szukaj
Recenzja filmu: "Zwyczajna historia", reż. Anocha Suwichakornpong
Azjatyckie horyzonty
Utrzymana w poetyce minimalizmu metaforyczna historia przyjaźni dwóch młodzieńców.
Historia przyjaźni na wpół sparaliżowanego studenta reżyserii i opiekującego się nim pielęgniarza, niedoszłego pisarza
materiały prasowe

Historia przyjaźni na wpół sparaliżowanego studenta reżyserii i opiekującego się nim pielęgniarza, niedoszłego pisarza

Debiut fabularny nieznanej szerzej reżyserki azjatyckiej Anochy Suwichakornpong „Zwyczajna historia” wygrał zasłużenie ubiegłoroczny festiwal Era Nowe Horyzonty, ale nie wszystkim przypadnie do gustu. To wolno, niechronologicznie opowiadana, utrzymana w poetyce minimalizmu metaforyczna historia przyjaźni dwóch młodzieńców. Na wpół sparaliżowanego studenta reżyserii i opiekującego się nim pielęgniarza, niedoszłego pisarza. Obaj muszą się pogodzić z życiową klęską, skorygować plany, nauczyć się na nowo poruszać w społeczeństwie.

Mimo znajomo brzmiącej fabuły nie wszystko w tym filmie wydaje się oczywiste. Reżyserka kładzie nacisk na relacje wewnątrzrodzinne, różnice klasowe, sporo też pojawia się niestety dla nas nieczytelnych – aluzji do skomplikowanej sytuacji politycznej w Tajlandii. Lecz nawet bez zagłębiania się w ten zagmatwany kontekst „Zwyczajna historia” broni się jako uniwersalne studium psychologiczne o pragnieniu wyrwania się do lepszego świata. Ogromne wrażenie robi finałowa sekwencja wpisująca jednostkowy los bohaterów w kosmiczny cykl narodzin i umierania materii. Zaskakujące, dojrzałe, filozoficzne kino dla koneserów.

Zwyczajna historia, reż. Anocha Suwichakornpong, prod. Tajlandia, 82 min

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj