szukaj
40 lat Monty Pythona
Właśnie mija czterdziesta rocznica istnienia „Latającego Cyrku Monty Pythona”, jednego z najważniejszych zjawisk popkultury XX wieku. Jak pięciu facetów bez zahamowań zmieniło telewizyjną rozrywkę?

Mijającej rocznicy towarzyszy zaskakująca cisza. Żadnych fajerwerów, najwyżej kilka wzmianek w prasie, skromne gesty. Pięciu członków grupy celowo spuszcza zasłonę milczenia na otaczający ich kult. Dzięki czemu nie stali się swą własną karykaturą.

Jak podaje literatura, najwięksi błaźni obchodzą jubileusze albo zatopieni w ponurych myślach na temat natury ludzkiej, albo bezlitośnie ją wyśmiewając, szydząc z własnej nobliwej pozycji. To miara klasy, test wiarygodności. A najzabawniejsze żarty to te o ludziach, którzy zyskują na własnej potędze i nagle się coś psuje. Kiedy fani, nie mogąc uwierzyć, że to koniec Pythonów, domagali się powrotu, albo chociaż wieczorków wspominkowych, komicy ironizowali: "Byłoby szaleństwem nie spróbować i nie zarobić na tej rosnącej fali poparcia, jaką ujrzeliśmy.” A następnie dodali, że reaktywują się "w chwili gdy tylko Graham Chapman [zmarły członek grupy] zmartwychwstanie. Ale nie takie rzeczy zdarzają się w popkulturze.

 

Jedenaście lat temu, na rok przed trzydziestą rocznicą, dali show w Aspen. John Cleese podsumował to tak: "Mieliśmy dziś spotkanie tu w Aspen, w namiocie tlenowym, i zdecydowaliśmy, ponieważ w następnym roku przypada trzydziesta rocznica Monty Pythona, że coś zrobimy... Zrobimy herbatę!”. Podczas przedstawienia grupa postanowiła rozprawić się nowoczesnym fenomenem pamięci zbiorowej. Spotkanie miało formę talk show. Prowadzący go komik Robert Chapman powiedział, iż żałuje, że nie ma z nimi Grahama Chapmana. "Ale on jest martwy", powiedział Idle. "Już go nie ma. Przestał istnieć", dodał Palin. "Martwy jak pie...ony kamień – dodał John Cleese - To tragedia. Ale przywiozłem go z Londynu. Czy możemy go wnieść?" Wtedy lokaj wszedł ze złotą urną i postawił przed nimi. Rozmowa toczyła się dalej, aż nagle Terry Gillam „przypadkowo” przewrócił pojemnik. Prochy rozsypały się na dywan. Zszokowana publiczność dopiero po chwili wybuchła śmiechem. Na scenie zapanował chaos. Lokaj z odkurzaczem próbował doprowadzić do porządku prochy Chapmana. Pomysł z urną podsunęli ludzie z telewizji. Pythoni - o dziwo - go podchwycili. Kiedy zaś od prowadzącego padło sakramentalne pytanie „Jak to się zaczęło?”, wszyscy naraz i każdy z osobna zaczął opowiadać własną wersję wydarzeń. Nie sposób nic z tego zrozumieć. Zawsze byli telewizyjnymi specjalistami od obśmiewania telewizji. Ówczesne BBC było najwyraźniej otwarte na krytykę, spolaryzowane opinie i gorące emocje, a przede wszystkim na myślenie.

Czy zapał krytyczny Pythonów odniósł sukces? Nie do końca. Po pierwsze, stali się gwiazdami popkultury, która lubi powtarzać „stare, dobre” gagi. Po drugie, Terry Jones w jednym z wywiadów powiedział, że obecnie Monty Python nie miałby szans, aby znaleźć się w telewizji, gdzie liczą się przede wszystkim wyniki oglądalności. Bo z tym z początku było ciężko. Kiedy sześciu gentlemanów po Oxfordzie i Cambridge (Graham Chapman, John Cleese, Eric Idle , Terry Jones, Michael Palin oraz jeden Amerykanin Terry Gilliam) przyszło do BBC z nowym programem, szefowie stacji postanowili, że w tytule ma być „cyrk”. Oni dodali „Monty Pythona”, ponieważ kojarzyło im się to z kiepskim agentem show biznesu. Do pierwszej odsłony dobrano publiczność, składającą się z emerytów, przekonanych, że będą oglądać cyrk. Nic dziwnego, że pierwsze reakcje na ich humor były chłodne. Kiedy zespół dostał Nagrodę Gwiazd Amerykańskiego Instytutu Filmowego za ważny i trwały wpływ na film i telewizję, John Cleese trzymając ją w ręce, rzucił z uśmiechem ze sceny: "W imieniu grupy, chciałbym powiedzieć kilka słów podziękowania. Jako Monty Python zaczynaliśmy razem dwadzieścia dziewięć lat temu. I oto otrzymaliśmy tę nagrodę... w końcu. Często się zastanawiam, jak bardzo pomogłaby nam w czasach, kiedy program walczył o widza, gdybyśmy ją wtedy dostali. Wiecie, jednak nie dostaliśmy. Faktycznie, nigdy nie dostaliśmy. Nic. Nawet pie...onej kiełbasy. Jednak teraz jesteśmy wszyscy bogaci i sławni, ale to inna historia, nieprawdaż?"

„Znani i lubiani”. Klasycy. Ich skecze - ten z papugą, ten o hiszpańskiej inkwizycji, ten o ministerstwie głupich kroków i ten z policzkowaniem się rybami oraz wiele innych - są powszechnie znane. Nucąc „Always look on the bright side of live” wielu ma przed oczami niepocieszonego Briana na krzyżu. Na niejednej imprezie można usłyszeć całe sekwencje dialogów z „Sensu życia”, czy „Świętego Graala”. Ich skecze można odbierać na wielu poziomach. Od zupełnie wulgarnego do wyrafinowanego. Jednak siła i sens kryje się w grze pomiędzy nimi. Odczytanie jej wymaga swoistego „wtajemniczenia”: zgody na absurdalny tok rozumowania i zdolności do śmiechu prawie ze wszystkiego, także z samego siebie. Ich skecze wciąż zapładniają i rozbrajają intelektualnie, ale stają się także uniwersalną tarczą dla pragnących uchodzić za bystrych, wyluzowanych, dowcipnych. Niegdyś byli „wrzodem na ciele” popkultury. Ale ta wie, jak zneutralizować wirusa. Świadomości ironicznego przesunięcia ich twórczości z awangardy w stronę głównego nurtu towarzyszy poczucie porażki: "Jedną z rzeczy, jaką staraliśmy się osiągnąć w programie, była próba stworzenia czegoś nieprzewidywalnego", powiedział Jones. "I sądzę, że fakt, iż słowo "pythonowska" [ang. "pythonesque"] znajduje się obecnie w oxfordzkim słowniku języka angielskiego, dowodzi tego, jak bardzo nam się to nie udało". Zawsze przy tworzeniu skeczy walczyli między sobą jak pies z kotem, dbali o materiał. Kiedy poczuli, że wpadli w tryby, wycofali się i rozwiązali grupę: „Obecnie nasze relacje są bardzo dobre, bo już nie musimy się tym przejmować". Każdy poszedł własną drogą, choć te jeszcze nie jeden raz miały się przeciąć.

"Firmowym znakiem naszego komizmu jest mieszanka niepokoju i wolności", powiedział Cleese. Nie odnosili się do aktualnych wydarzeń politycznych, ponieważ "Kiedy zaczynaliśmy, satyra była nimi nabita". Ale choć ich skecze wydają się tylko surrealistycznym wygłupem, najczęściej są także przenikliwą kpiną z brytyjskiego społeczeństwa, ich poszczególnych warstw i zawodów (ze specjalnym upodobaniem dla tych „mundurowych”, jak żołnierz, policjant, sędzia, lekarz, nauczyciel, kelner, królowa, artysta, redaktor, gdzie szablon zwalnia człowieka z samodzielnego myślenia) i z reprezentujących je instytucji.

Ich konikiem były parodie programów telewizyjnych – quizów, wywiadów, relacji sportowych, w końcu filmów historycznych. "Mieliśmy świadomość, że robimy show telewizyjny, ale także zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że najlepszą parodią telewizji jest sama telewizja, tak jak najlepszą parodię teatru robi się w teatrze. Jedną z najwspanialszych rzeczy, jakie słyszeliśmy od widzów było to, kiedy mówili nam, że każdy program telewizyjny, który pojawiał się po naszym programie, wydawał im się niesamowicie śmieszny" - powiedział John Cleese. Czegoś takiego jeszcze nie było - tak mocnego, obrazoburczego. Na pewne tematy się nie żartowało. Robili to jednak w tak rozbrajająco absurdalny sposób, że pełen „te niesmaczny” humor uchodził im to na sucho. Zresztą „w latach 60-tych wiele tematów stanowiło tabu, którymi tak naprawdę nikt się nie przejmował, więc ich łamanie stanowiło nieduże ryzyko", wyjaśniał Cleese. Niekiedy, jak na przykład w „scenie rzygania” w „Sensie życia” posunęli się daleko w korzystaniu z formuły dosadnego, ludycznego kawału.

Aby strącić na dół to, co nadęte i skostniałe, sięgali po humor slapsticowy, gry słowne, rubaszne gagi, absurdalne skojarzenia, przebieranki i erudycję. Wykorzystywali animowane, oryginalne wstawki autorstwa Terry'ego Gilliama, który w surrealny i brutalny sposób tworzył kolaże, pastwiąc się nad dziełami sztuki i powszechnie znanymi wizerunkami z życia publicznego.

Chcieli zrobić program, w którym nie wiadomo, co się za chwilę stanie. Ich skecze są formalnie „zepsute”: nie mają początku, ani zakończenia, chronologia się nie zgadza, postaci opuszczają zupełnie niespodziewanie jeden skecz, aby pojawić się zupełnie bez związku w innym, historie nie mają początku, ani końca. O puencie należy zapomnieć. Rozwój akcji może popłynąć w każdym kierunku, ze scenki do scenki przeprowadzić ma nas nonsensowna i oczywiście niespodziewana trzecia scenka, która z kolei może zakończyć się wkroczeniem nieznajomego, stwierdzającego, że skecz jest głupi, albo źle napisany.

Stworzyli wyjątkowy styl. Swój koncept zrealizowali tak perfekcyjnie, że komicy przychodzący po nich albo stawali się żałosnymi klonami, albo zmuszeni byli iść inną drogą.

Mimo pozorów światopogląd Pythonów wcale nie jest anarchiczny. Nie podobają im się zmiany w dzisiejszych mediach i obyczajach, czuć w nich odrobinę mizantropii. John Cleese tęskni za dawną, opartą na rozsądku i powściągliwości, brytyjską tożsamością. Oczywiście można być głupim i śmiesznym, ale jego interesuje pisanie o naturze ludzkiej, punktem wyjścia jego żartów są poważne lektury. Im większe zrozumienie, mądrość i rozwaga, tym bardziej znaczący i lepszy humor. Radzi mądrościowo, by żyć „godnie i pogodnie”. Na scenie nie mówi o tym wprost, bo wie, że ze swoimi predyspozycjami zniechęciłby w ten sposób widownię. Ktoś powiedział, że komik to najsmutniejszy zawód świata. Zapewne figura smutnego błazna to stereotyp. Jednak tkwi w nim ziarno prawdy. Pozostaje więc wypić herbatę za zdrowie Monty Pythonów.

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj