Recenzja filmu: "Paranormal Activity", reż. Oren Peli

Paranormal Activity
Nie ma krwi, nie ma efektów specjalnych, a coś wbija w fotel

Początek filmu „Paranormal Activity” wydaje się banalny. Piękny dom z basenem, niewielkim ogródkiem i sportowym autem na podjeździe. W domu młodzi zakochani Katie (Katie Featherston) i Micah (Micah Sloat). Obserwujemy ich życie jak w wideoblogu, których tysiące w Internecie – bohaterowie myją zęby, czytają, jedzą. Nic się nie dzieje, ale tylko do czasu.

Nocą Katie słyszy bowiem dziwny dźwięk, jakby stukot, szept... Micah kupuje kamerę i włącza ją w ich sypialni, a każdego ranka ogląda film z minionej nocy. Bawi się w detektywa, stara się wszystko racjonalnie wytłumaczyć: skrzypnięcie drzwi to wiatr, odgłos kroków to pewnie niedomknięte okno. Ale metoda zawodzi, co dostrzega także widz, który czuje się tak, jakby siedział w sypialnianej szafie i obserwował przez szparę coraz bardziej niesamowite nocne życie tej pary. W pewnym momencie chce się uciekać z tej szafy jak najdalej. Ale nie można, gdyż tytułowa paranormalna siła każe patrzeć do końca. Nie ma krwi, nie ma efektów specjalnych, a coś wbija w fotel.

Reżyser Oren Peli, niewątpliwie zafascynowany „The Blair witch Project” i „Egzorcyzmami Emily Rose”, nakręcił tani, bo za kilkanaście tysięcy dolarów, film o zwykłych ludziach. I ta zwyczajność przeraża najbardziej. Prosty, genialny pomysł, prawdziwa gra aktorów, perfekcyjnie stopniowane napięcie – to wszystko sprawia, że film nie daje nam spokoju także po wyjściu z kina i powrocie do domu. Może u nas też coś za chwilę zaskrzypi?

 

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj