Recenzja filmu: "Nigdy nie mów nigdy", reż. Wojciech Pacyna
Nigdy nie mów nigdy
Najgorsze jest to, że i tak z góry wiemy, jak to wszystko się skończy.

Czytaj także

Aktorzy Anna Dereszowska i Jan Wieczorkowski, którzy z powodzeniem mogliby spotkać się w dowolnej polskiej telenoweli (może już się spotkali?), w „Nigdy nie mów nigdy” męczą się straszliwie odtwarzając bohaterów, którym debiutujący reżyser Wojciech Pacyna każe udawać, że mają niesłychanie skomplikowane życie wewnętrzne. Ona jest headhunterką w wielkiej korporacji, bardzo wybitną, o czym przypomina jej co jakiś czas znający się na rzeczy szef, ale w życiu prywatnym ma mniej sukcesów. Zapoluje czasem na jakiegoś mężczyznę, ale to tylko zabawa, nie poważne łowy.

On jest informatykiem i jej klientem, dla którego zrobi wyjątek – mianowicie umówi się na randkę, czego robić nie powinna. Zapewne intuicja szepnęła jej do ucha – to ten!, dlatego złamała żelazne zasady. Już w tym momencie mógłby pojawić się napis: „I żyli sobie razem długo i szczęśliwie”, lecz przecież film musi mieć swój metraż. Pojawiają się zatem komplikacje, ona niby chce być z nim, a właściwie to nie chce – nawet wtedy, kiedy przy pierwszej sposobności zachodzi w ciążę (mimo że wcześniej ginekolog odebrał jej nadzieję). On wyjeżdża, ale chce wrócić, lecz ona nie chce, a może jednak trochę chce itp.

Najgorsze jest jednak to, że i tak z góry wiemy, jak to wszystko się skończy. Tak że z filmów noszących tytuł „Nigdy nie mów nigdy” zdecydowanie wolę ten z 1983 r., mimo że to wcale nie był najlepszy „Bond”.

 

Poleć stronę

Zamknij