Recenzja filmu: "Pościg we mgle", reż. Bertrand Tavernier

Zobaczyć Amerykę
To bardzo dziwny eksperyment, nietypowy gatunkowo, bo miesza konwencję thrillera z kryminałem i filmu w filmie.
materiały prasowe

Każdy europejski reżyser (lub prawie każdy), dostając szansę nakręcenia filmu w Stanach Zjednoczonych, musi się zmierzyć z mitem hollywoodzkiej produkcji. Znany admirator amerykańskiego kina Francuz Bertrand Tavernier, który jeszcze jako dziennikarz napisał na ten temat kilka książek, nie marnuje okazji. Pamiętny dramat „Około północy”, zrealizowany w połowie lat 80., poświęcił spotkaniu legendarnych muzyków jazzowych, m.in. Harbie Hancocka, Dextera Gordona i Johna McLaughlina.

Jeden z najnowszych, „Pościg we mgle” – apokaliptycznym nastrojom po przejściu huraganu Katrina w Nowym Orleanie. To bardzo dziwny eksperyment, nietypowy gatunkowo, bo miesza konwencję thrillera z kryminałem i filmu w filmie. Tommy Lee Jones gra detektywa, który wpada na trop seryjnego zabójcy młodych kobiet. Błądząc po bagnistych terenach Luizjany, spotyka konfederatów z czasu wojny secesyjnej i lokalnego mafioso, który zajmuje się rozkręcaniem biznesu filmowego. „Pościg we mgle” jest dość wierną adaptacją sensacyjnej powieści Jamesa Lee Burke’a „Elektryczna mgła”, bynajmniej jednak nie sztampową. Warto się przekonać, co z tej mieszanki powstało.

Pościg we mgle, reż. Bertrand Tavernier, prod. USA/Francja, 125 min

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj