Recenzja filmu: "Człowiek na krawędzi", reż. Asger Leth
Zabawmy się jeszcze raz
Thriller wyreżyserował Asger Leth (syn duńskiego klasyka dokumentu Jorgena Letha), po którym należało się spodziewać czegoś bardziej oryginalnego.
Sam Worthington – dosłownie i w przenośni na krawędzi
MONOLITH FILMS/materiały prasowe

Sam Worthington – dosłownie i w przenośni na krawędzi

„Szklana pułapka” i „Mission Impossible” w jednym. Poza zręczną podróbką zestawu najlepszych chwytów, jakie kino sensacyjne wypracowało w ostatnich dekadach, „Człowiek na krawędzi” w zasadzie niczego ekstra nie oferuje. Sceny pogoni samochodowych po wyboistych alejkach cmentarza albo rozpruwania stalowego sejfu strzeżonego przez elektroniczne czujniki wydają się zbyt dosłownymi kopiami. Ale dreszczyk emocji pojawia się w odpowiednich momentach, a zabawa nie urąga inteligencji widza.

Rzecz jest o zemście, a właściwie desperackiej próbie udowodnienia niewinności przez byłego nowojorskiego glinę odsiadującego w słynnym Sing-Sing karę 25 lat więzienia. Po dwóch latach udaje mu się uciec. Zamiast jednak wygrzewać się na meksykańskiej plaży, postanawia wdrapać się na 21 piętro manhattańskiego wysokościowca, stanąć na gzymsie i walczyć o sprawiedliwość i dobre imię.

Thriller wyreżyserował Asger Leth (syn duńskiego klasyka dokumentu Jorgena Letha), po którym należało się spodziewać czegoś bardziej oryginalnego. Ale jest to zapewne frycowe, jakie musiał zapłacić za ciekawsze zlecenie w fabryce snów.

Człowiek na krawędzi, reż. Asger Leth, prod. USA, 110 min

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj