Recenzja filmu: "Trzy minuty. 21:37"

Puste symbole
Naszkicowany grubą kreską wielowątkowy film Macieja Ślesickiego zasmuca. Głównie od strony formalnej.
Rozwodników i dziwkarzy spotyka zasłużona kara, a obudzone uderzeniem kija w łeb ich sumienie czyni ich lepszymi
Monolith/materiały prasowe

Rozwodników i dziwkarzy spotyka zasłużona kara, a obudzone uderzeniem kija w łeb ich sumienie czyni ich lepszymi

Czy śmierć Jana Pawła II odmieniła duchowo Polaków? Twórca popularnego serialu „13 posterunek” w epicko zakrojonym dramacie psychologicznym „Trzy minuty. 21:37” stara się wykazać, że i owszem. Dzięki społecznej energii wyzwolonej w momencie odejścia papieża upadli artyści odzyskują wiarę w miłość, dostrzegając całą nędzę chałturzenia i uganiania się za mamoną. Rozwodników, dziwkarzy spotyka zasłużona kara, a obudzone uderzeniem kija w łeb ich sumienie czyni ich lepszymi, mimo że muszą pozostać do końca życia na wózku inwalidzkim. Zaś prości, o złotym sercu ludzie, co to klepią biedę, zapijają się z rozpaczy i boją komornika, w końcu też wychodzą na prostą.

Trudno o bardziej optymistyczne przesłanie, a jednak naszkicowany grubą kreską wielowątkowy film Macieja Ślesickiego zasmuca. Głównie od strony formalnej. Pal licho, że konwencja nieudolnie przypomina eksperymenty czasowe w „Babel” Inarritu (uczyć się warto od najlepszych). Gorsze jest to, że mimo ciekawego pomysłu reżyser nie bardzo panuje nad prawdopodobieństwem sytuacji, budowaniem wiarygodnych relacji międzyludzkich, autentyzmem zachowań, sprowadzając wszystko do grepsów, banału, pustych symboli.

Trzy minuty. 21:37, reż. Maciej Ślesicki, prod. Polska, 120 min

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj