Recenzja filmu: "Maraton tańca", reż. Magdalena Łazarkiewicz
Dziękuję, nie tańczę
Niestety, wszystko w tym filmie jest do bólu stereotypowe i wtórne.
Grzegorz Kwiecień i Olga Frycz ogrywają stereotyp
materiały prasowe

Grzegorz Kwiecień i Olga Frycz ogrywają stereotyp

Tym razem miało być inaczej, coś w czeskim stylu, w dodatku z wyraźną inspiracją głośnym filmem Sydneya Pollacka „Czyż nie dobija się koni?”, lecz wyszło jak zawsze – czyli jak dobija się polską komedię. Przepis jest prosty i stosowany z powodzeniem w wielu poprzednich podobnych produkcjach, a polega w wielkim skrócie na tym, że robi się film dysponując zaledwie szkicem scenariusza złożonego z ciągu luźno powiązanych ze sobą skeczy, z reguły średnio śmiesznych.

W filmie Magdaleny Łazarkiewicz akcja koncentruje się wokół tytułowego maratonu tańca, organizowanego w małym dolnośląskim miasteczku przez objazdową ekipę hochsztaplerów powiązaną z szemranym prezesem, kandydatem na senatora (kandydat nazywa się Stokrotny, co bystremu widzowi powinno skojarzyć się z pewnym autentycznym nazwiskiem). Konferansjer (parodia konferansjera) nawija od pierwszej sceny, szansonistka (parodia szansonistki) smętnie nuci, a każdy z uczestników turnieju ma ważne powody, by marzyć o głównej wygranej (50 tys. zł), dzięki której odmieni swe marne życie.

Niestety, wszystko w tym filmie jest do bólu stereotypowe i wtórne. Mało śmieszą ludowe typy w stylu trzech nygusów siedzących na ławeczce przed sklepem w serialu „Ranczo”. Sam turniej tańca nie wciąga, więc na zaproszenie do tego „Maratonu tańca” najlepiej odpowiedzieć – dziękuję, nie tańczę.

Maraton tańca, reż. Magdalena Łazarkiewicz, prod. Polska, 98 min

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj