szukaj
Recenzja filmu: "Autor widmo", reż. Roman Polański
Widmo Romana
Trzymający w napięciu polityczny thriller z kluczem. Opowieść o manipulacji i spisku tajnych służb wspierających amerykańskie dążenia do globalnej dominacji.

Nieprawdą okazały się pogłoski, że siedzący od kilku miesięcy w areszcie załamany reżyser nie zdoła tego filmu ukończyć. Światowa premiera „Autora widmo” odbyła się kilka dni temu na międzynarodowym festiwalu w Berlinie, gdzie przyjęto go bardzo ciepło. Nie widać żadnych oznak paniki, nieprzemyślanych decyzji, montażowego chaosu wywołanych ograniczeniem reżyserskiej kontroli. Polański miał wgląd w finalny etap prac, przy których osobiście nie mógł uczestniczyć. W pełni odpowiada za ostateczny kształt filmu – wierną adaptację sensacyjnej książki Roberta Harrisa „Ghostwriter”.

Niecodzienne warunki, w jakich powstawał film, medialny szum wywołany niekończącą się dyskusją o winie Polańskiego i czekającej go ekstradycji do Stanów Zjednoczonych złożyły się na trudny do rozsupłania emocjonalny splot. Nie sposób na przykład rozstrzygnąć, czy chwaląc gatunkową finezję i nazywając film najlepszym komercyjnym przedsięwzięciem od czasu „Chinatown” krytycy nie wyrażają przy okazji swojej solidarności z reżyserem zamkniętym w szwajcarskim kurorcie Gstaad. Nie wiadomo też, czy atakując go za niedzisiejszy, hitchcockowski sposób reżyserowania mają na myśli wyłącznie wartości artystyczne, czy też dystansują się w ogóle do sprawy Polańskiego. Trudno oszacować wreszcie, na ile ta wrzawa będzie sprzyjała promocji filmu i czy nie skończy się ona podobnie jak w przypadku zlekceważonych przez publiczność „Dziewiątych wrót”.

Z Polańskim było tak jednak zawsze. Chyba wszyscy już wiedzą, że życie reżysera w szczególny sposób wpisane jest w jego dzieło i na odwrót.  Że ma on dar przyciągania do siebie ciemnych mocy, o których opowiada, antycypując niekiedy nieszczęścia, które na niego potem spadają. Patrząc pod tym kątem na „Autora widmo” nie sposób i tu nie dostrzec komentarza i wielu analogii do obecnej sytuacji artysty. Wszak jest to opowieść o człowieku sukcesu, byłym premierze Wielkiej Brytanii Adamie Langu (Pierce Brosnan), oskarżonym o grzechy, które wedle jego sumienia zanadto go nie obciążają. Chcąc uniknąć grożącego mu procesu wytoczonego przez Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości w Hadze zamyka się w położonej na odludziu willi na wyspie Martha Vineyard na Wschodnim Wybrzeżu, stając się zwierzyną łowną polujących na niego dziennikarzy. Na Langu tak jak na Polańskim ciążą poważne zarzuty, mimo to obaj walczą o swoje dobre imię, mając potencjalnie nawet spore szanse, by wyjść cało z opresji. W końcu jednak nieubłagany los ich dopada. Stają się marionetkami w rozgrywce dużo potężniejszych od nich sił.

„Autor widmo” jest jednocześnie uniwersalną przypowieścią czerpiącą z bogatego arsenału ulubionych pomysłów reżysera. Znajdziemy w nim wszystko, co Polański kocha i do czego przyzwyczaił swoich widzów. Klaustrofobiczną atmosferę rodem z Kafki. Sytuację osaczenia głównego bohatera, którym okazuje się niespełniony literat wynajęty do napisania autobiografii Langa. Fabułę na pograniczu koszmarnego snu i jawy. Dobrze znany choćby z „Dziecka Rosemary”, „Chinatown” i „Lokatora” motyw losu jako pułapki. Labiryntu, w którym człowiek się gubi. Utraty tożsamości wywołanej nadmiernym zapatrzeniem w cudzą osobowość itd.

Autor Widmo”, co warto raz jeszcze podkreślić, jest zabawą, thrillerem, miejscami nawet dowcipnym, więc zbyt poważnie traktować go nie należy. Zwycięstwo Polańskiego polega jednak na tym, że jeśli próbuje się odkryć drugie dno, jest o czym myśleć. Weźmy inny przykład: tytułowego, bezimiennego autora granego przez Ewana McGregora. To on, zajmując się pisaniem autobiografii byłego premiera odkrywa, że „Wolny Świat przechodzi na ciemną stronę mocy”. A przy okazji dowiaduje się, że został wynajęty po to właśnie, aby tego nie odkryć. Nie miał na tyle talentu, aby zostać ambitnym pisarzem, ani zawodowej uczciwości, aby pisać prawdę. Jest doskonałym przykładem dziennikarskiej beztroski. Jak to zgrabnie ujął Robert Harris, czerpiąc ze swego pisania niemałe korzyści współtworzy globalny kult idioty. Tworząc autobiografie telewizyjnych iluzjonistów, piłkarzy, aktorek z wielkim biustem wynosi na ołtarze debila. Dlatego tylko on – murzyn służący gwiazdorom popkultury – może napisać wspomnienia premiera, w których nie znajdzie się to, co najważniejsze. Czy nie na tym polega paranoja współczesnych mediów?

Paradoksalnie spotkanie piszącego błazna z politykiem-marionetką okazuje się pojedynkiem równego z równym. Naprzeciwko siebie zasiadają dwaj naiwni, oderwani od rzeczywistości frustraci. Nieudany artysta, ghostwriter, ma władzę, której nie potrafi należycie wykorzystać. Marzący o aktorstwie były premier utracił władzę, która go przerosła. Obaj zostali oszukani i ponoszą klęskę. To kwintesencja myślenia Polańskiego. Tragedia, absurd, groteska w służbie szatańskiego spisku.

***

To jest skrócona wersja tekstu. Cały artykuł opublikowany został w "Polityce" nr 8/2010.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj