Recenzja filmu: "Służące", reż. Tate Taylor
Sekrety i kłamstwa
„Służące” może nie odkrywają Ameryki, ale pozwalają poczuć, jak wiele zmieniło w podejściu do czarnoskórych służących.
Emma Stone (dziennikarka) oraz Tara Riggs i Olivia Spencer jako służące
materiały prasowe

Emma Stone (dziennikarka) oraz Tara Riggs i Olivia Spencer jako służące

Historii o nierównym traktowaniu czarnoskórych gospodyń domowych w małej mieścinie w stanie Missisipi łatwo zarzucić, że wiele nowego się z niej nie dowiemy. Rozgrywający się w przededniu słynnego marszu Martina Luthera Kinga na Waszyngton (1963 r.) film przypomina rzeczy ogólnie znane: zmuszanie do niewolniczej pracy, morderstwa Murzynów dokonywane przez Ku-Klux-Klan, segregację rasową itp. Co innego jednak wiedzieć, co innego widzieć. Ekranizacja bestselerowej powieści Kathryn Stockett „The Help”, ukazująca się u nas pod zmienionym tytułem „Służące”, piętnuje rasizm w konwencji retro. Zamiast drapieżnej obserwacji społecznej oferuje chwytający za serce melodramat, odwołujący się do poczucia przyzwoitości i wdzięczności za bezgraniczną miłość, z jaką tytułowe służące wychowują dzieci białych. Mężczyzn prawie w ogóle tu nie ma, rej wodzą skromne, dumne, prostoduszne czarnoskóre kobiety, traktowane przez swoje rozwydrzone pracodawczynie jak zło konieczne. Muszą znosić wiele upokorzeń, w tym nie tylko wpuszczanie tylnym wejściem, ale i bicie. Punktem krytycznym okazuje się groteskowa akcja budowania dla nich osobnych wygódek.

Jedyną odważną, potrafiącą nadać temu wszystkiemu właściwe proporcje, jest początkująca dziennikarka (Emma Stone), decydująca się na bezprecedensowy krok spisania wspomnień uciemiężonych i wykorzystywanych kobiet. „Służące” może nie odkrywają Ameryki, ale pozwalają poczuć, jak wiele od tamtego czasu się w niej zmieniło. Oczywiście w podejściu do czarnoskórych służących.

Służące, reż. Tate Taylor, prod. USA, 146 min

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj