Recenzja filmu: "Lady Snowblood", reż. Toshiya Fujita
Urodzona mścicielka
Produkt gorszej kategorii, o którym by dzisiaj nikt nie pamiętał, gdyby nie Tarantino.

Japońska „Lady Snowblood”, która ukazuje się u nas na DVD, znana była dotychczas tylko ze słyszenia i to wyłącznie fanom Quentina Tarantino. Ów amator starych obrazów klasy B przyznawał się bowiem, że to właśnie „Lady” zainspirowała go do napisania scenariusza „Kill Billa”. Co takiego sławny amerykański reżyser zobaczył w filmie Toshiya Fujity z 1973 r.? Prawdopodobnie zachwycił go pomysł, że dzieła zemsty dokonuje nie, jak to w filmach japońskich bywało, samuraj nawykły do zabijania, lecz młoda, ładna dziewczyna o manierach damy. Ci, których dosięga jej niezawodny miecz, są zaskoczeni, ale zarazem zdumieni, że tak może wyglądać śmierć.

Kiedy poznamy tajemnicę dziewczyny, zrozumiemy, że nie może postępować inaczej. Taka była wola jej matki, kobiety skrzywdzonej i poniżonej, której wymordowano rodzinę, a następnie wtrącono ją do więzienia. W więzieniu zachodzi w ciążę z przypadkowym mężczyzną, by urodzić córkę – mścicielkę. Ta dorósłszy wypełnia uczciwie testament, dopadając po kolei złoczyńców. Mścicielka tnie równo, krew tryska jak woda z dziurawego węża strażackiej sikawki, w zbliżeniach zaś widać, że to zwyczajna farba, której musiano użyć na planie hektolitry. (W jednej ze scen mamy dosłownie „morze krwi”).

Film jest chwilami okrutny, ale jednocześnie sentymentalny, co wyraża się już w wyszukanych tytułach rozdziałów, z których się składa, np. „Krwawy deszcz, rozdarte serce”. W tle przeżywająca przyśpieszoną modernizację Japonia drugiej połowy XIX w. Nie da się ukryć, że to produkt gorszej kategorii, o którym by dzisiaj nikt nie pamiętał, gdyby nie Tarantino, który ma niesamowity dar uszlachetniania kiczu.

 

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj