Recenzja filmu: "Białe szaleństwo", reż. Rune Denstad Langlo

Na północ
"Kumpel z Polski” jednego z bohaterów nauczył go „pić” alkohol przez skórę

Polski tytuł „Białe szaleństwo” (w oryginale było po prostu „Nord”) może być trochę mylący, gdyż kojarzy się nieodparcie z wyczynami na stokach narciarskich, których w dziele Norwega Rune Denstada Langlo raczej nie zobaczymy. Wprawdzie trzydziestoletni Jomar, główny bohater filmu, był kiedyś narciarzem, potem pracował przy wyciągu, ale kiedy go poznajemy, postanawia odmienić swe życie.

Dowiedziawszy się, że na północy mieszka jego była dziewczyna z ich paroletnim synkiem, postanawia ich odszukać. Wyrusza skuterem śnieżnym w bardzo daleką podróż, która zakończy się w ostatniej scenie filmu. Jak pisano w recenzjach po kinowej premierze, „Białe szaleństwo” to film drogi, w którym żadnej drogi nie ma. Są natomiast norweskie bezdroża północy, tak rozległe, że chwilami nasz bohater jest w kadrze zaledwie maleńkim czarnym punkcikiem na białym tle.

Etapy tej wędrówki wyznaczają spotkania z ludźmi, którzy z rozmaitych powodów postanowili schronić się na północy. Będzie to np. stara kobieta z wnuczką, która zamieszkała na pustkowiu, gdyż nie lubi gości, czekający na śmierć samotnik w wigwamie ustawionym na środku zamarzniętego jeziora czy młody outsider, którego „kumpel z Polski” nauczył „pić” alkohol przez skórę na wygolonym czubie głowy, itp. Wszyscy są trochę podobni do Jomara – nieudacznicy, ale jednak sympatyczni, do polubienia.

Film reklamowany jest sloganem „Antydepresyjna komedia zza kręgu polarnego”, co brzmi zachęcająco, zwłaszcza że nasza zima powoli się kończy.

 

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj