Recenzja filmu: "Męski erotyk", reż. Jorgen Leth

Reżyser i jego wszystkie kochanki
Najbardziej osobiste dokonanie reżysera, na granicy ekshibicjonizmu.
Reżyser w różnych egzotycznych zakątkach świata rejestrował swoje spotkania z kobietami, które próbował namówić do zagrania w filmie erotycznym. Na zdj. jedna z nich
materiały prasowe

Reżyser w różnych egzotycznych zakątkach świata rejestrował swoje spotkania z kobietami, które próbował namówić do zagrania w filmie erotycznym. Na zdj. jedna z nich

Duński mistrz dokumentu Jørgen Leth znany jest polskim widzom głównie z eksperymentalnych „Pięciu nieczystych zagrań”, zrealizowanych do spółki z niepokornym uczniem Larsem von Trierem. Poetycki esej „Męski erotyk” to rzecz innego kalibru. Najbardziej osobiste dokonanie reżysera, na granicy ekshibicjonizmu. Składa się z prywatnych nagrań Letha. Ten w różnych egzotycznych zakątkach świata – od São Paulo i Rio de Janeiro, po Balem, Dakar, Tokio – rejestrował swoje spotkania z kobietami, które próbował namówić do zagrania w filmie erotycznym – bez udziału mężczyzn. Pytał je, czy zgodzą się wystąpić nago, kazał czytać pikantne wiersze, z niektórymi uprawiał seks, a następnie oceniał w skali od jednego do czterech. Można go odczytać jako metaforę narcyzmu skruszonego upływem czasu. Albo odważną spowiedź szacownego artysty, konsula przyznającego się w końcu do swojej największej słabości – seksoholizmu. Film wywołał sensację na świecie. Feministki pewnie rozszarpią go na strzępy.

Męski erotyk, reż. Jørgen Leth, prod. Dania, 90 min

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj