Recenzja filmu: "Latająca maszyna", reż. Martin Clapp i in.
Przelecieli po Chopinie
Dlaczego Chopin? Bo właśnie przybliżeniu dzieciom jego muzyki miał służyć ten film rysunkowy.
Kino Świat/materiały prasowe

W wydumanej akcji, zawierającej kino w kinie, czyli wątek animowany wewnątrz filmu aktorskiego (również częściowo animowanego), niełatwo się połapać. Dwójka animowanych dzieci wyrusza w podróż latającym fortepianem (w który zamienia się stary instrument wyrzucony na podwórko) do Londynu, by odnaleźć ojca dziewczynki. Dwoje żywych dzieci z mamą bizneswoman ogląda tę bajkę na ekranie zawieszonym w Filharmonii Łódzkiej, a słynny pianista Lang Lang spełnia rolę tapera. Po filmie dzieci chcą biec do pianisty, ale zamiast tego wskakują do bajki; matka, gdy odrywa się od komórki, zauważa, że dzieci znikły i rusza ich śladem, frunąc wraz z Lang Langiem na prawdziwym fortepianie. Morał: lepiej żeby mamusia tańczyła, niż rozmawiała przez komórkę, i żeby zamiast kupować dzieciom dom, zabrała je na lody. Co ma do tego Chopin, trudno powiedzieć.

Dlaczego Chopin? Bo właśnie przybliżeniu dzieciom jego muzyki miał służyć ten film. Z okazji Roku Chopinowskiego na ów prestiżowy międzynarodowy projekt poszła góra pieniędzy, pracowało przy nim ok. dwustu osób, łącznie z realizatorami mającymi na koncie m.in. oskarowego „Piotrusia i wilka”. Projekt się przeciągał, aż w końcu dobiegł finału i okazało się, że choć miało być wspaniale, wyszło tak sobie. Owszem, jest tu dużo porządnej animacyjnej roboty, łącznie z efektami 3D, a Lang Lang znakomicie gra etiudy Chopina, ale jeśli realizatorzy bez skrupułów wycinają kawałki utworów ze środka (nawet po jednym takcie), kiedy im nie pasują pod obrazek, to co to za popularyzacja?

Latająca maszyna, reż. Martin Clapp, Georg Lindsey, Dorota Kobiela, Marek Skrobecki, prod. Polska, Chiny, Wielka Brytania, Norwegia, Indie, 76 min

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj