tylko w gazetach, ale także na pudelkach, w telewizji, na wiele różnych sposobów. To zawsze była nasza potrzeba czy została wygenerowana?

Ale czyja to wina?

Ja nie chce mówić o winie. Zwracam uwagę na pewne zjawisko, które się coraz bardziej rozkręca i ogarnia nas wszystkich. Przestajemy myśleć, ustosunkowywać się, w pocie czoła wykuwać własne poglądy, własną tożsamość.

A to nie jest przypadkiem zwalanie wszystkiego na kapitalizm? Może po prostu nasze życie jest na tyle nudne, że musimy się podpierać innymi. Na przykład gwiazdami.

Nie wiem, czy tu chodzi o nudę. Sądzę, że gwiazdy stanowią jakieś punkty odniesienia. Patrząc na nie sprawdzamy, w jakim jesteśmy miejscu. Możemy cieszyć się, że nie jesteśmy gwiazdami, bo nie mamy oto takich problemów jak one. Ale możemy też myśleć sobie, że mam taki sam telefon jak gwiazda, więc jestem podobna. Możemy z tego robić różny użytek. Czasami czujemy się lepiej, a czasami się pognębiamy. Ale przede wszystkim czujemy się blisko tych gwiazd. Moje bohaterki bardzo przeżywają losy ludzi, o których czytają. Mówią na przykład o Angelinie Jolie - Angie. Jedna z nich traktuje ją jak siostrę... Te gwiazdy stanowią standard sukcesu i do nich się porównujemy, a nie tworzymy własnych standardów.

Jakieś to smutne, co Pani teraz mówi.

Ale o to chodzi w mojej książce. Że gdzieś gubimy własne punkty odniesienia, hierarchie wartości. Że nie my wyznaczamy kryteria w naszym życiu. My bierzemy to wszystko z zewnątrz. Te moje bohaterki bardzo się różnią od siebie, a jednak to, co jest wspólne, to wyobrażenie sukcesu i stylu życia.

Rozumiem je, bo z drugiej strony chcemy przecież być dopasowani i mieć poczucie, że uczestniczymy w grze, która się nazywa rzeczywistość.

Tyle że ta gra jest kiepska.

No właśnie. I co teraz?

Dla moich bohaterek w tych artykułach, o których mówią podczas badań, świat jest na swój sposób zamknięty. W tej przestrzeni się spotykają. W pewien sposób łapią bliskość.

Bliskość?! Przecież to są zwykłe klisze i matryce, produkty i gadżety. Tak przynajmniej odbieram „Flesz".

No tak. O to właśnie chodzi. O gotowce, które do nas docierają. I to nie tylko do czytelniczek „Flesza". Wszystkie media się tabloidyzują. Wszystko staje się jednoznaczne. Artykuły są tak pisane, żeby było wiadomo jak jest, nie ma miejsca na własne wnioski. Wszystko jest podane bezpośrednio do wchłaniania. I w tym obszarze gotowców moje bohaterki mogą się do siebie zbliżyć. Szybko i bezpiecznie.

Teraz z kolei słyszę w Pani głosie narzekanie na obecną kulturę.

Nie jestem zachwycona tym, co się dzieje. Martwi mnie bylejakość. Jung odkrywał archetypy na poziomie podświadomości. Zbiorowa podświadomość jest tym, co nas łączy,  a może raczej łączyło? Teraz tym poziomem uniwersalnej komunikacji, na którym się porozumiewamy mimo różnic stanu, majątku i innych - jest właśnie popświadomość, czyli wszystko to, co wchłaniamy w siebie ze świata i obracamy tym potem jako własnym.

Problem w tym, że to nie jest własne. A spotkanie i bliskość są pozorne, tak?

No tak.

Co ciekawe jednak w książce nie stawia Pani tak mocnych tez.

Właśnie „Fleszem" próbuję wyjść poza popkulturę. Paradoksalnie, bo każde słowo w tej książce z tej popkultury wyrasta. Ale "Flesz" jest świadomie pozbawiony narratora. Rezygnuję z własnych ocen, jednoznacznych tez, pokazuję jakieś zjawisko i tyle. Nie chcę występować w roli moralistki ani ostrzegacza. Każdy z nas może zobaczyć w tym, co chce. A kobiety są tu tylko pretekstem. Mają różne poglądy, ale mówią jednym językiem. A właściwie „język mówi nimi (...) język dyscyplinuje je, podporządkowuje, wpaja hierarchie", jak napisała Kazia Szczuka. To w nim ujednolicają się bohaterki. Z tego wszystkiego powstaje papka, jazgot...

...babskie gadanie.

Równie dobrze mogłoby być męskie. Pewnie byłyby inne akcenty, może co innego wyzwalałoby emocje, ale to wszystko dotyczy również mężczyzn. Oni też są zamknięci w tych wszystkich kliszach, stereotypach, frazesach.

Ma Pani pomysł jak się wydostać z tej klatki?

Dużo pan ode mnie oczekuje. Ja po prostu jestem pisarką, pokazuję pewne zjawisko, które wydaje mi się warte uwagi. Zagęszczam to, do czego tak przywykliśmy, że tego nie widzimy. Ale jeśli mam się silić na odpowiedz, to ta powieść jest zaproszeniem do wyjścia z tej klatki. Bo najpierw trzeba zobaczyć, że się jest zamkniętym. A wtedy można zacząć jakąś pracę. Określać swój stosunek do rzeczywistości, odkrywać, kim jesteśmy. A to ważne. Moim zdaniem to nasze zadanie życiowe. Określić swoją tożsamość, swój własny stosunek do świata. Co biorę z tych gotowców, a co odrzucam.  To są bardzo podstawowe pytania: kim jestem, dokąd zmierzam, po co to wszystko. A czasy, w jakich żyjemy, proponują i wciskają nam gotowe rozwiązania i gotowe poglądy, oczywiście jest kilka pakietów do wyboru, ale to już gotowe zestawy. A to ułuda, że to nasze poglądy, choćbyśmy tysiąc razy je wygłosili.

A więc w zderzeniu z popkulturą ważne jest kształtowanie własnej świadomości?

No tak. Albo w zderzeniu ze światem i warto to robić mimo popkultury. We „Fleszu" widać, co się dzieje, gdy tego nie robimy. Nawet najbardziej osobiste doświadczenia przepuszczamy przez gotowe konstrukty i schematy. Na wszystko mamy matryce, szablony, struktury. Widzę więc to w kategoriach zadania: pozwolić sobie na własny odbiór świata i stosunek do rzeczywistości. Zobaczyć to, co oczywiste, jako nieoczywiste.

Da się tak?

Dawno, dawno temu, kiedy byłam pierwszy raz na Zachodzie zobaczyłam, że tam filmy są przerywane reklamami. To było dla mnie zadziwiające, niemożliwe. A teraz wydaje mi się to oczywiste. Czemu? To jest właśnie to pytanie. Tak jak i inne pytania. Na przykład o to, dlaczego pisma, które jeszcze do niedawna różniły się między sobą, teraz stają się podobne. Dlaczego?

To proste: wszystko musi być łatwe do przełknięcia.

I przez to byle jakie. Znikają pewnego rodzaju głosy. Myślę tu o językach z tzw. górnej półki, których już prawie nie ma. W medium, takim jak telewizja, nie ma już rozmowy. Nie ma też przedstawiania poglądów. Kto by tego słuchał?! Są emocje, są różne osoby, jest szoł i to wszystko.

Dlatego, jak rozumiem, postanowiła Pani posłuchać bardzo uważnie swoich bohaterek. I dlatego czasem one odsłaniały się w intymnych wręcz wypowiedziach.

Bo te moje kobiety, choć mają pewne klisze, czasem, gdy mija już dyskusja, powiedzą coś „od siebie". Na przykład jak mówią o aborcji, to jest taka sformatowana dyskusja i sformatowane emocje. A chwilę później, jak już mówią o czymś innym, to którejś tam mimochodem się wyrywa, że miała kilka skrobanek. I żadna na to nie reaguje, rozmowa o czymś innym toczy się dalej. 

Zaprzecza sobie?

Nawet nie o to chodzi. One operują dwoma językami. Jeden to język poglądów, a drugi - to język doświadczenia, odłączony od tego, co mamy w głowie.

I „własny język". Sądzi Pani, że aby go uruchomić, trzeba mieć odwagę?

Odwagę i świadomość: że warto to zrobić. To nie jest niemożliwe. Sama sporo pracuję z ludźmi. Oczywiście na terapię i warsztaty trafiają ci, którzy chcą coś zrobić. Oni doszli do momentu, w którym coś im przeszkadza, muszą się czemuś przyjrzeć i dokonać zmiany. I to jest możliwe. Ale najpierw trzeba sprawdzić, co jest moje, czego ja chcę, o co mi chodzi w życiu.

Popświadomość ma więc pole do popisu.

Dopóki nie spojrzymy krytycznie na to, co mamy w głowie. Czasem stosuję taką technikę diagnostyczną, dzięki której ludzie mogą zobaczyć, co jest dla nich ważne. I często tam, gdzie jest miejsce na wartości, autorytety, kiedyś tam była babcia, dziadek, prababcia, a teraz nie ma nic, jest dziura. No to skoro tak jest, można tam wrzucić wszystko.

Dochodzimy w ten sposób do wniosku, że antidotum na popświadomość to powrót do korzeni.

Tylko w pewnym sensie. Nie jestem konserwatystką. Można się przeciw nim buntować, odrzucać, coś brać, czegoś nie chcieć, weryfikować. Rzecz w tym, żeby mieć własny stosunek do świata. To nasze zadanie życiowe, od którego się wymigujemy i gadamy byle co i byle jak. I często tak myślimy. I wcale nie mam pewności, czy nasza rozmowa nie jest na to niezłym dowodem?

 

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj