Recenzja filmu: "Listy do Julii", reż. Gary Winnick

Listy do Julii
Na miłość nigdy nie jest za wcześnie

Kiedy młoda Amerykanka jedzie do Italii, z góry można przewidzieć, iż przeżyje tam romantyczne chwile, które odmienią jej życie. Nawet jeżeli udaje się w podróż z narzeczonym, gotowa do ślubu, jak bohaterka „Listów do Julii” (reż. Gary Winnick). Researcherka „New Yorkera”, marząca po cichu o karierze pisarskiej, podczas pobytu w Weronie znajduje w murze kamienicy Julii pozostawiony tam 50 lat wcześniej list Angielki, która tłumaczy nieszczęśliwej kochance z szekspirowskiego dramatu, dlaczego nie przyszła na randkę z synem miejscowego farmera. Amerykanka postanawia odnaleźć po pół wieku spóźnionych kochanków.

Wkrótce do Werony przyjeżdża starsza pani ze swym wnukiem, by odbyć podróż w przeszłość. Razem będą szukać postarzałego o 50 lat amanta, który pechowo nazywa się Lorenzo Bartolini, czyli tak, jakby w Polsce musiały odnaleźć Jana Kowalskiego. To dopiero początek filmu, a już możemy precyzyjnie przewidzieć, jak cała historia się zakończy, i w ogóle nie wzruszamy się, kiedy poszukiwania wydają się daremne. W końcu po to w okolicy jest tyle balkonów, by zostały użyte w scenach miłosnych wyznań. Jak się okaże, na miłość nigdy nie jest za późno, co może nie jest zbyt oryginalną pointą, już bardziej świeże jest drugie odkrycie – że mianowicie na miłość nigdy nie jest za wcześnie. W każdym razie nie należy odkładać jej na później, o czym najwyraźniej zapomniał początkujący biznesmen, najbardziej przegrana figura tego filmu.

W „Listach” wystąpiła znakomita ekipa aktorska, Amanda Seyfried (ta z „Mamma Mia!”), Gael Garcia Bernal, Vanessa Redgrave i Franco Nero, ale naprawdę główną rolę zagrał toskański krajobraz, który oczywiście jeszcze przyjemniej byłoby zobaczyć w realu.

 

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj