Recenzja filmu: "Zdobyć Woodstock", reż. Ang Lee

Zdobyć Woodstock
Ang Lee przygląda się narodzinom hipisowskiej legendy z boku oczami nieprzeczuwających nadchodzącej rewolucji prowincjuszy
materiały prasowe

W połowie sierpnia minęła 40 rocznica legendarnego festiwalu rockowego Woodstock. Na farmę Bethel koło Nowego Jorku zjechało wówczas ponad pół miliona hipisów. Pięć razy więcej niż się spodziewano. Film Anga Lee „Zdobyć Woodstock” rekonstruuje niejako od kuchni przygotowania do trzydniowego koncertu. Za pieniądze uzyskane ze sprzedaży biletów Billy, przedsiębiorczy syn właścicieli zrujnowanego motelu, wraz z weteranem wojny w Wietnamie i transwestytą ratują upadający interes. Przy okazji każdy z nich uświadamia sobie, kim już nie potrafi być i czego naprawdę oczekuje od życia.

Ang Lee tak prowadzi narrację, by w małej kropli dostrzec większą całość. Przygląda się narodzinom hipisowskiej legendy z boku oczami nieprzeczuwających nadchodzącej rewolucji prowincjuszy, którzy w szczególny sposób w końcu jej ulegają. „Zdobyć Woodstock” stylistycznie nawiązuje do dokumentu Michaela Wadleigha z 1970 r., opisującego nader swobodne zachowania muzyków i widowni. Mimo powtórzenia charakterystycznych zabiegów formalnych: dzielenia ekranu na trzy albo cztery części, nie zawiera jednak ani jednej sceny z rockowego show. Zamiast muzycznego spektaklu jest obyczajowa historia: jak ze skromnej wiejskiej imprezy dla miejscowych farmerów rodzi się gigantyczne, improwizowane widowisko, nad którym stopniowo tracą panowanie organizatorzy i uczestnicy. Przekorna przypowieść o tym, jak życie potrafi (na krótko) przemienić się w utopię.

 

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj