Recenzja filmu:"Harry Potter i insygnia śmierci cz. 1", reż. David Yates
Śmierciożercy w Ministerstwie Magii
W części pierwszej, kończącej całość cyklu, oglądamy rozwleczoną niemiłosiernie fabułę, koncentrującą się głównie na mało istotnych szczegółach.
materiały prasowe

Twórcy serii o nastoletnim czarodzieju obiecywali, że ostatnia część sagi przyćmi wszystko, co do tej pory na ten temat powstało. Słowa nie dotrzymali, bo obfitującą w wizualne atrakcje wersję 3D przygotowali tylko dla finałowej dogrywki, na którą trzeba będzie poczekać aż do lipca. Zanim dojdzie do meritum, czyli poszukiwania i niszczenia horkruksów, czyli obiektów, w których wrogowie kryją fragmenty duszy, Harry odbędzie podniebną podróż na motocyklu, jego arcyprzeciwnik Voldemort zmusi węża do połknięcia bogu ducha winnej nauczycielki z Hogwartu, a zwolennicy Voldemorta – Śmierciożercy – opanują Ministerstwo Magii.

Wciągających emocjonalnie sekwencji nie zauważyłem. Może z wyjątkiem naprawdę ciekawej formalnie animowanej wstawki, ilustrującej baśń o trzech braciach, którzy spotkali nad rzeką Kostuchę.

Niestety, pojawia się ona pod koniec filmu i trwa zaledwie kilka minut. David Yates unika jak ognia pokazywania napiętych, podszytych erotyzmem relacji Harry’ego i Hermiony, a kiedy próbuje złamać dziecinną konwencję bajki, wychodzi mu parodia „Zmierzchu”. W aktorstwie też nie ma postępu. Trójka wykonawców gra tak samo przeciętnie jak przedtem, no może na słowa uznania zasłużył tym razem Rupert Grint w roli zazdrosnego do nieprzytomności Rona. Pozostaje uzbroić się w cierpliwość i nie tracić resztek nadziei przed premierą „Harry’ego Pottera i insygniów śmierci cz. 2”.

Harry Potter i insygnia śmierci cz. 1, reż. David Yates, prod. USA, 145 min

 

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj