Recenzja filmu: "Para na życie", reż. Sam Mendes
Poznaj współczesną rodzinę
Film wygląda na uzupełnienie albo rewers „Drogi do szczęścia”, depresyjnego dramatu, nakręconego trzy lata temu.
W powodzi walentynkowej słodyczy ten film to rzecz godna polecenia.
Best Film/materiały prasowe

W powodzi walentynkowej słodyczy ten film to rzecz godna polecenia.

Jak wyglądają relacje wewnątrzrodzinne u progu XXI w.? Czy obowiązują jakieś normy wychowywania dzieci? W jaki sposób pogodzić pragnienie samorealizacji z poświęceniem dla bliskich? Wszystkie te pytania – a w szczególności jedno zasadnicze: czy w imię miłości człowiek chce i potrafi wyrzec się egoizmu – powracają w niecodziennej komedii Sama Mendesa „Para na życie” (nie mylić z fińskim dokumentem „Para do życia”). Film wygląda na uzupełnienie albo rewers „Drogi do szczęścia”, depresyjnego dramatu, nakręconego trzy lata temu z romantyczną parą z „Titanica” (DiCaprio–Winslet), która zdradzała się i dręczyła z powodu niezaspokojonych wyższych ambicji w nudnym małżeństwie.

Tu oglądamy nieznanych aktorów: Johna Krasinskiego i Mayę Rudolph, grających szczęśliwych, kochających się 30-letnich luzaków, którzy muszą coś zmienić w swoim beztroskim życiu, bo ona zachodzi w ciążę. Podróżując po Stanach, szukając wsparcia, nowej pracy, mieszkania, ze zdziwieniem odnotowują, że wszyscy wokół są zdecydowanie większymi od nich wariatami. Rodzice chłopaka, modląc się przed posiłkiem do Wszechmocnego Organizatora Pożywienia, bez skrępowania oświadczają, że nie zamierzają im pomagać, ponieważ sprzedają dom i przeprowadzają się na 5 lat do wymarzonej Antwerpii. Koleżanka, buddystka, która chwali się, że rodząc doświadczyła najdłuższego w życiu orgazmu, udziela im porad, jak uniknąć emocjonalnego dysfunkcjonalizmu – wystarczy nie wozić niemowlaka w wózku.

Groteskowych scenek, ilustrujących relatywizm wartości, inflację wzorców, ucieczkę od odpowiedzialności, brak zasad, słowem współczesną paranoję obyczajową ery triumfującej konsumpcji, jest w tym filmie cała masa. Wszystkie są przewrotne, ale nie każda dowcipna i na wysokim poziomie, bo co tu zrobić, słysząc takie oto wzniosłe wyznanie miłosne: „zawsze będę cię kochał, nawet jak nie będę mógł znaleźć twojej waginy, gdy będziesz gruba”. Generalnie „Para na życie” poziom jednak trzyma, satyrycznego spojrzenia i inteligencji jej nie brakuje. W powodzi walentynkowej słodyczy to rzecz godna polecenia.

Para na życie, reż. Sam Mendes, prod. USA, Wielka Brytania, 98 min

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj