Recenzja filmu: "Koszmar z ulicy wiązów", reż. Samuel Bayer

Koszmar z ulicy wiązów
Aktorki nie są już tak urodziwe jak w pierwszym odcinku, co obniża to zdecydowanie jakość filmu

Po siedmiu sequelach, twórczo rozwijających wątki polowania na seksowne małolaty przez sadystycznego Freddy’ego Krugera, zabawa rozpoczyna się od nowa. 26 lat od premiery klasyka horroru autorstwa Wesa Cravena Amerykanie nakręcili nową jego wersję, tylko z nieznacznie zmodyfikowanym scenariuszem, za to z całkiem świeżą obsadą.

Niestety, wśród plejady młodych gwiazd na próżno wypatrywać następców Johnny’ego Deppa, który wcielił się w oryginale w rolę jednego z prześladowanych adoratorów szlachtowanych dziewcząt. Co gorsza, aktorki grające ofiary potwora grasującego w ich snach, uzbrojonego w pakiet noży zamiast palców i uwodzicielsko zasłaniającego zmasakrowaną twarz kapeluszem typu fedora, nie są już tak urodziwe jak w pierwszym odcinku. Obniża to zdecydowanie jakość filmu, ale od czego są kolejne remaki.

Co do głównego bohatera, granego przez laureata Oscara Jackie Earle Haleya, da się o nim powiedzieć trochę więcej dobrego. Ucharakteryzowany na mumię w czerwono-zielonym sweterku, z rysami ósmego pasażera Nostromo, straszy głównie wtedy, gdy pokazuje swoje lśniące ostrza na przykład kąpiącej się w wannie nagiej licealistce. Nową wersję przeboju wytwórni New Line Cinema wyreżyserował debiutant Samuel Bayer. Pozostaje mieć nadzieję, że kolejne części zostaną powierzone bardziej wyrazistym osobowościom.

 

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj