Recenzja filmu: "Wichry Kołymy", reż. Marleena Gorris

Miłość w łagrze
Wiernie i bez silenia się na jakieś narracyjne wolty oddaje zmagania udręczonej kobiety, której odebrano nadzieję na powrót do żywych.
materiały prasowe

Eugenia Ginzburg była komunistką, wykładała literaturę na uniwersytecie w Kazaniu, miała kochającego męża, równie oddanego radzieckiej władzy co ona, oraz dwójkę małych dzieci. Jak wielu idealistów padła ofiarą stalinowskich czystek. W latach 30. ubiegłego wieku po pokazowym procesie i więziennych torturach została zesłana nad Kołymę, gdzie z 10-letnim wyrokiem przesiedziała w sumie 18 lat.

Realistyczny dramat Holenderki Marleeny Gorris „Wichry Kołymy” wiernie i bez silenia się na jakieś narracyjne wolty oddaje zmagania udręczonej, osamotnionej kobiety, której odebrano nadzieję na powrót do żywych. Dzięki miłości nauczycielce granej z dużym wyczuciem przez Emily Watson udaje się odzyskać wiarę w człowieczeństwo.

Oparty na pamiętnikach Ginzburg film Gorris jest przede wszystkim świadectwem zmagań bohaterki z potworną niesprawiedliwością. Spory udział przy jego powstawaniu mieli Polacy. „Wichry Kołymy” wyprodukował Piotr Mularuk, mający już na swoim koncie współpracę z Peterem Greenawayem. Zdjęcia w przeważającej mierze kręcono w Polsce, a w rolach drugoplanowych zobaczymy kilkudziesięciu naszych aktorów – od Agaty Buzek i Beaty Fudalej po Krzysztofa Globisza i Zbigniewa Zamachowskiego. 

Wichry Kołymy, reż. Marleena Gorris, prod. Niemcy, Francja, Polska, 117 min

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj