szukaj
Recenzja filmu: "Wszystko, co kocham", reż. Jacek Borcuch
Wszystko, co kocham
Skromny, dojrzały i emocjonalnie obezwładniający film

Za Jackiem Borcuchem ciągnie się fama artysty nastroju, który wszedł do polskiego kina tylnymi drzwiami. Był aktorem, ważną postacią offu. Później bez reżyserskiego dyplomu nakręcił półamatorskie „Tulipany”.

Melodramat „Wszystko, co kocham” zwłaszcza starszym widzom też pewnie kojarzyć się będzie z anachroniczną formą i wieczną niedojrzałością, ale to rzecz zupełnie innego kalibru. O braku profesjonalizmu nie może być mowy. Skromny, dojrzały, emocjonalnie obezwładniający film 39-letniego Borcucha przypomina nieco spóźniony nostalgiczno-melancholijny manifest o buncie i dojrzewaniu w realiach nadmorskiego prowincjonalnego miasteczka tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego. Zachwyca bezpretensjonalność reżysera, przedstawiającego na ekranie kawałek własnego życiorysu, a zarazem fragment pokoleniowego doświadczenia dzieci Solidarności: narodziny pierwszego uczucia, gorycz miłosnego zawodu, szczeniacką walkę przeciwko systemowi.

W grupie dorastających bohaterów zakładających punkową kapelę na plan pierwszy wysuwa się los jednego z braci, syna kapitana marynarki wojennej (świetny Mateusz Kościukiewicz), oraz jego szkolnej koleżanki, córki działacza związkowego (Olga Frycz), w której tragicznie się zakochuje. Jak każdy reżyser-poeta, Borcuch opowiada romantyczną love story, przywiązując wagę bardziej do budowania intymnej atmosfery, smakowania ulotnych chwil aniżeli historycznych realiów, choć i one liczą się tu bardzo.

Po znakomitym przyjęciu na festiwalu w Pusan, „Wszystko, co kocham” zaproszono do konkursu w Sundance. To zaskakujący, w pełni zasłużony sukces utalentowanego twórcy i jego autorskiego filmu.

 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj